
EU AI Act miał ochronić społeczeństwo przed niebezpieczeństwami sztucznej inteligencji. Ale dzisiaj wiadomo, że przepisy są nieżyciowe i blokują wdrażanie najnowszych rozwiązań AI ułatwiających lekarzom pracę z dokumentacją medyczną. Komisja Europejska robi krok w tył i przesuwa terminy. Jak zmieni się EU AI Act?
7 maja br. Rada UE i Parlament Europejski osiągnęły porozumienie dotyczące pakietu uproszczeń dla aktu ws. sztucznej inteligencji, tzw. AI Omnibus. Przewiduje on złagodzenie części przepisów, odroczenie terminu wejścia w życie deadlinów dotyczących systemów wysokiego ryzyka (także w medycynie) i udogodnienia dla firm rozwijających AI, zwłaszcza tych mniejszych.
Bruksela zdała sobie sprawę, że choć EU AI Act ma dobre intencje, to niektóre przepisy mogą dosłownie zdusić w zarodku innowacje w ochronie zdrowia, na które czekają lekarze i pacjenci. Pierwszą ofiarą aktu stał się OpenEvidence, czyli platforma generatywnej AI wspierająca decyzje kliniczne. Choć w USA korzysta z niej ok. 40% lekarzy, w Europie nie jest dostępna. Według EU AI Act, taki system to rozwiązanie wysokiego ryzyka, a to nakłada na producenta obowiązki, których nie jest w stanie spełnić.
AI Act reguluje systemy AI w zależności od poziomu ryzyka. Najbardziej restrykcyjne przepisy dotyczą rozwiązań tzw. wysokiego ryzyka, czyli systemów wykorzystywanych m.in. w ochronie zdrowia (miały one wejść w życie już w sierpniu br.). Taki model miał zapewniać użytkownikom większą ochronę podczas korzystania z AI dzięki wymogom w zakresie dokumentowania błędów oraz przejrzystości działania modeli. Ale firmy AI zaczęły bić na alarm, że regulacje zduszą rozwój algorytmów tworzonych w Europie i wyeliminują z rynku rozwiązania, które mogłyby pomóc milionom pacjentów. Bruksela wylała dziecko z kąpielą – EU AI Act miał chronić obywateli krajów członkowskich przed negatywnymi skutkami AI, ale w efekcie zaczął chronić ich przed korzyściami AI.
Fala krytyki spadła na ogromne obowiązki dokumentacyjne, niejasne definicje systemów wysokiego ryzyka, nakładające się regulacje sektorowe (EU AI Act a regulacje dotyczące urządzeń medycznych MDR), brak standardów technicznych, ogromne ryzyko odpowiedzialności prawnej za dynamicznie zmieniające się modele AI. OpenEvidence to nie jedyna ofiara EU AI Act. Wśród nich jest też nowy ChatGPT dla Lekarzy, asystenci AI analizujący dane medyczne w poszukiwaniu trendów, algorytmy predykcyjne, a nawet tzw. AI scribes, czyli systemy do automatycznego tworzenia dokumentacji medycznej podczas wizyty pacjenta. I nawet jeśli to ostatnie może być kwalifikowane jako AI administracyjne o niskim ryzyku, placówki medyczne wolą dmuchać na zimne i nie wdrażać tego typu rozwiązań.
Nowy pakiet Omnibus łagodzi część przepisów. Najważniejsza zmiana dotyczy systemów wysokiego. Zamiast sierpnia 2026 roku część przepisów zacznie obowiązywać dopiero od grudnia 2027 roku. W przypadku systemów, które już są wyrobami medycznymi, a więc regulowanymi w MDR (np. AI w radiologii i diagnostyce, Software as a Medical Device SaMD, systemy wspomagania decyzji kluczowych), termin przesunięto na sierpień 2028 roku.
AI Omnibus upraszcza część obowiązków, wprowadza wyjątki dla małych i średnich firm, redukuje niepewność związaną z nakładającymi się regulacjami i poluzowuje wymagania dla systemów wspierających podejmowanie decyzji, a nie podejmujących je autonomicznie.
Oficjalnie UE tłumaczy to koniecznością uniknięcia „niepewności prawnej” i brakiem gotowych standardów technicznych. Ale wiadomo też, że EU AI Act poległ na regulowaniu technologii, która rozwija się tak szybko, że dziś wprowadzane regulacje jutro okazują się nieaktualne. Przykładem są modele generatywne AI, których działanie nie jest wytłumaczalne, a ich sposób działania zmienia się w czasie rzeczywistym. Powstają już pierwsze rozwiązania agentowe, a AI staje się częścią systemów EDM, co z kolei balansuje na granicy systemów wysokiego i niskiego ryzyka.
AI Omnibus jest częścią szerszej strategii Digital Omnibus, której celem jest ograniczenie biurokracji cyfrowej w Europie. W ochronie zdrowia liczba przepisów regulujących produkt cyfrowy może zniechęcić nawet najbardziej zdeterminowanego innowatora. Wystarczy wymienić MDR, GDPR, Data Act, NIS2, EHDS.
Komisja Europejska zrozumiała, że AI EU Act blokuje rozwój generatywnych systemów dla lekarzy i wypycha startupy i firmy medtech poza UE. Ale zawiodą się ci, którzy liczyli na przełomową liberalizację – EU AI Act w swojej filozofii pozostaje bez zmian. Nadal opiera się na klasyfikacji ryzyka, nadal wymaga transparentności modeli AI; bez zmian generuje nowe obowiązki dokumentacyjne, wymusza tzw. nadzór człowieka, nawet jeśli model AI jest lepszy od niego.
Propozycje złagodzenia przepisów zawarte w Digital Omnibus napotykały już na krytyczne opinie m.in. Stałego Komitetu Lekarzy Europejskich (CPME, Standing Committee of European Doctors). W opublikowanym w kwietniu br. stanowisku, CPME opowiada się za ostrożnym podejściem do AI w medycynie. CPME domaga się usunięcia lub ograniczenia przepisów, które m.in. mają ułatwić rozwój AI poprzez szersze wykorzystanie anonimowych danych pacjentów.
Czytaj także: Co MZ planuje w e-zdrowiu? Wywiad z Karoliną Tądel [WIDEO]

API.MED to platforma integracyjna oparta na standardzie HL7 FHIR stworzona przez KAMSOFT S.A., która poprawia poziom interoperacyjności w placówkach ochrony zdrowia. Łącząc dane z różnych źródeł, ułatwia personelowi medycznemu dostęp do pełnej informacji o stanie zdrowia pacjenta, a menedżerom – prowadzenie analiz zarządczych.
Każdego dnia systemy medyczne generują ogromne ilości danych, na które składają się m.in. wyniki badań laboratoryjnych, e-Recepty, e-Skierowania czy informacje administracyjne. Problem pojawia się wtedy, gdy te informacje są rozproszone między różnymi systemami, które nie potrafią skutecznie się ze sobą komunikować.
W efekcie lekarz nie zawsze ma szybki dostęp do pełnego obrazu sytuacji pacjenta, menedżerowie mają utrudniony wgląd w procesy zachodzące w organizacji, a działy IT są zmuszone do utrzymywania wielu indywidualnych integracji. Właśnie dlatego tak ważna jest interoperacyjność, czyli zdolność systemów do bezpiecznej i zrozumiałej wymiany informacji.
Aby systemy mogły skutecznie współpracować, potrzebują wspólnego języka. Tę rolę pełni standard HL7 FHIR (Fast Healthcare Interoperability Resources).
FHIR jest obecnie jednym z najważniejszych światowych standardów wymiany danych medycznych. Wykorzystywany jest zarówno przez dostawców systemów medycznych, jak i krajowe programy cyfryzacji ochrony zdrowia w wielu państwach. Jego popularność wynika z tego, że pozwala w uporządkowany sposób wymieniać dane pomiędzy różnymi systemami – od dokumentacji medycznej i wyników badań po procesy administracyjne i analityczne.
Dzięki wykorzystaniu wspólnego standardu informacje o pacjencie mogą być prezentowane i interpretowane w taki sam sposób niezależnie od tego, z jakiego systemu pochodzą. Dlatego to właśnie standaryzacja danych staje się fundamentem nowoczesnych usług cyfrowych w ochronie zdrowia.
Kiedy dane są zapisane według wspólnych standardów, łatwiej wykorzystać je w nowych rozwiązaniach – niezależnie od tego, z jakiego systemu pochodzą. Ma to szczególne znaczenie w przypadku narzędzi analitycznych oraz rozwiązań wykorzystujących sztuczną inteligencję.
Sama standaryzacja nie rozwiązuje wszystkich problemów. Potrzebne jest jeszcze rozwiązanie, które umożliwi rzeczywistą wymianę danych pomiędzy systemami. Taką rolę pełni API.MED – platforma integracyjna firmy KAMSOFT wykorzystująca standard HL7 FHIR jako podstawę komunikacji pomiędzy systemami medycznymi.

Ponieważ w wymianie biorą udział dane wrażliwe, bezpieczeństwo jest priorytetem platformy. API.MED korzysta z uwierzytelniania i autoryzacji w standardzie OAuth 2.0 – każda integrująca się aplikacja musi posiadać odpowiednie poświadczenia, a uprawnienia są weryfikowane przy każdym żądaniu. Cała komunikacja odbywa się szyfrowanymi kanałami (HTTPS/TLS), dane w spoczynku są szyfrowane, a platforma prowadzi szczegółowe logi audytowe – co odpowiada wymogom RODO. Rozwiązanie wpisuje się w systemy zarządzania bezpieczeństwem informacji zgodne z ISO 27001.
API.MED działa jak pośrednik między systemami. Zamiast tworzyć osobne integracje dla każdego rozwiązania, placówka korzysta z jednego wspólnego sposobu wymiany danych. Dzięki temu liczba integracji jest mniejsza, a dodawanie kolejnych rozwiązań nie wymaga każdorazowo budowania nowych połączeń pomiędzy systemami.
W zależności od potrzeb, API.MED obsługuje dwa tryby wymiany danych:

Jednym z pierwszych praktycznych zastosowań API.MED było utworzenie kontekstu pacjenta, który zasila m.in. rozwiązania wspierające analizę danych klinicznych.
API.MED pozwala zebrać informacje pochodzące z różnych źródeł i udostępnić je w jednym miejscu. Przykładem jest rozwiązanie Analizator terapii, które zostało udostępnione lekarzom POZ pracującym w systemie KS-SOMED.
Analizator Terapii bierze pod uwagę listę leków, wyniki badań laboratoryjnych oraz podstawowe dane pacjenta, takie jak wiek i płeć. Na tej podstawie prezentuje w jednym miejscu informacje o ryzykach, ograniczeniach i zalecanym monitorowaniu właściwe dla grup pacjentów o zbliżonym profilu – przyjmujących te same leki, w tym samym wieku i tej samej płci.
Rozwiązanie korzysta z wiedzy PHARMINDEX dotyczącej bezpieczeństwa farmakoterapii i zalecanego monitorowania leczenia. W praktyce pozwala szybciej odnaleźć i przejrzeć informacje dotyczące bezpieczeństwa stosowania leków oraz zalecanych badań kontrolnych – bez konieczności przechodzenia pomiędzy wieloma ekranami czy źródłami informacji.
Dzięki temu lekarz otrzymuje potrzebne informacje szybciej i w bardziej przejrzystej formie.
Rozwój ochrony zdrowia zmierza w stronę lepszej wymiany i wykorzystania danych pomiędzy systemami i organizacjami. Widać to zarówno w rozwoju narzędzi opartych na sztucznej inteligencji, jak i w inicjatywach takich jak EHDS, która ma uporządkować i ujednolicić sposób korzystania z danych medycznych w całej Unii Europejskiej. Dlatego interoperacyjność jest warunkiem budowy nowoczesnych usług medycznych.
Jak działa API.MED? Kliknij tutaj, aby dowiedzieć się więcej

Centrum e-Zdrowia kończy prace nad nowym systemem zdalnego monitorowania zdrowia pacjenta – Domową Opieką Medyczną (DOM). Pacjenci będą mogli podłączyć swoje urządzenia medyczne i inteligentne zegarki, a lekarz zobaczy niepokojące odchylenia od normy w systemie gabinetowym. Jak działa DOM?
Koniec z punktową opieką, lekarz szybciej zareaguje na zmiany parametrów zdrowia
Niektórzy pamiętają jeszcze Domową Opiekę Medyczną z pandemii COVID-19. System służył do monitorowania stanu zdrowia pacjentów zarażonych koronawirusem. Osoby z grup ryzyka otrzymywały pulsoksymetr. Wyniki pomiarów trafiały do centrum monitoringu, a w przypadku pogorszenia parametrów – do pacjenta była wzywana karetka pogotowia.
Potem zrealizowano kilka pilotaży monitorowania zdrowia w tym m.in. telemonitoringu stanu zdrowia dzieci i młodzieży z niedoborami odporności, aż w końcu o systemie zapomniano . Teraz DOM wraca w nowej odsłonie dzięki dofinansowaniu projektu z KPO.
Nowy DOM został zaprojektowany z myślą o ambulatoryjnej opiece specjalistycznej, profilaktyce oraz opiece koordynowanej. W pierwszej kolejności ma objąć pacjentów diabetologicznych, kardiologicznych pozostających oraz wybranych pacjentów w ramach podstawowej opieki zdrowotnej (program profilaktyki). Jak podkreśla Centrum e-Zdrowia, rozwiązaniem będzie można z czasem objąć kolejne grupy pacjentów.
DOM wychodzi z prostego założenia: zdrowie pacjentów chorych przewlekle powinno być monitorowane na bieżąco, a nie tylko kilka razy w roku podczas wizyt kontrolnych. Pomiędzy terminami u lekarza stan zdrowia może się pogorszyć. Zamiast punktowej opieki DOM wprowadza nowy, hybrydowy model opieki ciągłej – pacjent pozostaje pod stałą opieką, ale jednocześnie jest zaangażowany w proces leczenia.

Dane ze smartwatchy zamiast ręcznie prowadzonych dzienniczków pomiarów na papierze
DOM integruje dane o zdrowiu z różnych urządzeń medycznych, zarówno certyfikowanych, takich jak ciśnieniomierze cyfrowe, jak i konsumenckich, takich jak inteligentne zegarki lub opaski fitness. W ten sposób lekarz zyskuje szerszy obraz sytuacji zdrowotnej pacjenta, a pacjent – lepiej rozumie dynamikę choroby przewlekłej. Bieżące pomiary mają też pomóc we wcześniejszym wykrywaniu pogorszenia się stanu zdrowia i identyfikacji odchyleń od normy, które często pozostają niezauważone podczas tradycyjnej opieki.
Dane spływające do DOM lekarz zobaczy bezpośrednio w swoim systemie gabinetowym (dzięki platformie integracyjnej). Zamiast analizować wszystkie dane, system wyświetli zdarzenia wymagające pilnej interwencji. Z kolei pacjent będzie miał do nich dostęp przez Internetowe Konto Pacjenta albo aplikację mojeIKP.

Centrum e-Zdrowia podkreśla, że największą wartością DOM-u jest uporządkowany sposób monitorowania pacjentów. Dotychczas lekarze bardzo często opierali się na papierowych notatkach prowadzonych przez pacjentów lub niekompletnych dzienniczkach pomiarów. Dane były rozproszone, niejednolite i często trudne do wykorzystania w podejmowaniu decyzji klinicznych.
Zdalny monitoring pozwala śledzić rozwój stanu zdrowia pacjenta w jego naturalnym środowisku. Lekarz może obserwować nie tylko pojedyncze wyniki badań, ale również codzienne nawyki zdrowotne oraz zmiany zachodzące w czasie. A to ma stanowić pierwszy krok w kierunku opieki personalizowanej. Kolejnym etapem rozwoju DOM-u będzie ciągłe monitorowanie parametrów zdrowotnych, co pozwoli na podejmowanie decyzji niemal w czasie rzeczywistym. Po to, aby wcześniej wykrywać zagrożenia zdrowotne, zapobiegać pogorszeniu stanu pacjentów, a w niektórych przypadkach nawet poprawiać wskaźniki przeżywalności.
Aby system sprawdził się w praktyce, konieczny jest aktywny udział pacjenta. I to będzie największym wyzwaniem. Niektórzy pacjenci chorzy przewlekle nie korzystają z aplikacji mobilnych i urządzeń ubieralnych, a do tego przyzwyczajeni są do modelu, w którym stan zdrowia sprawdzał co jakiś czas lekarz.
Lekarz lepiej zrozumie kontekst choroby pacjenta i spersonalizuje leczenie
Dane spływające do DOM mogą pochodzić z dwóch głównych źródeł:
Architektura systemu została zaprojektowana wokół trzech podstawowych elementów: źródeł danych, pacjenta oraz lekarza.
Źródłami danych są certyfikowane urządzenia medyczne, urządzenia typu smart oraz pomiary wprowadzane ręcznie przez pacjentów lub pracowników medycznych. Do systemu mogą trafiać informacje pochodzące np. z ciśnieniomierzy, wag, glukometrów, opasek monitorujących aktywność, inteligentnych zegarków czy innych urządzeń wyposażonych w funkcje zdrowotne.
Pacjent korzysta z programu za pośrednictwem Internetowego Konta Pacjenta oraz aplikacji mojeIKP (zakładka „Profilaktyka”). Z poziomu aplikacji może sprawdzać swoje kwalifikacje do programu, przeglądać historię pomiarów oraz wprowadzać nowe wyniki.
Lekarz uzyskuje dostęp do danych za pośrednictwem zintegrowanego z DOM systemu gabinetowego. Może kwalifikować pacjentów do programu, zlecać określone pomiary, analizować historię wyników oraz wykorzystywać zgromadzone informacje w trakcie procesu leczenia.
Przesyłanie danych z urządzeń smart odbywa się za pośrednictwem centrów danych producentów oraz platform takich jak Apple Health czy Google Health Connect. Dane synchronizowane przez urządzenia trafiają następnie do aplikacji mojeIKP, skąd mogą być wykorzystywane przez system DOM.



W planach m.in. raportowanie poziomu bólu i jakości snu
Kwalifikacja pacjenta do programu wymaga określenia czasu trwania opieki, zakresu monitorowanych parametrów oraz sposobu przekazywania danych. Lekarz decyduje również o częstotliwości wykonywania pomiarów. W zależności od rodzaju parametru mogą być one realizowane codziennie lub w dłuższych odstępach czasu. Obecnie dostępne są między innymi kwalifikacje diabetologiczne, kardiologiczne oraz ogólne kwalifikacje w ramach POZ.
Lekarz może modyfikować okres monitorowania, częstotliwość wykonywania pomiarów oraz listę parametrów objętych obserwacją. Dzięki temu zakres opieki może być dostosowywany do aktualnego stanu zdrowia pacjenta.
W IKP i na mojeIKP pacjent ma dostęp do historii pomiarów oraz wykresów prezentujących zmiany parametrów w czasie. Program wykorzystuje system powiadomień. Jeśli zbliża się termin wykonania pomiaru lub pacjent nie wprowadził wymaganych danych, aplikacja wysyła przypomnienie.
Integracja z urządzeniami zewnętrznymi jest możliwa wyłącznie w przypadku sprzętu spełniającego wymagania certyfikacyjne. Dotyczy to również urządzeń noszalnych wykorzystywanych do monitorowania parametrów zdrowotnych.
Pacjent może uzupełnić brakujące pomiary za poprzednią dobę, natomiast personel medyczny nie jest objęty takim ograniczeniem. W systemie dostępne są między innymi dziennik pomiarów oraz informacje o wykorzystywanych urządzeniach monitorujących.
Twórcy programu zapowiadają dalszy rozwój DOM-u. W kolejnych etapach mają zostać dodane moduły umożliwiające gromadzenie informacji o zdarzeniach zdrowotnych, powikłaniach, konsultacjach medycznych, przyjmowanych lekach oraz zaleceniach terapeutycznych.
Planowane jest również rozszerzenie zakresu danych ankietowych. Pacjenci będą mogli raportować między innymi poziom bólu, aktywność fizyczną, jakość snu, objawy bezsenności, samopoczucie, nastrój oraz wyniki pomiarów stężenia glukozy. Dzięki temu system ma dostarczać coraz pełniejszy obraz zdrowia pacjenta i wspierać przejście od opieki reaktywnej do modelu opartego na ciągłym monitorowaniu oraz profilaktyce.
Wszystkie informacje na temat Domowej Opieki Medycznej wykorzystane w artykule pochodzą z informacji przekazanych podczas konferencji „Perspektywy e-Zdrowia” (2 czerwca br.).
Czytaj także: Jak będzie wyglądał e-profil pacjenta? 5 alertów, dane sprawdzą też farmaceuci

Kiedy w 2018 roku wystartowało IKP, korzystało z niego 22 tys. osób. Obecnie ma go już 55 proc. obywateli (20,6 mln). Aż tyle i tylko tyle, bo po skoku w czasie pandemii nowych kont przybywa bardzo wolno. Jeśli nic się nie zmieni, dojście do 90 proc. pokrycia zajmie 10 lat – wynika z naszej analizy. Tymczasem IKP daje przewagę w dostępie do usług zdrowotnych i zarządzaniu zdrowiem.

1000-krotny wzrost liczby użytkowników w ciągu 8 lat to efekt systematycznego rozwoju funkcjonalności IKP, ale pomogła też pandemia COVID-19. Na przełomie 2020 i 2021 roku IKP było najszybszym sposobem na to, aby dostać się na szczepienie przeciwko koronawirusowi. Widać to po liczbach: w grudniu 2019 roku w IKP było 849 013 kont, a dwa lata później – już 14 166 892. Tak duży przyrost już nigdy potem się nie powtórzył i od 2021 roku liczba użytkowników IKP rośnie, ale powoli, o ok. 1–1,5 mln rocznie.

Ponad 50% Polaków już korzysta z IKP. Według teorii dyfuzji innowacji, na samym początku konto założyli tzw. innowatorzy, którzy chętnie próbują nowości. Kiedy korzyści z IKP zaczęły rosnąć (pandemia COVID-19), dołączyli do nich „wcześni użytkownicy” i „wczesna większość”. Razem tworzą 50% rynku, a więc dokładnie moment, w którym znajduje się IKP. Na IKP nadal nie zalogowała się „późna większość”, która z reguły wdraża innowacje pod presją, aby nie zostać w tyle (ok. 34%) i „ociągający się”, którzy są niechętni w stosunku do nowych technologii (ok. 16%).
Problem w tym, że teoria dyfuzji jasno pokazuje, że jesteśmy w punkcie, w którym tempo adopcji IKP maleje. Według przeprowadzonej przez nas symulacji przy obecnym tempie pokrycie IKP w społeczeństwie w okolicach 90% (poziom realny) osiągniemy za 9-10 lat, w 2035 roku.
Z analizy struktury użytkowników wynika, że z IKP korzysta obecnie 11 048 000 kobiet oraz 9 623 943 mężczyzn. Różnica jest widoczna we wszystkich grupach wiekowych powyżej 18. roku życia. Mniej więcej odzwierciedla to strukturę społeczeństwa: w Polsce kobiety stanowią 51,7% populacji, a ich udział w kontach IKP to 53,4%.
Najliczniejszą grupą użytkowników są dzieci i młodzież do 17. roku życia – 5,85 mln kont. Powód jest prosty – są one zarządzane przez rodziców z poziomu ich własnego IKP. IKP jest więc chętnie wykorzystywane do organizacji opieki nad dziećmi, w tym szczepień, recept i wizyt.
Najliczniejszą grupą użytkowników stanowią osoby w wieku 30–39 lat oraz 40–49 lat (po 3,7 mln w każdej z grup). Tylko 1 258 082 osób 65+ ma konto IKP. Tymczasem w Polsce żyje ok. 8 mln seniorów, co daje 15-proc. pokrycie. W grupie 80+ spada ono do 10%. To pokazuje, że IKP cały czas pomaga niekoniecznie tym, którzy mogliby najbardziej skorzystać z dostępnych funkcji, a więc osobom starszym, obciążonym wielochorobowością i schorzeniami przewlekłymi.

Od początku 2025 roku do maja 2026 roku liczba nowych kont zwiększyła się o 1 666 378. W tym czasie pojawiły się w zasadzie tylko dwie większe przynęty do założenia IKP: możliwość wypełnienia ankiety w programie Moje Zdrowie (wcześniej Profilaktyka 40+) oraz umówienia się przez Centralną e-Rejestrację na pierwszą wizytę do kardiologa, badania mammograficzne i cytologiczne. Inne dodawane w tym czasie funkcje nie oferowały żadnych większych korzyści. E-receptę i tak można otrzymać w postaci kodu albo wydruku, elektroniczna dokumentacja medyczna wraz z wynikami badań laboratoryjnych jest nadal niepełna, bo nie wszystkie placówki prowadzą EDM, a indywidualny plan opieki medycznej (IPOM) wraz z harmonogramem leczenia dotyczy wąskiej grupy pacjentów i lekarz może go wydrukować.
Oczywiście, brak IKP nie może wykluczać pacjentów, dlatego zachowanie alternatywnych metod korzystania z usług medycznych jest konieczne. Ankietę w programie Moje Zdrowie może też wypełnić lekarz, a przez Centralną e-Rejestrację umówimy się w rejestracji przychodni. Ale i tak użytkownicy IKP dużo wygodniej zarządzają swoim zdrowiem i już mają lepszy dostęp do niektórych usług – i właśnie dlatego najważniejsze powinno być teraz zwiększanie liczby kont IKP, dzięki czemu łatwiej będzie skalować programy profilaktyki czy masowo udostępniać nowe usługi e-zdrowia.
Do tego konieczne są dwa elementy: dokończenie wdrażania EDM po stronie placówek zdrowia, aby w IKP była pełna dokumentacja medyczna oraz nowe funkcje, które spływające na IKP dane zamienią na konkretne korzyści. Ministerstwo Zdrowia i Centrum e-Zdrowia mają już kilka dobrych pomysłów. Na początek Interpreter Badań Laboratoryjnych, czyli system AI, który przetłumaczy wyniki badań na prosty język. To jedna z największych bolączek – pacjent otrzymuje liczby, chce wiedzieć, co oznaczają i teraz musi pytać ChatGPT.
Dobrym kierunkiem jest też rozszerzenie Centralnej e-Rejestracji o kolejne 8 zakresów od 2027 roku. Łatwiejsze wyszukiwanie terminów u lekarzy, gdzie kolejki są najdłuższe, to plus na korzyść systemu. Przez IKP pacjenci będą mogli wpisywać własne notatki, w tym wyniki pomiarów z domowych urządzeń, takich jak ciśnieniomierze. Odpowiednio oznaczone trafią do EDM i zobaczy je lekarz. Do tego dojdzie Domowa Opieka Medyczna – pacjenci chorzy przewlekle będą monitorowani zdalnie. Z ostatnich zapowiedzi MZ wynika, że planowany jest też bot AI, który na podstawie wyników badań przeprowadzi triaż i podpowie, czy trzeba udać się na SOR.
To, że pacjent może przez system zmienić lekarza, złożyć wniosek o wydanie Europejskiej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ), upoważnić bliską osobę do odbioru recept lub dostępu do dokumentacji medycznej albo zarządzać dostępem do danych medycznych, to dodatki, które jednak nie są w stanie przekonać późniejszej większości w teorii krzywej dyfuzji. Bez konkretnych benefitów, na upowszechnienie się IKP trzeba będzie czekać kolejną dekadę.
Czytaj także: Ponad 3 mln ankiet w „Moje Zdrowie”. Kto dba o zdrowie?

W 2025 roku, kolejny rok z rzędu, rosła skala ataków hakerów na placówki ochrony zdrowia. CSIRT Centrum e-Zdrowia obsłużył 1441 incydentów cyberbezpieczeństwa, o ponad 60 proc. więcej niż rok wcześniej – wynika z raportu „Krajobraz cyberbezpieczeństwa w sektorze ochrony zdrowia”. Dobra wiadomość: coraz więcej placówek zdrowia wdraża systemy zarządzania bezpieczeństwem informacji.
W 2023 roku odnotowano 435 incydentów bezpieczeństwa danych w sektorze zdrowia, rok później już 1028, a w 2025 roku liczba ta wzrosła do 1441.

Konsekwencje ataków hakerów wykraczają daleko poza utratę danych, prowadząc do zaburzenia pracy oddziałów, utrudnionego dostępu do dokumentacji medycznej i zagrażając bezpieczeństwu pacjentów.
Największą kategorię incydentów w 2025 roku stanowiły oszustwa komputerowe (phishing). Odnotowano ich aż 580. Drugą najczęstszą grupą były podatne usługi (344). Łącznie te dwa typy zagrożeń odpowiadały za niemal dwie trzecie wszystkich incydentów zgłoszonych do CSIRT CeZ.
Cyberprzestępcy coraz rzadziej wysyłają prymitywne wiadomości z błędami językowymi. W zamian przygotowują profesjonalnie wyglądające kampanie, które wykorzystują zaufanie do znanych instytucji ochrony zdrowia.

W ubiegłym roku przestępcy podszywali się między innymi pod NFZ, RPWDL, gabinet.gov.pl, eZUS czy dostawców IT. Lekarze otrzymywali wiadomości informujące o konieczności aktualizacji certyfikatów lub groźbie utraty możliwości wystawiania e-recept. Linki prowadziły do fałszywych stron logowania, których celem było przejęcie haseł dostępu. Szczególnie niebezpieczne były kampanie wykorzystujące markę NFZ. Cyberprzestępcy oferowali rzekome „darmowe apteczki” za symboliczną opłatą, kierując użytkowników na spreparowane strony płatnicze.
Na czwartym miejscu jest szkodliwe oprogramowanie, czyli ransomware.
Choć najmniej incydentów w skali miesiąca występuje w lipcu i sierpniu, czujność trzeba zachować zawsze. Hakerzy wykorzystują obniżoną czujność, a do ataków często dochodzi nocą, gdy działy IT kończą pracę.
W 2025 roku CSIRT CeZ przeprowadził testy bezpieczeństwa infrastruktury w ośmiu podmiotach medycznych. Wniosek: najczęściej wykrywane problemy mają charakter organizacyjny i dotyczą podstawowego utrzymania infrastruktury IT. Na liście nieprawidłowości znalazły się brak aktualizacji oprogramowania, wygasłe certyfikaty SSL, korzystanie z przestarzałych protokołów komunikacyjnych oraz systemów operacyjnych, które od dawna nie są już wspierane przez producentów.
Eksperci wykrywali również publicznie dostępne panele administracyjne oraz otwarte porty usług takich jak SSH (Secure Shell, usługa umożliwiająca zdalne zarządzanie serwerami i urządzeniami IT), RDP (Remote Desktop Protocol, protokół pozwalający na zdalne połączenie z komputerem i pracę tak, jakby użytkownik siedział przed nim), SMB (Server Message Block, protokół wykorzystywany do udostępniania plików, folderów i drukarek w sieci) czy Telnet (starszy protokół do zdalnego dostępu do urządzeń i systemów). Dla cyberprzestępców stanowią one potencjalną furtkę umożliwiającą uzyskanie dostępu do systemów szpitalnych.
Autorzy raportu zwracają uwagę, że cyberbezpieczeństwo musi być elementem strategii działania placówki zdrowia i tematem, którym zajmuje się także kadra zarządzająca placówkami ochrony zdrowia, a nie tylko informatycy.
Badanie CSIRT CeZ sugeruje, że świadomość zagrożeń rośnie. Już 76 proc. jednostek deklaruje wdrożenie systemu zarządzania bezpieczeństwem informacji. W 2025 roku szkolenia w tym zakresie ukończyło 42 proc. dyrektorów badanych placówek (6%), a 70 proc. cyklicznie zapoznaje się z przeglądem ryzyka w jednostce. 60 proc. placówek posiada dedykowane stanowisko i osobę odpowiedzialną za cyberbezpieczeństwo. Z roku na rok spada liczba podmiotów, w których nie wskazano takiej osoby.

Raport pokazuje też, że wiele placówek nadal nie posiada podstawowych dokumentów i procedur. Ponad 28 proc. organizacji nie ma opublikowanej polityki bezpieczeństwa.

Jak podkreślają autorzy raportu, „polityka bezpieczeństwa stanowi podstawowy dokument określający
zasady ochrony informacji oraz odpowiedzialności w organizacji. Jej brak może prowadzić do niespójnych działań oraz zwiększonego ryzyka wystąpienia incydentów związanych z cyberbezpieczeństwem.”

Flagowym projektem mającym zwiększyć poziom cyberochrony w kluczowych podmiotach zdrowia jest wdrożenie zapisów nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa (KSC) adaptującej dyrektywę NIS2. Nowe przepisy poszerzają liczbę podmiotów zobowiązanych do wdrażania środków bezpieczeństwa, zarządzania ryzykiem oraz raportowania incydentów.
Dla organizacji będących podmiotami kluczowymi według NIS2, oznacza to konieczność stworzenia nowych procedur, przeprowadzenia analiz ryzyka, przeszkolenia pracowników, realizacji regularnych audytów oraz wdrożenia mechanizmów monitorowania zagrożeń.
CSIRT CeZ jest świadomy, że incydentów będzie nadal przybywać, a nowe metody ataków z wykorzystaniem AI zwiększą skalę zagrożeń. Dlatego planuje m.in. wdrożenie ciągłego modelu pracy 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Dzięki temu możliwe będzie szybsze reagowanie na incydenty oraz skuteczniejsze wsparcie placówek medycznych.
Centrum e-Zdrowia będzie nadal szkolić w zakresie cyberbezpieczeństwa. CSIRT CeZ zapowiada też „Cyberkaretkę”, której zadaniem będzie wsparcie organizacji w sytuacjach kryzysowych związanych z cyberatakami.
W badaniu poziomu cyberbezpieczeństwa uczestniczyło 696 podmiotów. Ankieta była skierowana do szpitali podlegających bezpośrednio Ministerstwu Zdrowia oraz Ministrowi Zdrowia, czyli około 1600 podmiotów. W badaniu wzięło więc udział 43% potencjalnych respondentów.
Czytaj także: W tym szpitalu cyberatak zabił pacjenta. Lekcje z kryzysu

E-profil pacjenta (EPP) – czyli rozwiązanie umożliwiające lekarzom szybki dostęp do najważniejszych danych medycznych pacjenta w jednym miejscu – już działa. Podczas konferencji „Perspektywy e-Zdrowia (2 czerwca br.), Centrum e-Zdrowia zapowiedziało, że wkrótce dostęp do niego będą mieli też farmaceuci, zniknie obecne ograniczenie zakresu danych do 12 miesięcy, a w 2027 roku planowane są funkcje AI.
– Od lat lekarzom brakowało zintegrowanego widoku, w którym w jednym miejscu można byłoby zobaczyć historię leczenia pacjenta. To powoduje problem z podejmowaniem szybkich decyzji klinicznych – powiedział podczas konferencji Mirosław Lewandowski, odpowiedzialny za rozwój EPP ze strony Centrum e-Zdrowia. Ten problem rozwiąże EPP.
E-Profil Pacjenta to kolejne rozwiązanie realizowane w ramach Krajowego Planu Odbudowy. Uruchomienie produkcyjne systemu nastąpiło już w I kw. br. W najbliższych miesiącach zakres funkcjonalności będzie systematycznie rozszerzany, a w planach są m.in. dostęp dla farmaceutów, wgląd do danych osób niepełnoletnich oraz baza interakcji lekowych – zapowiada Centrum e-Zdrowia.
E-Profil Pacjenta agreguje informacje pochodzące z Systemu Informacji Medycznej (P1), a docelowo również z Narodowego Funduszu Zdrowia (trwają rozmowy w tym zakresie). Dane są aktualizowane codziennie i prezentowane w uporządkowanej formie. Według twórców rozwiązania ma ono przede wszystkim skrócić czas potrzebny na dotarcie do informacji medycznych, poprawić jakość diagnostyki oraz zwiększyć bezpieczeństwo i koordynację opieki.
System jest dostępny bezpośrednio w systemach gabinetowych dostawców IT, którzy przygotowali odpowiednią integrację. Dzięki temu placówki mogą korzystać z danych bez konieczności przełączania się pomiędzy różnymi platformami. Alternatywnie można go zobaczyć także na Gabinet.gov.pl.

Produkcjne uruchomienie e-Profilu Pacjenta nastąpiło 8 kwietnia 2026 roku. W pierwszej fazie system objął około 210 tys. pracowników medycznych, a po włączeniu farmaceutów liczba ta wzrośnie do około 260 tys. Jednocześnie system obejmuje niemal wszystkich mieszkańców kraju.
– Liczba pacjentów już objętych EPP to prawie cała populacja osób w Polsce – 37,3 mln – podkreślił Lewandowski. A to oznacza, że udało się osiągnąć ponad 98 proc. wskaźnika realizacji projektu przewidzianego w KPO, przy wymaganym poziomie 70 proc. System więc wdrożono z sukcesem i pieniądze z KPO nie przepadną.
Obecnie e-Profil Pacjenta obejmuje trzy moduły: powiadomienia zdrowotne, historia recept oraz rozpoznania medyczne. Najbardziej innowacyjnym elementem są powiadomienia zdrowotne generowane automatycznie na podstawie danych znajdujących się w systemach państwowych. Lekarz, pielęgniarka lub położna od razu po wejściu do profilu widzi informacje wymagające szczególnej uwagi i czy „pacjent wymaga szczególnej uwagi”.
W pierwszym etapie wdrożono 5 kategorii alertów:
Każde powiadomienie ma przypisany priorytet oraz zestaw rekomendacji, które mogą zostać wydrukowane i dołączone do dokumentacji medycznej. Drugim modułem jest historia recept. System prezentuje wszystkie wystawione i zrealizowane recepty z ostatnich 12 miesięcy na osi czasu. Możliwe jest filtrowanie wyników według nazwy produktu, substancji czynnej lub daty realizacji.
Trzecim obszarem są rozpoznania medyczne i skierowania. Dane są prezentowane według klasyfikacji ICD-10, również w układzie chronologicznym, co pozwala szybko prześledzić historię leczenia pacjenta.
Od kilku miesięcy z systemu mogą korzystać lekarze podstawowej opieki zdrowotnej oraz pielęgniarki i położne na podstawie deklaracji wyboru pacjenta. Dostęp do danych w EPP odbywa się automatycznie i nie wymaga dodatkowych zgód. System może być wykorzystywany także przez lekarzy specjalistów w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej oraz w szpitalach, zarówno podczas planowych hospitalizacji jak i na izbach przyjęć.
Jeszcze w II kwartale br. planowane jest rozszerzenie dostępu EPP na farmaceutów. Zyskają oni dostęp do uporządkowanej historii farmakoterapii pacjentów, co ma poprawić bezpieczeństwo leczenia i ograniczyć ryzyko błędów lekowych. Jest to jednocześnie pierwszy krok do budowy bardziej kompleksowego systemu wspierającego przeglądy lekowe.
Centrum e-Zdrowia zapowiada także rozszerzenie zakresu historycznych danych. Obecnie informacje dotyczą głównie ostatnich 12 miesięcy, jednak ograniczenie to ma zostać zniesione jeszcze w 2026 roku – powodem jest konieczność monitorowania przebiegu chorób przewlekłych oraz pacjentów z wielochorobowością.
W trzecim i czwartym kwartale 2026 roku planowane jest uruchomienie kolejnych funkcjonalności. Na liście znajduje się moduł Panorama, dalszy rozwój katalogu powiadomień zdrowotnych oraz dostęp do danych osób niepełnoletnich. W tym przypadku wykorzystywane będą istniejące mechanizmy uprawnień i zgód. Centrum e-Zdrowia analizuje możliwość wdrożenia bazy interakcji lekowych oraz bazy wiedzy klinicznej. Rozwiązania te mogłyby wspierać lekarzy i farmaceutów podczas podejmowania decyzji terapeutycznych.
– Jeżeli te funkcjonalności wejdą i będą zaimplementowane, to będzie naprawdę rewelacyjne narzędzie – skomentował Lewandowski. e-Profil Pacjenta ma stać się jednym z najważniejszych źródeł informacji klinicznej.
Obecnie platforma jest przygotowana do obsługi ponad 45 tys. zapytań na godzinę, a średni czas odpowiedzi wynosi poniżej jednej sekundy. Niestety, nadal tylko część placówek zdrowia prowadzi elektroniczną dokumentację medyczną, a więc dane na EPP są niekompletne. A to sprawia, że trudno na ich podstawie podejmować decyzje.
Czytaj także: „Analizator Terapii” wspiera lekarzy w decyzjach klinicznych
.
Zmęczone pracą administracyjną, absurdami systemowymi i niekompletnymi informacjami, pielęgniarki chętnie korzystają z innowacji technologicznych. Nazywane są nawet „super-użytkowniczkami” systemów IT. Ale w Polsce ich wiedza i doświadczenie się marnują.
Ponadto w numerze:
KLIKNIJ TUTAJ, aby pobrać bezpłatnie majowe e-wydanie OSOZ (92 strony, PDF)
Spis treści:
Wszystkie wydania archiwalne są dostępne na zakładce POBIERZ.

Roboty w domach opieki długoterminowej zabawiają rezydentów, prowadzą ćwiczenia grupowe, rozmawiają o poważnych sprawach – są zawsze do dyspozycji, wypełniając samotne chwile seniorów i uzupełniając opiekę świadczoną przez ludzi.
Nie ma się co oszukiwać – brakuje personelu medycznego, pielęgniarek i opiekunów w domach dla seniorów. Nie rozwiążą tego nawet większe nakłady na opiekę społeczną, bo wykwalifikowanych ludzi do pracy trudno już znaleźć w prawie każdym kraju Europy. I będzie tylko gorzej. Ale pomóc mogą roboty, które wypełniają czas pomiędzy zajęciami, rozmowami, posiłkami i codzienną rutyną.
Podczas konferencji HIMSS Europe 2026 – największej w Europie konferencji poświęconej innowacjom w ochronie zdrowia – odwiedziliśmy stoisko startupu Navel Robotics, który rozwija robota społecznego wykorzystywanego w domach opieki i szpitalach. Firma przekonuje, że technologia wspiera personel, aktywuje mieszkańców i poprawia ich samopoczucie. Navel potrafi rozpoznawać twarze, zapamiętywać imiona oraz tematy wcześniejszych rozmów.
Jest tak sympatyczny, że od razu wzbudza zaufanie i uśmiech.
Robot komunikuje się w 24 językach i wykorzystuje duże modele językowe, aby płynnie prowadzić rozmowy. Dzięki temu może odpowiadać na nawet najbardziej skomplikowane pytania, opowiadać historie, żarty i wiersze, a także rozmawiać na niemal każdy temat. Po wydaniu odpowiedniej komendy, urządzenie podąża za człowiekiem. Wkrótce będzie samodzielnie poruszać się po domach opieki i identyfikować osoby, które spędzają czas w samotności, proponując im rozmowę.
Według twórców robota, starsze osoby często szybko nawiązują kontakt z Navel. W przeciwieństwie do aplikacji czy komputerów, obsługa nie wymaga znajomości technologii. Wystarczy podejść do robota lub go zawołać, aby rozpocząć rozmowę.
Robot porusza oczami, śledzi wzrokiem rozmówcę i reaguje mimiką na przebieg konwersacji. Bardzo wyraźna mimika pozwala nawiązać kontakt z osobami z demencją. Zdaniem przedstawicieli firmy, szczególnie dobrze sprawdzają się u seniorów, którzy często są otwarci na rozmowę i chcą podzielić się swoimi troskami i myślami, ale brakuje im uważnych i słuchających rozmówców.
W większości placówek opiekuńczych personel nie jest w stanie poświęcić każdemu mieszkańcowi tyle czasu, ile potrzebuje. Dotyczy to zwłaszcza osób, które ze względu na stan zdrowia nie uczestniczą w zajęciach grupowych lub większość dnia spędzają samotnie w swoich pokojach. Robot społeczny ma wypełniać tę lukę. Niektóre domy opieki organizują regularne sesje z udziałem robota, traktując go jako element terapii zajęciowej.
Jednocześnie producenci podkreślają, że urządzenie nie jest substytutem człowieka. Jego rolą jest zapewnienie dodatkowych interakcji. Musimy zdać sobie sprawę, że tylko w najbardziej ekskluzywnych i bardzo drogich domach opieki personel jest dostępny 24 godziny na dobę dla każdego rezydenta.

Jak przyznaje producent Navela, najbardziej poruszające doświadczenia dotyczą osób z zaburzeniami poznawczymi. Przedstawicielka firmy, z którą rozmawialiśmy, przytoczyła przykład starszego mężczyzny z demencją. Według opiekunów, od blisko dwóch lat praktycznie z nikim nie rozmawiał, w tym z własną żoną. Kiedy został sam na sam z robotem, niespodziewanie zaczął z nim rozmawiać i przez kilka minut aktywnie odpowiadał na pytania.
Ten przykład pokazuje potencjał takich rozwiązań w aktywizowaniu osób, które nie reagują na tradycyjne formy komunikacji lub są zamknięte na drugiego człowieka. Robot jest dla nich neutralnym i nieoceniającym partnerem w interakcji społecznej. Coraz więcej badań wskazuje, że roboty społeczne mogą ograniczać poczucie osamotnienia, poprawiać nastrój i zwiększać zaangażowanie mieszkańców placówek opiekuńczych.
Relacje pomiędzy mieszkańcami a robotami społecznymi zakakują. Niektórzy postrzegają urządzenie jako towarzysza codziennych rozmów, szczególnie dotyczy to osób posiadających specyficzne zainteresowania, o których personel – nie mający specjalistycznej wiedzy – nie jest w stanie porozmawiać.
Robot może prowadzić dyskusję o historii, sporcie, muzyce. Rozpozna melodię sprzed 70 lat, którą senior zanuci, oraz zna w szczegółach wydarzenia sprzed 50 lat, które dla osób z demencją są jedynym wspomnieniem. I to właśnie ta zdolność do podtrzymywania rozmowy odróżnia nową generację robotów społecznych od wcześniejszych rozwiązań opartych na prostych, z góry zaprogramowanych odpowiedziach.
Obserwując, ile radości roboty społeczne wnoszą do domów opieki, trudno zrozumieć głosy krytyków, którzy argumentują, że osoby starsze potrzebują przede wszystkim kontaktu z drugim człowiekiem, a nie rozmowy z maszyną. Ludzkiego kontaktu nie może zabraknąć, ale można go też świetnie uzupełnić.
Twórcy Navel odpowiadają, że jeśli robot pomaga nawet w niewielkim stopniu zmniejszyć poczucie samotności i często odczuwaną przez seniorów w placówkach opiekuńczych izolację społeczną, to nie ma się nad czym zastanawiać.
Wdrożenie robota nie wymaga skomplikowanej infrastruktury informatycznej. Urządzenie potrzebuje dostępu do sieci Wi-Fi i źródła zasilania. Bateria wystarcza na około sześć do ośmiu godzin pracy.
Czytaj także: Roboty z Chin popisują się Kung-Fu. Skok robotyki czy show?

24 maja odbyła się pierwsza edycja „Enhanced Games” – kontrowersyjnych zawodów, w których sportowcy mogą stosować niedozwolone w sporcie wspomagacze. Zapowiadane hucznie wydarzenie miało być rewolucją w sporcie, ale ostatecznie padł tylko jeden rekord.
Enhanced Games w Los Angeles (dosłownie: „Ulepszone Igrzyska”) to zorganizowane po raz pierwszy zawody, w których sportowcy mogą oficjalnie stosować substancje albo innowacje zakazane w tradycyjnym sporcie. „Olimpiada przyszłości” ma pokazać, że „ulepszony” dzięki środkom wspomagającym człowiek może pokonywać kolejne bariery.
W pierwszej edycji Enhanced Games wystąpiło 42 zawodników. 38 przygotowywało się do zawodów z użyciem dopingu, a 4 – bez. Według organizatorów treningi sportowców zażywających „środki wspomagające” odbywały się pod kontrolą lekarską.
Ale projekt ma swoje drugie dno – mniej sportowe, a bardziej marketingowe. Chodzi o pokazanie, że każdy może osiągać lepsze wyniki. Wystarczą odpowiednie środki farmakologiczne poprawiające wydajność. Te stosowane dotychczas przez wąskie grono wyznawców trendu longevity albo biokackingu wchodzą powoli do mainstreamu. Wśród nich jest np. testosteron, którego konsumpcja w Stanach Zjednoczonych gwałtownie rośnie. Liczba wypisywanych recept wzrosła z 7,3 mln w 2019 r. do ponad 11 mln w ostatnim czasie. Stoją za tym platformy telemedyczne i agresywny marketing firm longevity. Tymczasem lekarze ostrzegają, że przyjmowanie testosteronu powyżej normalnego poziomu obciąża układ sercowo-naczyniowy, powoduje zaburzenia funkcji rozrodczych oraz może negatywnie wpływać na zdrowie psychiczne.
Jedyny rekord padł w pływaniu. Grek Kristian Gkolomeev przepłynął 50 metrów stylem dowolnym w 20,81 sekundy. Dotychczasowy oficjalny rekord świata padł w 2026 roku i należał do australijskiego pływaka Camerona McEvoya (20,88 sekundy).
Za swój wyczyn Gkolomeev otrzymał 1,5 mln dolarów. Pieniądze muszą wystarczyć, bo rezultat nie został uznany przez oficjalne federacje pływackie z oczywistego powodu: zawody odbyły się w warunkach niezgodnych z regulaminem sportu. Zawodnik korzystał z zakazanego specjalnego kostiumu typu skinsuit, a do tego był pod wpływem dopingu.

Zawodnicy pobili też 21 rekordów życiowych. Jak napisano w podsumowaniu, wszyscy sportowcy na zakończenie wydarzenia przeszli badania medyczne i wyszli z imprezy zdrowi. Jeden rekord świata nie wystarczył, aby spełnić wysokie oczekiwania. Paradoksalnie, były sytuacje, gdy zawodnicy bez wspomagania (a było ich tylko czterech) wygrywali z rywalami na dopingu.
Jak się okazuje, sam doping nie gwarantuje zwycięstwa, a to chyba najlepsza konkluzja z Enhanced Games. Treningów, ciężkiej pracy, wyrzeczeń, motywacji i samozaparcia nie da się zastąpić jedną tabletką.
Dozwolone były środki, które w normalnym sporcie oznaczają dyskwalifikację: estry testosteronu, anaboliki, peptydy, modulatory metaboliczne oraz stymulanty. W trakcie zawodów na ekranach pojawiały się nawet statystyki dopingu, np. 90,5 proc. testosteronu, 78,6 proc. hormonu wzrostu, 61,9 proc. stymulantów, 40,5 proc. EPO.
Zawody spotkały się z ogromną krytyką. Światowa Agencja Antydopingowa (World Anti-Doping Agency, WADA) określiła Enhanced Games jako „niebezpieczne i nieodpowiedzialne”, ostrzegając, że uczestnicy naruszają przepisy antydopingowe, co może odbić się na ich reputacji i prowadzić do wykluczenia z innych zawodów sportowych. Ciekawostką jest fakt, że większość sportowców, którzy zdecydowali się na Enhanced Games, już zakończyła swoje kariery zawodowe, więc nie mieli nic do stracenia. WADA zwróciła też uwagę na ryzyko długoterminowych negatywnych skutków zdrowotnych oraz ostrzegła przed zgonami związanymi z użyciem substancji zakazanych.
Kontrowersje dotyczą także założeń całego projektu. Organizatorzy twierdzą, że skoro sportowcy i tak stosują wspomaganie, lepiej robić to jawnie i pod kontrolą medyczną. Z kolei krytycy odpowiadają, że to raczej normalizacja ryzykownych praktyk i promocja patologicznego sportu, gdzie liczy się tylko wydajność i droga na skróty do sukcesu zamiast tego, co naprawdę jest istotą sportu – zdrowie, rywalizacja fair play i inspirowanie młodego pokolenia do aktywności fizycznej.
Magazyn Nature napisał wprost, że „wydarzenie promujące substancje poprawiające wyniki podważa integralność sportu i niesie ryzyko dla zdrowia zawodników”. Oliwy do ognia dolewa zapowiedź, że zawodnik, który podczas kolejnej edycji przebije rekord Usaina Bolta w biegu na 100 metrów (9,58 sek.), otrzyma dodatkowy bonus w wysokości 10 mln USD.
Organizatorem i twórcą Enhanced Games jest australijski przedsiębiorca Aron D’Souza. Rozgrywki finansowane były głównie przez inwestorów z branży technologicznej, venture capital, kryptowalut i biohackingu. Jednym z nich jest Peter Thiel – amerykański miliarder, inwestor i współtwórca serwisu płatności online PayPal. Podczas transmisji pojawiały się reklamy testosteronu i TRT (terapia zastępcza testosteronem), hormonu wzrostu, peptydów, suplementów wydolnościowych oraz usług telemedycznych związanych z optymalizacją hormonalną.
Czytaj także: GLP-1, longevity i „fibermaxxing” w reklamach na Super Bowl 2026

Londyński szpital NHS King’s College od lat jest jednym z głównych celów cyberataków. W 2025 roku, paraliż spowodowany atakiem ransomware na współpracujące laboratorium doprowadził do śmierci pacjenta. W jaki sposób placówka walczy z hakerami i przygotowuje się na podobne sytuacje kryzysowe?
Joe Harper, dyrektor IT w NHS King’s College Hospital, z doświadczenia wie, że każdy poważny incydent cybernetyczny w szpitalu może w kilka minut stać się zagrożeniem dla zdrowia i życia pacjentów. I nawet jeśli atak nie dotyczy bezpośrednio placówki, może poważnie zakłócić jej działanie – mówi ekspert ds. bezpieczeństwa, którego spotkaliśmy podczas konferencji HIMSS Europe 2026 w maju br.
Najbardziej pamiętny dla Joe Harpera jest cyberatak z czerwca 2024 r., gdy ofiarą ransomware padła firma Synnovis, dostawca usług laboratoryjnych współpracujący właśnie m.in. z King’s College Hospital. Cyberatak sparaliżował systemy diagnostyczne, doprowadził do odwołania ponad 10 tys. wizyt ambulatoryjnych i ponad 1,7 tys. zabiegów planowych.
Konsekwencje okazały się dramatyczne. W 2025 r. King’s College Hospital NHS Foundation Trust potwierdził, że śmierć jednego z pacjentów była częściowo związana z opóźnieniem otrzymania wyniku badania krwi spowodowanym cyberatakiem. Był to pierwszy w Wielkiej Brytanii przypadek incydentu ransomware oficjalnie powiązany ze śmiercią pacjenta.
King’s College Hospital należy do największych organizacji medycznych w Wielkiej Brytanii. To razem siedem szpitali, dwa oddziały ratunkowe oraz kilkadziesiąt placówek ambulatoryjnych i społecznościowych w południowo-wschodnim Londynie. Szpital korzysta z systemu Epic jako centralnego elektronicznego rekordu pacjenta, ale jednocześnie – podobnie jak większość europejskich placówek – zmaga się z ogromną liczbą starych aplikacji i urządzeń medycznych, których nie można tak łatwo wymienić, a które szybko mogą zostać wykorzystane przez hakerów, aby włamać się do systemu IT placówki i ukraść dane pacjentów.
Joe Harper zwraca uwagę, że największym problemem wielu szpitali są wieloletnie zaniedbania infrastrukturalne – przestarzałe aplikacje, niewspierane systemy operacyjne i urządzenia medyczne, które nadal działają, mimo że nie spełniają wymaganych standardów bezpieczeństwa.
To efekt wieloletniej ewolucji systemów IT w szpitalach. Poszczególne oddziały przez lata kupowały pojedyncze rozwiązania cyfrowe, które później próbowano integrować z centralnym systemem elektronicznej dokumentacji medycznej. W efekcie w szpitalach nadal działają pojedyncze aplikacje używane np. tylko w kardiologii czy diagnostyce obrazowej, często oparte na bardzo starych technologiach. Problem polega na tym, że tych systemów nie da się po prostu wyłączyć ani wymienić z dnia na dzień.
Harper podkreśla, że każdy taki system zwiększa „powierzchnię ataku”, czyli liczbę wrażliwych punktów, które mogą wykorzystać hakerzy. I wówczas nie pomogą nawet nowoczesne narzędzia cyberbezpieczeństwa. Część komputerów lub urządzeń medycznych pozostaje niezałatana i podatna na ataki. Dotyczy to szczególnie urządzeń medycznych, których producenci już nie wspierają, ale które nadal są wykorzystywane w praktyce klinicznej, ponieważ szpitali nie stać na ich wymianę. Najlepszym rozwiązaniem jest wdrożenie jednego zintegrowanego systemu, który wyeliminuje małe aplikacje i zapewni większą przejrzystość infrastruktury IT, a tym samym – wyższy poziom cyberbezpieczeństwa. Łatwiej nadzorować jeden system niż kilka lub dziesiątki małych aplikacji.
Brytyjska służba zdrowia NHS traktuje cyberbezpieczeństwo jako element zarządzania ryzykiem klinicznym. Priorytetem jest utrzymanie zdolności szpitala do leczenia pacjentów nawet podczas incydentu oraz wzmacnianie odporności operacyjnej, czyli tego, aby placówka mogła funkcjonować bez systemów cyfrowych i szybko wrócić do normalnego trybu pracy po ataku hakerów.
Harper przypomina też o kwestii, która będzie coraz ważniejsza, czyli niezależności cyfrowej i danych. Każda placówka zdrowia musi zadać sobie pytanie, kto ma dostęp do danych i w jaki sposób są one wykorzystywane. Dotyczy to zwłaszcza rozwiązań AI rozwijanych w środowiskach chmurowych należących do globalnych dostawców technologii, takich jak AWS lub Microsoft Azure. Coraz częściej pojawiają się obawy m.in. o dostęp do danych szpitali przez koncerny AI, które potrzebują danych z EDM do trenowania modeli AI. Harper wskazuje, że szpitale muszą dokładnie wiedzieć, gdzie trafiają dane pacjentów i jakie ryzyko wiąże się z ich przetwarzaniem poza organizacją.
Wielka Brytania ma w tym obszarze negatywne doświadczenia. W 2017 r. Royal Free London NHS Foundation Trust nawiązał współpracę z należącym do Google DeepMind. W efekcie DeepMind uzyskał dostęp do danych ok. 1,6 mln pacjentów. W 2025 r., po protestach lekarzy rodzinnych i pytaniach o zgodę pacjentów, NHS England czasowo wstrzymał projekt Foresight, który zakładał wykorzystanie zanonimizowanych danych 57 mln pacjentów do trenowania modelu generatywnej AI. Duży sprzeciw wywołał projekt Federated Data Platform realizowany przez Palantir. Stało się to po doniesieniach, że pracownicy zewnętrznych firm mogli uzyskać dostęp do identyfikowalnych danych pacjentów NHS przed ich pseudonimizacją.
Jak mówi Joe Harper, NHS coraz większy nacisk kładzie na zaangażowanie osób ze szczebla kierownictwa w cyberbezpieczeństwo. Regularne rozmowy z zarządem są często trudne i wymagają tłumaczenia technicznych zagadnień osobom nietechnicznym, ale właśnie to pozwala budować realne zrozumienie ryzyka. Dzięki temu cyberbezpieczeństwo przestaje być wyłącznie „problemem IT”.
Ważnym elementem jest również jasne określenie poziomu akceptowalnego ryzyka. Zarząd szpitala musi wiedzieć, które ryzyka zostały ograniczone, które zaakceptowane, a które przeniesione na dostawców. Według Harpera tylko wtedy zespoły IT mogą przestać „gasić pożary” i skupić się na realnym wzmacnianiu odporności organizacji.
Każdy szpital musi mieć dobrze przygotowane procedury funkcjonowania w warunkach ograniczonej dostępności systemów cyfrowych. Jak zaznacza Harper, prędzej czy później trzeba będzie do nich sięgnąć, bo cyberatak to kwestia czasu. King’s College Hospital musiał przejść na procedury awaryjne podczas wspomnianego wcześniej ataku ransomware na zewnętrznego dostawcę usług laboratoryjnych Synnovis. Choć sama placówka nie została bezpośrednio zhakowana, konieczna była reorganizacja opieki, przepływu pacjentów oraz diagnostyki. Szpitalowi udało się utrzymać ciągłość świadczeń, ale musiał działać w zupełnie innym modelu operacyjnym.
Szpitale muszą regularnie ćwiczyć scenariusze kryzysowe – podkreśla Harper. W NHS funkcjonują struktury command and control wzorowane częściowo na procedurach stosowanych podczas pandemii COVID-19. Chodzi o scentralizowany model zarządzania kryzysowego, który ma na celu szybkie podejmowanie decyzji w trakcie kryzysu. W przypadku ataku hakerów to np. automatyczne przejście na pracę z papierową dokumentacją oraz uruchomienie alternatywnych ścieżek pracy klinicznej. Wówczas nie ma czasu na procedury stosowane codziennie, trzeba działać szybko na podstawie wcześniej przygotowanych planów awaryjnych.
NHS kładzie też duży nacisk na szkolenia personelu. Podczas jednego z ćwiczeń phishingowych, aż 6 proc. pracowników kliknęło w fałszywe wiadomości i przekazało hakerom hasła dostępu. Jak podkreśla Harper, czynnik ludzki jest i będzie najsłabszym ogniwem. Dlatego jego celem jako szefa IT w szpitalu King’s College nie jest wcale stworzenie idealnego systemu odpornego na każdy atak – to jest po prostu nierealne. Dużo ważniejsze jest zbudowanie organizacji zdolnej do utrzymania ciągłości leczenia pacjentów nawet podczas poważnego incydentu cyfrowego oraz szybkie przywrócenie normalnego trybu działania.
Czytaj także: Hakerów może zatrzymać tylko „firewall z ludzi”
« Poprzednie 1 … 7 8 9 10 11 … 154 Następne »