
Chatboty wykorzystujące zasady terapii poznawczo-behawioralnej (Cognitive behavioural therapy, CBT) szybko zyskały na popularności, dając nadzieję na pomoc osobom z lekkimi zaburzeniami psychicznymi. Ale czy nie wyrządzają więcej szkody niż pożytku?
WHO szacuje, że globalnie na 100 000 osób przypada jedynie 13 psychologów i psychiatrów. To zdecydowanie za mało w stosunku do potrzeb. Do tego nie ma perspektyw na poprawę tak złej sytuacji – brakuje lekarzy, a pandemia COVID-19 jedynie pogorszyła wskaźniki zdrowia psychicznego, zwłaszcza u młodych osób.
W Unii Europejskiej, już co szósta osoba – czyli 84 mln mieszkańców UE – boryka się z problemami psychicznymi jak depresja, zaburzenia lękowe oraz zaburzenia związane z używaniem alkoholu i narkotyków. Dostęp do prawidłowego leczenia ma tylko połowa z chorych. Wśród przeszkód dominuje stygmatyzacja i kolejki do specjalistów.
Dużą przepaść pomiędzy potrzebami pacjentów a możliwościami systemów ochrony zdrowia mogą częściowo zniwelować aplikacje i platformy cyfrowe. Do takich narzędzi sięga nawet Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), która opracowała bota Sarah – pierwszego cyfrowego pracownika służby zdrowia. Chatbot oferuje zautomatyzowane rozmowy oparte na terapii poznawczo-behawioralnej, pomagając pacjentom w identyfikowaniu i zmianie negatywnych wzorców myślowych. Dużą popularnością cieszy się też Woebot – bot, z którym można porozmawiać o swoich problemach i negatywnych emocjach. Dzięki rozwojowi generatywnej AI, tego typu chatboty będą mogły prowadzić rozmowę używając naturalnego języka. Z kolei ewolucja urządzeń ubieralnych jak smartwatche i systemów telemedycyny ułatwi monitorowanie pacjentów w domu i automatyzację opieki.
Korzyści z chatbotów AI potwierdzają badania naukowe. Rozwiązania tego typu mogą radykalnie zmniejszyć objawy depresji i niepokoju. W połączeniu z technologiami rozpoznawania twarzy, systemy AI są w stanie wykryć wczesne oznaki poważnych zaburzeń depresyjnych na podstawie subtelnych zmian mimiki uchwyconych przez kamerę smartfona albo wzorców pisania tekstów na klawiaturze.
Naukowcy z Northwestern University opracowali metodę identyfikacji myśli samobójczych. Ich model był w stanie oszacować prawdopodobieństwo samookaleczenia w 92 na 100 przypadków i to jedynie na podstawie odpowiedzi na pytania ankietowe i danych behawioralnych. Model czekają teraz badania kliniczne, aby można go było wprowadzić do rutynowej opieki i profilaktyki.
Mimo tych osiągnięć, naukowcy studzą entuzjazm: chatbot nie jest substytutem terapii prowadzonej przez człowieka. Sztucznej inteligencji brakuje empatii i doświadczenia terapeutów, a systemy oparte na generatywnej AI są nieprzewidywalne.
Richard Lewis, psychoterapeuta z Bristolu nie pozostawił suchej nitki na Woebocie. Jego zdaniem, chatbot nie wychwytuje ważnych niuansów rozmowy i uparcie dąży do zastępowania negatywnych emocji pozytywnymi. Według Lewisa, takie podejście sprawdza się jedynie u części chorych.
Niektóre chatboty mają tendencję do znajdowania szybkich rozwiązań. Jeśli powiemy, że jesteśmy przytłoczeni pracą, mogą zasugerować np. znalezienie sobie hobby. To pokazuje, że AI nie jest w stanie rozpoznać kontekstu problemu człowieka, dopasować pytań i na tej podstawie odpowiednio prowadzić rozmowę.
Większość terapeutów zgadza się, że aplikacje AI mogą sprawdzić się jako narzędzie pierwszego kontaktu dla pacjenta, a nie stałej terapii. Istnieją już przypadki szkodliwego działania chatbotów. Przykładowo, amerykańskie Narodowe Stowarzyszenie Zaburzeń Odżywiania zawiesiło chatbota Tessa, który udzielał szkodliwych porad dietetycznych.
Człowiek jest zbyt skomplikowany, aby chatboty przejęły w całości terapię chorób psychicznych. Mimo to, będą pomocne we wczesnej diagnozie i opiece, dopóki nie znajdzie się wolny termin wizyty u najbliższego psychologa.
Czytaj także: Boty AI zmarłych. Nowa, kontrowersyjna technologia

Unijna ustawa o sztucznej inteligencji (EU AI Act) wzbudza duże kontrowersje. Czy nie dobije już i tak tonącego w regulacjach europejskiego przemysłu technologii medycznych? I czy nie zablokuje nowych możliwości, jakie stwarza AI? Podczas Europejskiego Forum Zdrowia w Gastein (24-27 września, Austria) eksperci dyskutowali, jak wprowadzać w życie zapisy AI Act nie blokując innowacyjności ochrony zdrowia.
Zwolennicy unijnej ustawy o sztucznej inteligencji argumentują, że rozporządzenie jest niezbędne, aby AI była bezpieczna i zgodna z podstawowymi wartościami europejskimi. Historyk Yuval Noah Harari, w swojej najnowszej książce „NEXUS”, także postuluje regulowanie AI, ostrzegając przez niekontrolowanym rozwojem tej nowej technologii.
– Nie budujemy szybkich samochodów bez projektowania dobrych hamulców. Dlaczego takiego podejścia nie mamy w stosunku do AI? – pyta Harari.
Akt w sprawie AI ma też spore grono krytyków, którzy twierdzą, że Europa „najpierw reguluje, zamiast wspierać innowacje”. Cytują oni najnowszy raport Komisji Europejskiej „Przyszłość europejskiej konkurencyjności” autorstwa Mario Draghiego, który ostrzega, że Europa „jest słaba w nowych technologiach, które będą napędzać przyszły wzrost gospodarczy”, a do tego „jest w ogromnym stopniu uzależniona od importu technologii cyfrowych”.
Dla Marco Marsella, dyrektora ds. cyfrowych, EU4Health w Dyrekcji Generalnej Komisji Europejskiej ds. Zdrowia i Bezpieczeństwa Żywności (DG SANTE), ustawa o sztucznej inteligencji koncentruje się na zaufaniu i bezpieczeństwie.
– EU AI Act zmierza we właściwym kierunku, gwarantując, że rozwiązania wprowadzane na rynek są bezpieczne dla pacjentów – powiedział Marsella, podkreślając znaczenie regulacji, które zwiększają bezpieczeństwo bez tłumienia innowacji. Wspomniał przy tym, że ustawa przewiduje budowanie tzw. „piaskownic”, które umożliwiają państwom członkowskim i firmom testowanie rozwiązań technologicznych przed ich wdrożeniem na pełną skalę.
Jelena Malinina, dyrektor ds. danych w Eurordis, dodała, że „z punktu widzenia pacjenta ustawa tworzy ramy zapewniające bezpieczeństwo potrzebne w ochronie zdrowia”, ostrzegając jednocześnie, że zaufanie nie jest czymś, co raz zdobyte zostaje na zawsze. Dr Daniel Pinto dos Santos, radiolog ze Szpitala Uniwersyteckiego w Kolonii, twierdzi z kolei, że nie możemy nadmiernie polegać na sztucznej inteligencji w praktyce klinicznej.
– Ustawa o AI zakłada, że lekarze nie powinni ślepo ufać sztucznej inteligencji. Moim zdaniem nadzór człowieka nad stosowaniem AI jest niezbędny – podkreślił dr Pinto dos Santor. Zwrócił też uwagę na już istniejące niespójności między rozwiązaniami AI.
– W naszej klinice stosujemy systemy AI do wykrywania guzków na zdjęciach rentgenowskich klatki piersiowej. Pomimo, że są to certyfikowane wyroby medyczne, każdy system daje inne wyniki. Niespójności występują nawet między różnymi wersjami tego samego oprogramowania.

Sonja Wehsely, dyrektor na Europę Środkowo-Wschodnią i Azję Środkową w Siemens Healthineers i członek zarządu COCIR, ma duże wątpliwości, czy EU AI Act przyspieszy czy zablokuje innowacje.
– Mam nadzieję, że za półtora roku będziemy mogli powiedzieć, że nowe przepisy wzmocniły branżę. Na chwilę obecną trudno prognozować, jak się stanie naprawdę, bo wszystko zależy od tego, jak ustawa zostanie wdrożona w życie – powiedziała Wehsely zaznaczając, że przemysł technologii medycznych już teraz musi się mierzyć z rozporządzeniem w sprawie wyrobów medycznych (MDR) i rozporządzeniem w sprawie wyrobów medycznych do diagnostyki in vitro (IVDR). Te regulacje unijne zwiększyły koszty wprowadzania wyrobów medycznych na rynek europejski i spowolniły innowacyjność sektora. Biorąc pod uwagę rosnącą konkurencyjność ze strony USA i Chin, to nie jest dobra wiadomość dla Europy.
Podczas gdy ustawa o sztucznej inteligencji ma na celu wspieranie rozwoju innowacji, jej wdrożenie w życie będzie dużym wyzwaniem. Dr Santos twierdzi, że rozwiązania AI dostępne obecnie na rynku niekoniecznie są tymi, których najbardziej potrzebujemy.
– Wiele rozwiązań AI pomaga lekarzom, ale ich wpływ na pracę kliniczną nie jest rewolucyjny. Nawet jeśli są to rozwiązania przetestowane w warunkach klinicznych, pozostaje pytanie, czy naprawdę wspierają opiekę nad pacjentem, wnoszą nową wartość – mówił dr Santos podkreślając, że jeśli coś „można” zrobić z pomocą AI, nie oznacza to automatycznie, że warto albo „trzeba” to robić. AI nie jest sztuką dla sztuki.
Nie brakuje jednak dobrych systemów AI. Wehsely przywołała przykład oprogramowania, które dzięki nowemu modelowi AI pozwala o 60% skrócić czas badania MRI z opracowaniem wyników, poprawiając przepustowość badań i znacznie obniżając koszty energii.
Przeszkodą w wykorzystaniu AI jest nadal niska jakość danych. Dane medyczne są rejestrowane w nieustrukturyzowany sposób, często zawierają błędy albo są niepełne. A to oznacza, że trenowane na nich modele też nie będą doskonałe, co z kolei znacznie obniży zaufanie lekarzy do AI. Przedstawiciel Komisji Europejskiej podkreślił, że właśnie dlatego powstała Europejska Przestrzeń Danych Medycznych EHDS – dzięki niej, powstaną repozytoria danych ochrony zdrowia do wtórnego wykorzystania, np. w badaniach nad nowymi lekami albo tworzenia polityki zdrowotnej opartej na faktach.
Sukces ustawy o sztucznej inteligencji będzie zależał od jej praktycznego wdrożenia, w szczególności w koordynacji z istniejącymi przepisami, takimi jak MDR. Wszyscy czekają na pierwsze rekomendacje opracowane przez Europejskie Biuro ds. AI, bo to one przetłumaczą EU AI Act na konkretne zasady.
– Niektórzy mogą nazywać Akt w sprawie AI kolejnym obciążeniem administracyjnym. Ja nazywam tę regulację gwarantem przejrzystości sztucznej inteligencji – powiedział Marco Marsella, podkreślając, że razem z takimi inicjatywami takimi jak Europejska Przestrzeń Danych Zdrowotnych, EU AI Act zagwarantuje, że sztuczna inteligencja poprawi opiekę nad pacjentami bez uszczerbku dla ich bezpieczeństwa.
Czytaj także: Roboty i VR na sali operacyjnej są często na pokaz

Rozwiązania cyfrowe przynoszą ogromne korzyści, ale to pracownicy służby zdrowia muszą uczyć się ich obsługi i ich używać. Zamiast zmniejszać obciążenie pracą, niektóre technologie są dodatkowym obciążeniem. Jak to zmienić? O tym dyskutowali eksperci podczas Europejskiego Forum Zdrowia w Gastein (European Health Forum Gastein, 24-27 września, Austria).
Cyfrowa opieka zdrowotna ma dwa oblicza: Chociaż technologie cyfrowe niewątpliwie pomagają personalizować opiekę nad pacjentem i ułatwiają dostęp do krytycznych danych, każde kliknięcie w nowej aplikacji albo systemie IT odbywa się kosztem bezpośredniej komunikacji między lekarzem a pacjentem.
Rozwiązanie tego problemu nie polega wyłącznie na doskonaleniu obecnych technologii lub wprowadzeniu narzędzi takich jak sztuczna inteligencja, ale także na przemyśleniu ścieżek opieki nad pacjentem i przepływów pracy w placówkach ochrony zdrowia.
Podczas sesji „Poprawa świadczenia opieki poprzez innowacje cyfrowe. Bezpieczeństwo pacjentów i dobre samopoczucie personelu jako priorytet” zorganizowanej przez Europejską Fundację Bezpieczeństwa Pacjentów (EUPSF) i firmę Philips, eksperci dyskutowali o tym, jak cyfryzować z korzyścią zarówno dla pacjentów i pracowników służby zdrowia.
To paradoks transformacji cyfrowej: narzędzia cyfrowe mające zmniejszać obciążenia administracyjne często powoduję jeszcze większe obciążenie pracą.
– Największym problemem jest dla nas praca niekliniczna, zadania administracyjne i biurokracja. Nawet jeśli młodzi lekarze są podekscytowani nowymi technologiami, rzeczywistość pracy wygląda inaczej. Zamiast zajmować się pacjentami, rejestrujemy dane – twierdzi Miglė Trumpickaitė, wiceprezes Europejskiego Stowarzyszenia Młodych Lekarzy.
Według ankiety przeprowadzonej podczas debaty, 26% respondentów stwierdziło, że cyfrowe aplikacje zdrowotne przyczyniają się do większego zmęczenie pracowników służby zdrowia. Zdecydowana większość jest przeciwnego zdania: narzędzia e-zdrowia ułatwiają pracę lekarzy, zmniejszając ich zmęczenie.
Na szczęście technologie cyfrowego szybko ewoluują. Według Marka Konrada, dyrektora ds. medycznych i klinicznych w zakresie monitorowania pacjentów szpitalnych w Philips, firmy IT robią wszystko, aby upraszczać interfejsy użytkownika oraz zmniejszać przeciążenia alarmami i komunikatami z systemów, zamiast tylko tworzyć coraz to nowsze i bardziej rozbudowane technologie:
– Opracowując nowe innowacje cyfrowe, staramy się robić coś przeciwnego niż podpowiada intuicja – redukujemy funkcje, aby systemy były łatwe w obsłudze – twierdzi Konrad. Ale to nie wystarczy. Nawet najlepsza technologia nałożona na nieefektywne procesy kliniczno-administracyjne nie poprawi sytuacji.
Marc Lazarovici, dyrektor Human Simulation Center w Munich Medical School, zwrócił uwagę na przepaść między nauką a praktyką e-zdrowia.
– Wnioski z badań naukowych nad wdrażaniem i projektowaniem systemów IT, a tych mamy sporo, nie są uwzględniane w praktyce klinicznej – powiedział Lazarovici, podkreślając potrzebę lepszej współpracy między naukowcami i firmami IT.
Kolejne wyzwania to poprawia umiejętności cyfrowych i szkoleń pracowników służby zdrowia. Większość programów nauczania na studiach medycznych nie uwzględnia znajomości technologii cyfrowych. Studenci uczą się tego samego, co 10 lat temu, a z cyfryzacją są konfrontowani dopiero, gdy zaczyną pracę w szpitalu lub klinice.
– Nie uczymy się, jak korzystać ze sztucznej inteligencji i podobnych narzędzi. Bez edukacji adaptacja nowych technologii będzie ograniczona – mówi Trumpickaitė.
Mirka Cikkelova, sekretarz generalna Europejskiej Fundacji Bezpieczeństwa Pacjentów, twierdzi z kolei, że „musimy skupić się na ludziach – zarówno pacjentach, jak i pracownikach służby zdrowia – którzy korzystają z narzędzi cyfrowych, już na etapie koncepcji i projektowania rozwiązań IT.” Pierwszym krokiem powinno być tworzenie IT z „wbudowanym bezpieczeństwem pacjentów i wygodą pracy.”
Dobre innowacje cyfrowe dla ochrony zdrowia to nie jedynie odpowiedzialność firm IT. To wyzwanie wymagające współpracy wszystkich zainteresowanych stron – polityków, liderów branży, świadczeniodawców i pacjentów. Upraszczanie systemów IT ma tylko ograniczony wpływ na to, jak pracują pielęgniarki i lekarze. Lazarovic podkreślił potencjał technologii takich jak rozszerzona rzeczywistość i sztuczna inteligencja w szkoleniach medycznych i telemedycynie. Innowacje AI i VR spowodują, że będziemy zupełnie inaczej korzystać ze świadczeń medycznych niż robimy to obecnie.
Potrzebujemy holistycznego podejścia do innowacji cyfrowych, stawiając na pierwszym miejscu zdrowie pracowników służby zdrowia i pacjentów. Jak podsumowała Cikkelova, „jeśli zainwestujemy w długoterminową, zrównoważoną opiekę i bezpieczeństwo pacjentów, sięgając do technologii e-zdrowia, zredukujemy koszty opieki”.
Czytaj także: AI to jedyna szansa, aby zredukować błędy medyczne

W książce “Singularity Is Nearer” Ray Kurzweil – ekspert od AI w Google – przewiduje, że technologia sprawi, że będziemy nieśmiertelni. Nie w przyszłości, ale najpóźniej w 2060 roku dzięki miliardom nanorobotów patrolujących nasze ciała oraz integracji mózgu z AI. Wydawałoby się, że to tylko futurystyczna mrzonka, ale jednak nie do końca.
W wydanym w 2005 roku światowym bestsellerze „The Singularity Is Near” („Osobliwość Technologiczna Jest Blisko”, Singularity oznacza punkt w rozwoju ludzkości, kiedy rozwój technologii tak przyspieszy, że ludzie stracą nad nią kontrolę) Kurzweil przewidywał, że do 2030 roku postęp w biotechnologii i nanotechnologii doprowadzi do znacznego wydłużenia ludzkiego życia. Terapie genowa i komórkami macierzystymi pozwolą spowolnić proces starzenia się, pokonamy głównych zabójców jak nowotwory i tym samym będziemy na prostej drodze, aby wygrać ze śmiercią.
W swojej nowej książce, Kurzweil twierdzi konsekwentnie, że jesteśmy coraz bliżej nieśmiertelności m.in. dzięki postępom w nanorobotyce i sztucznej inteligencji.
Dążenie do długowieczności (ang. Longevity) nie jest niczym nowym. Od stuleci ludzie marzyli o nieśmiertelności. Obecnie możemy cieszyć się tak długim życiem jak żadne wcześniejsze pokolenie. Medycyna i nowoczesne leki oferują pomoc w wielu chorobach dotąd uważanych za nieuleczalne, coraz więcej wiemy o wpływie stylu życia na zdrowie, chirurdzy wyposażeni w nowoczesny sprzęt dokonują cudów na sali operacyjnej. Nie musimy się bać infekcji bakteryjnej, bo mamy antybiotyki, a poprawiające się warunki życia i higieny znacznie wydłużyły średnią życia.
Są i tacy, którym to nie wystarcza i chcą żyć tak długo, jak to możliwe. Do tego za wszelką cenę. Przykładem jest guru trendu longevity, Bryan Johnson. Jego motto to „nie umrzeć”. Bryan ma 48 lat, ale jego wiek biologiczny to podobno 18 lat. Jego radykalny styl życia powoduje, że z każdym rokiem kalendarzowym starzeje tylko o ok. 9 miesięcy. Ta walka o długie życie kosztuje go ok. 2 mln dolarów rocznie. Bryan codziennie zażywa ponad 100 tabletek ze starannie dobranymi suplementami, zatrudnia 30 lekarzy, wykonuje regularny screening zdrowia, je tylko w ramach 5-godzinnego interwału (pomiędzy 7:20 a 11:00), codziennie kładzie się o 8.00 wieczorem spać, śpi dokładnie 8 godzin, medytuje, uprawia sport, jeździ samochodem nie prędzej niż 30 km/godz., aby nie ulec wypadkowi. Jego dieta oparta jest na składnikach roślinnych, czasami ekstrawaganckich jak olej z oliwek w cenie ok. 330 zł za butelkę.
Nie każdy jest gotowy i stać go na takie wyrzeczenia, dlatego tysiące startupów na całym świecie pracują nas terapiami komórkowymi mającymi na celu zahamowanie procesu starzenia się, albo rozwiązaniami inżynierii genetycznej. Longevity to dziś jedna z najszybciej rosnących branż o wartości ok. 30 mld USD. Powstają kliniki długowieczności oferujące niesprawdzone terapie komórkami macierzystymi, na rynku jest coraz więcej mających wydłużać życie wątpliwych suplementów, a Bryan Johnson ma miliony fanów, którzy wierzą, że mogą żyć wiecznie.
Aubrey de Grey – kolejny guru długowieczności – twierdzi, że pierwsza osoba, która będzie żyła 1000 lat, prawdopodobnie już się urodziła.
Ale wróćmy do tego, jak technologia może wydłużyć życie. Kurzweil twierdzi, że lata 30-te tego wieku zapoczątkują trzecią fazę przedłużania życia, która będzie polegać na wykorzystaniu nanotechnologii do przezwyciężenia ograniczeń naszej biologii. W latach 40-tych i 50-tych zaczniemy stosować nanoroboty do naprawy wadliwych komórek, będziemy mogli zrobić kopię zapasową naszego umysłu, aby żyć poza ciałem.
Ile w tym prawdy? Ludzkie ciało zbudowane jest z około 36 bilionów komórek, a według Kurzweila jeden nanorobot jest potrzebny do „opieki” nad 1000 komórkami. Do konserwacji całego ciała statystyczny człowiek potrzebowałby 360 miliardów inteligentnych robotów wyposażonych w sensory, nanokomputery, systemy komunikacyjne i baterie. Zakładając, że średnica nanorobota wynosi około 0,5 do 3 mikronów, to wszystkie zmieściłyby się na jednej łyżeczce. Teoretycznie jest to możliwe.

Nanoroboty nie tylko naprawiałyby wadliwe komórki i tkanki, ale regulowały poziom hormonów, niszczyły komórki rakowe we wczesnej fazie i zabijały wirusy. Mogłyby nawet zastąpić narządy biologiczne. Do tego, nasz mózg stanie się zintegrowany z komputerem i AI. Tym samym nie będzie już organem biologicznym, ale hybrydą żywych komórek i procesorów.
Taka wizja może przerażać, ale gdyby opowiedzieć osobom urodzonym 200–300 lat o współczesnej medycynie, implantach, protezach, smartfonach i komputerach, tak samo kiwaliby głową z niedowierzania.
Długowieczność to nie tylko kwestia technologii, ale też wyzwanie społeczne. Jak będzie wyglądać życie bez końca? Czy ma sens? Czy na długowieczność będzie stać tylko bogatych? Z czego będziemy żyć tak długo? Albo po prostu, czy te 1000 lat nie będzie nudne? Kurzweil twierdzi, że nie. Jeśli nasze mózgi zostaną zintegrowane ze sztuczną inteligencją, życie stanie się fascynujące jak nigdy dotąd. Posiadanie biologicznego mózgu oznacza, że nasze życie i odczuwanie przyjemności jest ograniczone. Gdy połączymy się z AI, przeniesiemy się do świata wirtualnego (metaverse) o nieograniczonych możliwościach.
Naukowcy dość sceptycznie podchodzą do tego typu pomysłów. Wprawdzie postępy w nanotechnologiach, genetyce i bioinżynierii są ogromne, ale nic nie wskazuje na to, aby w najbliższych dziesięcioleciach można było naprawiać komórki i tkanki człowieka.
Po pierwsze, nanorobotyka jest na wczesnym etapie rozwoju. W medycynie trwają dopiero pierwsze testy bardzo prymitywnych mini-robotów mających np. dostarczać leki bezpośrednio do nowotworu albo udrażniać żyły. Ryzyko ich wprowadzenia do medycyny oraz koszty są zbyt duże.
Po drugie, zanim nanoroboty zaczną naprawiać komórki człowieka, aby powstrzymać proces starzenia się, musimy dokładnie zbadać, dlaczego się starzejemy. Naukowcy dopiero powoli rozumieją mechanizm skracania telomerów czy zaburzenia komunikacji międzykomórkowej prowadzące do ich umierania. Do tego nanoroboty musiałby się replikować samodzielnie, aby uzyskać pożądaną liczbę. Co z tymi, które przestaną działać poprawnie? Jak będą usuwane z organizmu? Lista pytań jest dłuższa niż odpowiedzi.

Tak samo jak nanoroboty, również interfejsy mózg-komputer, które mają nas połączyć ze sztuczną inteligencją, są na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Neuralink Elona Muska wprawdzie wszczepiła pierwsze tego typu urządzenie człowiekowi, ale na razie bez rewolucyjnych efektów, ale za to ze skutkami ubocznymi.
Zanim takie innowacje jak mini-roboty albo chipy osadzane na mózgu zostaną zaakceptowane przez organy regulacyjne, minie sporo czasu.
Ale naukowcy nie mówią, że te wizje są wyssane z palca. Prace nad takimi technologiami trwają i stworzenie nanorobotów o wielkości mikronów jest realne. Interfejsy mózg-komputer są rozwijane dopiero od kilku lat, a mimo to postępy są widoczne. Kto by przypuszczał, że w 2024 roku organy regulacyjne USA wydarzą pozwolenie na wszczepienie takiego chipu pierwszemu człowiekowi. A więc rozwój technologii to tylko kwestia czasu.
Trzeba przyznać, że Kurzweil zyskał popularność jako futurysta nie bez powodu. Niektóre z jego przewidywań z bestsellera z 2005 roku „The Singularity Is Near” sprawdziły się. Przykładowo, że do 2029 roku AI osiągnie inteligencję na poziomie człowieka. Jeszcze do niedawna mało kto w to wierzył, ale od czasu premiery ChatGPT jest to całkiem prawdopodobny scenariusz. Ziścić się też może zapowiedź, że do końca lat 20-tych tego stulecia, upowszechnią się autonomiczne samochody. Takie jeżdżą już po amerykańskich miastach i całkiem dobrze sobie radzą.
Trudno przewidzieć przyszłość, bo nie ma na nią wzoru. To co będzie za 20, 30 lat nie jest efektem powolnej ewolucji, ale raczej skoków technologicznych. Przykładami są rewolucje – przemysłowa, komputerowa, smartfonowa czy AI.
W 1988 roku Apple przygotowało firm prezentujący wizję opieki zdrowotnej za 20 lat, czyli w 2008 roku. Widzimy w nim m.in. systemy wspomagania decyzji klinicznych w szpitalach, asystentów AI lekarzy, smartwatche monitorujące zdrowie, dostęp do pełnej elektronicznej dokumentacji medycznej poprzez rozmowę z systemem IT. 36 lat później wszystkie te technologie są już dostępne, ale ich wdrożenie napotyka na liczne bariery: od kulturowych, przez finansowe, a kończąc na regulacjach. I to właśnie bariery społeczno-kulturowe mogą okazać się największą barierą dla technologii długowieczności.
Jeśli przyjrzymy się rozwojowi medycyny w ostatnich 100 latach, to jest to historia sukcesów w dziedzinie długowieczności. Oczekiwana długość życia w chwili urodzenia w Polsce w 2023 r. wynosiła 78,6 lat. To aż o 7,1 lat więcej niż 30 lat temu. AI przyspieszy badania nad nowymi lekami oraz napędzi rozwój innowacji medycznych. Dzięki nim będziemy mogli na pewno cieszyć się dłużej zdrowiem, co powinno być głównym celem ochrony zdrowia.
Czytaj także: Dane, biotechnologie i AI tworzą „supercykl technologiczny”

Konsorcjum EDiHTA (European Digital Health Technology Assessment) pracuje nad pierwszymi europejskimi ramami oceny zdrowotnych technologii cyfrowych. Mają być gotowe do 2028 roku. Czy powstaną spójne wytyczne dla wdrażania rozwiązań telemedycyny, mobilnych aplikacji zdrowotnych i systemów AI? O tym rozmawiamy z dr Igą Lipską, prezeską Instytutu Polityki Zdrowotnej, jednego z członków konsorcjum EDiHTA.
Po co HTA dla e-zdrowia i jaki jest harmonogram prac nad EDiHTA?
4-letni projekt EDiHTA, który wystartował w 1 stycznia 2024 roku, to inicjatywa naukowo-badawcza finansowana w ramach programu Horyzont Unii Europejskiej. Nasze konsorcjum bazuje na doświadczeniach związanych z oceną tradycyjnych technologii medycznych, takich jak leki, wyroby medyczne, operacje chirurgiczne, a także rozwiązania organizacyjne.
Naszym celem jest adaptacja doświadczeń z Health Technology Assessment (HTA) na potrzeby technologii cyfrowych. Pracując nad ramami oceny rozwiązań e-zdrowia, chcemy jednak uwzględnić aspekty, które standardowo nie są brane pod uwagę, takie jak przykładowo wpływ rozwiązania na środowisko naturalne czy organizację udzielania świadczeń zdrowotnych. W HTA analizowana jest zwykle perspektywa kliniczna i ekonomiczna, ale także np. kwestie etyczne. W technologiach cyfrowych będzie podobnie, ale znaczenie będą miały także inne obszary.
Na szczęście mamy już do dyspozycji wytyczne, które są dla nas drogowskazem. Przykładem jest wspólna europejska ocena efektywności klinicznej leków onkologicznych i tzw. terapii zaawansowanych, która wchodzi w życie 12 stycznia 2025 roku.
Zaczęliśmy od przeglądu już dostępnych metodologii oraz zdefiniowania technologii cyfrowych, bo to bardzo szeroki zbiór rozwiązań. Chcemy, aby EDiHTA możliwe szeroko obejmowała innowacje cyfrowe, takie jak telemedycyna, mobilne aplikacje zdrowotne i technologie z użyciem sztucznej inteligencji (AI). W przypadku tych ostatnich, wyzwanie jest spore, bo mamy do czynienia z rozwiązaniami, które są dynamiczne, rozwijają się w trakcie użytkowania. Wiele technologii przenika się ze sobą, jak przykładowo roboty medyczne, które oprócz rozwiązań z zakresu robotyki, zawierają elementy AI a nawet telemedycyny.
Zależy nam na tym, aby stworzyć rodzaj wytycznych dla szpitali i placówek ambulatoryjnej opieki zdrowotnej pomagający im orientować się w nowych technologiach i racjonalnie wdrażać te, które mają pozytywny wpływ na wyniki zdrowotne pacjentów. Często są one finansowane z pieniędzy publicznych, dlatego szczególnie ważne jest, aby były to dobrze wydane środki.
Warto wspomnieć, że EDiHTA to jeden z dwóch obecnie realizowanych projektów w ramach unijnego mechanizmu HORYZONT mających na celu wypracowanie pierwszych europejskich ram oceny cyfrowych technologii medycznych. Działamy jednak w porozumieniu z konsorcjum realizującym projekt ASSESS DHT, aby uzupełniać się w pracach.

Kto tworzy konsorcjum EDiHTA?
Konsorcjum składa się z 16 partnerów z 11 krajów (10 krajów unijnych oraz UK – umowa z UE). Ze strony Polski, uczestniczy w nim Instytut Polityki Zdrowotnej – organizacja pozarządowa. Takie zróżnicowanie partnerów gwarantuje, że będziemy mogli zebrać doświadczenia z wielu różnych systemów zdrowia, zarówno z Europy Zachodniej i Środkowo-Wschodniej, i w ten sposób stworzyć uniwersalne ramy do oceny technologii cyfrowych.
Mamy zaplanowane sześć pilotaży w różnych krajach realizowanych przez szpitale podzielone na trzy grupy. Każda z nich będzie odpowiedzialna za inny obszar technologii: telemedycyna, aplikacje mobilne i systemy AI. To ważne, bo chcemy, aby ramy HTA dla technologii cyfrowych były możliwe do implementacji w całej Unii Europejskiej. Nabór do części pilotaży zostanie ogłoszony w trybie konkursowym w 2025 roku. Na realizację projektu mamy 4 lata i określony budżet w wysokości 8 mln euro.
Skąd pomysł, aby wypracować model oceny technologii e-zdrowia podobny do HTA dla leków?
Pomysł na projekt EDiHTA zrodził się z wcześniejszych doświadczeń partnerów konsorcjum i ich kooperacji na różnych forach międzynarodowych. Jednak iskrą była współpraca m.in. w ramach Health Technology Assessment International (HTAi). To nie jest tak, że nagle pojawił się pomysł. Koncepcja projektu EDiHTA tworzyła się w zasadzie przez lata wraz z tym, jak rozwijały się technologie cyfrowe dla opieki zdrowotnej.
Różni interesariusze systemu – w tym pacjenci, podmioty medyczne, ośrodki naukowe, dostawcy rozwiązań cyfrowych – są od lat konfrontowani z tym samym pytaniem: jak racjonalnie wdrażać nowe technologie, aby przynosiły największą korzyść. W masie innowacji, odpowiedź na nie stawała się coraz bardziej paląca. Kiedy w 2022 roku pojawiła się generatywna sztuczna inteligencja nikt nie miał wątpliwości, że trzeba wypracować takie wytyczne na poziomie Unii Europejskiej, niezależnie od tego, jak duże to wyzwanie.
Zanim wzięliśmy udział w unijnym konkursie, spotykaliśmy się wielokrotnie online i dwa razy osobiście, aby stworzyć fundamenty konsorcjum i skrystalizować pomysły na EDiHTA. Konkurencja była duża, bo łącznie zgłoszono 9 projektów, a ostatecznie tylko 2 otrzymały dofinansowanie.
Technologie cyfrowe mają duży potencjał, aby poprawić jakość opieki zdrowotnej i zwiększyć jej dostępność. Przykładowo, aplikacje mobilne mogą pomóc w zarządzaniu chorobami przewlekłymi, monitorowaniu stanu zdrowia pacjentów w czasie rzeczywistym, a także w dostarczaniu spersonalizowanej opieki. Ponadto mogą prowadzić do optymalizacji procesów w placówkach medycznych, co z kolei może przełożyć się na oszczędność kosztów i zwiększenie efektywności. Warto sięgnąć po ich możliwości. Ale zanim to zrobimy, musimy wiedzieć, które z tych technologii cyfrowych są naprawdę wartościowe.
Jakie są szanse, że wypracowane wytyczne zostaną zaimplementowane w całej Unii Europejskiej?
Na pewno na chwilę obecną trudno powiedzieć, w jaki sposób wytyczne zostaną wdrożone do ochrony zdrowia w UE. Jest na to za wcześnie. Ale mamy nadzieję, że EDiHTA przyczyni się do wypracowania rozwiązań podobny do unijnego rozporządzenia dotyczącego HTA dla leków onkologicznych i terapii zaawansowanych. Weźmy pod uwagę, że przyjęcie wspólnych ocen efektywności klinicznej dla leków zajęło 20 lat. Ale to dobra baza, aby te doświadczenia teraz przenieść na rozwiązania cyfrowe.
Jestem poza tym optymistką. Kiedy pojawiła się inicjatywa regulacji AI, wiele osób wątpiło, że to się uda. Mimo to, dzisiaj mamy EU AI Act.

Jednym z największych wyzwań dla EDiHTA jest dynamiczny rozwój technologii cyfrowych. Trudno przewidzieć, jakie rozwiązania wejdą na rynek jutro.
Konsorcjum jest świadome ogromnego wyzwania, przed którym stoimy. Mamy spore doświadczenie w zakresie HTA, ale zdajemy sobie sprawę, że technologie cyfrowe wymagają elastycznego podejścia. Ocena musi uwzględniać czasami trudne do zmierzenia efekty jak wpływ na systemy opieki zdrowotnej i społeczeństwo. Ważne jest również, aby rozwiązania e-zdrowia były zgodne z obowiązującymi regulacjami prawnymi i standardami etycznymi.
Proszę zwrócić uwagę, że jest już wiele wytycznych i rozwiązań, które mogą posłużyć jako punkt wyjścia. Przykładowo, ocena mobilnych aplikacji zdrowotnych w ramach niemieckiego programu DiGA albo francuskiego PECAN.
Nasz cel jest prosty: aby technologie cyfrowe były wdrażane w sposób racjonalny i bezpieczny, minimalizując ryzyko związane z ich stosowaniem. Z tym wyzwaniem, prędzej czy później, trzeba się będzie zmierzyć, bo technologie cyfrowe są stosunkowo nowym rodzajem terapii. Nie są to już proste rozwiązania jak kilka lat temu, ale technologicznie zaawansowane aplikacje oparte na AI, w przypadku których trudno od razu ocenić ryzyko stosowania.
W przypadku leków wiemy, jakie są działania niepożądane; w przypadku rozwiązań e-zdrowia – często nie jesteśmy tego świadomi. Z drugiej strony, jest wiele rozwiązań cyfrowych, które mogłyby pomóc pacjentom, a nie są stosowane na szeroką skalę, bo brakuje wytycznych. Przykładem są chociażby aplikacje mobilne w zakresie zdrowia psychicznego. Przy bardzo ograniczonym dostępie do psychologów i psychiatrów np. w Polsce, takie rozwiązania mają ogromny potencjał dotarcia z pomocą do tych, którzy jej pilnie potrzebują. Ale rodzą też zagrożenia. Każdy lek ma jakieś działanie niepożądane. Systemy e-zdrowia też je mają. Ale liczy się stosunek korzyści do ryzyka, który trzeba przeanalizować.
Osobiście mam też nadzieję, że ramy oceny technologii e-zdrowia otworzą drogę do refundacji takich rozwiązań przez płatników, aby stały się one bardziej dostępne dla pacjentów. Skoro technologie cyfrowe wykazują korzyści kliniczne, podobnie jak technologie lekowe, trzeba po nie sięgnąć.
Po drodze na pewno natrafimy na wiele innych wyzwań. Przykładem są modele płatności. Tradycyjne leki kupujemy w fizycznej postaci w aptece. Cyfrowe terapeutyki mogą być dostępne np. w modelu subskrypcji, a do tego nie płacimy za aplikację – nie otrzymujemy jej na własność – ale jedynie za dostęp do niej w modelu SaaS (Software-as-a-Service). Do tego dochodzi ważny aspekt związany z cyklem życia innowacji. Wszystkie te elementy mamy na uwadze, aby wypracować model dopasowany do obecnej i przyszłej ewolucji e-zdrowia.
Pojedynczy szpital nigdy nie będzie miał zasobów, aby ocenić skuteczność kliniczną, kosztową, aspekty organizacyjne oraz etyczne nowego algorytmu AI. Ale bez jakichkolwiek wskaźników będziemy działać po omacku, wydatkując środki w nieracjonalny sposób. A to oznacza, że cały system zdrowia nie będzie funkcjonował tak, jak powinien, czyli opierając się na stosowaniu bezpiecznych i skutecznych technologii opartych na dowodach naukowych.
Jakie plany ma konsorcjum na najbliższe miesiące?
Obecnie trwają intensywne prace związane z przeglądem istniejących rozwiązań w zakresie oceny technologii cyfrowych. Współpracujemy z różnymi agencjami, aby zebrać jak najwięcej informacji. Jedną z nich jest hiszpańska AQuAS (Agency of Health Quality and Assessment of Catalonia) z siedzibą w Barcelonie, która jest jednym z partnerów konsorcjum EDiHTA.
Planujemy zakończyć przegląd literatury jesienią 2024 roku, a następnie rozpocząć projektowanie rozwiązań, które będą konsultowane z różnymi interesariuszami, w tym z agencjami HTA i deweloperami technologii cyfrowych. Naszym celem jest stworzenie narzędzia, które będzie elastyczne i dostosowane do dynamicznie zmieniającego się rynku technologii cyfrowych.
Czytaj także: Polska na 5. miejscu w rankingu e-zdrowia w Europie

Zmęczeni kierowcy powodują ok. 30% wypadków, a zaśnięcie za kierownicą nawet na ułamek sekundy może być śmiertelnie niebezpieczne. Mają temu zapobiec nowe wkładki douszne monitorujące aktywność mózgu opracowane przez naukowców z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley.
Statystyki są alarmujące: Zaśnięcia za kierownicą prowadzą co roku do setek śmiertelnych wypadków samochodowych. Mimo znużenia wsiadamy za kierownicę, mając nadzieję, że damy radę utrzymać koncentrację. Wystarczy tzw. sekundowy sen, który powoduje chwilową utratę kontroli nad pojazdem. Przy dużych prędkościach, oznacza to kilkadziesiąt metrów bezwładnej jazdy pojazdu.
Nowy wynalazek amerykańskich badaczy ma chronić kierowców i operatorów maszyn przed niebezpieczeństwami związanymi z zasypianiem. Opracowane wkładki douszne wykrywają fale mózgowe w taki sam sposób, jak elektroencefalogram (EEG), czyli stosowane w medycynie badanie pomiaru aktywności elektrycznej w mózgu. O ile EEG wykrywa fale mózgowe za pomocą elektrod przymocowanych do głowy, wkładki wykorzystują wbudowane elektrody przylegające do kanału słuchowego. Pracując nad wynalazkiem, naukowcy poszli na kompromis. Aby urządzenie było wygodne do noszenia, trzeba było go zminiaturyzować, co z kolei ograniczyło czułość przechwytywania sygnałów elektrycznych wysyłanych przez mózg. Ale osiągnięta dokładność wystarczy, aby wykryć fale alfa, czyli wzorzec aktywności mózgu, który rośnie, gdy zamykamy oczy i zaczynamy zasypiać – sugerują wyniki badań opublikowane w magazynie Nature.

Aby zapewnić kontakt słuchawki z kanałem usznym, co jest konieczne do obierania sygnałów elektrycznych z mózgu, opracowano trzy rozmiary dopasowane do różnej budowy ucha. Sygnały z urządzenia są odczytywane za pośrednictwem bezprzewodowego interfejsu elektronicznego. Już w publikacji naukowej z 2020 roku naukowcy wykazali, że prototyp urządzenia może wykrywać szereg sygnałów fizjologicznych, w tym m.in. mrugnięcia oczu i fale mózgowe alfa. Nowe badanie przeprowadzono na udoskonalonej konstrukcji. 9 ochotników poproszono o noszenie słuchawek podczas wykonywania serii nudnych zadań w zaciemnionym pomieszczeniu. Co jakiś czas uczestnicy badania oceniali poziom senności i mierzono ich czas reakcji.
Rezultat: nawet, gdy jakość sygnału ze słuchawek spadała, nadal można było wykrywać senność z taką samą dokładnością jak robią to o wiele bardziej skomplikowane, nieporęczne systemy. Naukowcy pracują teraz nad udoskonaleniem projektu i rozszerzeniem zakresu mierzonych sygnałów o np. bicie serca, ruchy gałek ocznych i zaciskanie szczęki. Badacze mają nadzieję, że mały rozmiar i łatwość noszenia słuchawek EEG spowodują, że w przyszłości będą powszechnie stosowane przez kierowców, pomagając im w utrzymaniu koncentracji podczas jazdy. Aby tak się stało, wystarczy wyposażyć urządzenie w alarm uruchamiany w momencie wykrycia wczesnych objawów senności. Technologia ma wiele innych potencjalnych zastosowań jak m.in. monitoring snu i diagnozowanie jego zaburzeń.
Czytaj także: Nowa drukarka 3D tworzy tanie modele anatomiczne

Wysokie ceny leków powodują, że część pacjentów wybiera zamienniki albo wraca do lekarza po tańszy lek – wynika z nowego badania PEX.
Dr Jarosław Frąckowiak, Prezes Pex
Ceny leków rosną u producentów, w hurtowniach i w aptekach. I nie ma innego wyjścia, bo produkcja i sprzedaż muszą być opłacalne, a otoczenie ekonomiczne nie sprzyjało ostatnio stabilizacji cen. PEX – wykorzystując panel badawczy Ariadna – zapytał pacjentów o ich decyzje zakupowe związane z cenami produktów w aptekach.
Badanie przeprowadzono pod koniec kwietnia 2024 roku na ogólnopolskiej, reprezentatywnej próbie dorosłych Polaków (1128 osób w próbie, błąd statystyczny wynosi ok. +/– 3%). Pytaliśmy o to, jak się zachowywał/a pacjent/ka przy zakupie leków na receptę (Rx) i produktów bez recepty (non-Rx) w przeciągu ostatnich 6 miesięcy.
W przypadku leków na receptę, aż 41% osób w próbie deklaruje, że nie kupiło tego, co było na recepcie. 25% wybrało zamiennik, 6% twierdzi, że wróciło do lekarza po receptę na tańszy lek a 10% zrezygnowało z zakupu. W przypadku produktów bez recepty – 14% twierdzi, że zrezygnowało z zakupu ze względu na cenę a 14%, że zamieniło produkt na tańszy odpowiednik.
Okazuje się, że 30 złotych za produkt jest barierą cenową dla 17% osób, 50 złotych już dla blisko 50%, a 100 zł dla 86%.
Wyniki wymagają ostrożnej interpretacji – odczytane literalnie mogą prowadzić do mylnych wniosków. Po pierwsze, należy pamiętać, że mowa jest o deklarowanych zachowaniach konsumenckich w okresie 6 miesięcy, a nie o faktycznych decyzjach. Nie twierdzę, że deklaracje nie sprawozdają faktów, ale są innym źródłem wiedzy, nie tak precyzyjnym jak zapis rzeczywistości na przykład z systemu aptecznego.
Po drugie respondenci mówią nam o sytuacjach, w której zdarzyło im się rezygnować z zakupu produktu, a nie o procencie takich sytuacji we wszystkich zakupach. To istotne, bowiem z informacji o tym, że 25% wybrało zamiennik nie wynika, że tyle wynosi poziom substytucji w aptekach. Realnie – na podstawie danych z reprezentatywnego panelu PEX/ABD wynosi niecałe 5% i – w trendzie – lekko spada. Najbardziej interesującym będzie porównanie wyników omawianego badania do kolejnych zebranych wedle tej samej metody.

Mniejsze wyzwania interpretacyjne rodzi analiza wrażliwości cenowej. Jeżeli 49% pacjentów deklaruje możliwość rezygnacji z zakupu produktu ze względu na cenę, to jest to konkretna informacja, która może wpływać na biznesowe i merytoryczne decyzje związane z kształtowaniem i sprzedażą portfolio produktów sprzedawanych w aptekach.
Trzeba jednak pamiętać, że są olbrzymie różnice w „zestawach” konsumentów kupujących w różnych aptekach a także o tym, że wrażliwość cenowa pacjentów/konsumentów jest różna w zależności od rodzaju produktów. Za niezbędne w leczeniu czy przepisane lub rekomendowane dzieciom pacjenci/konsumenci zapłacą więcej niż za inne. Cena gra rolę. Warto sprawdzać jaką. Dane i metody są dostępne.
Czytaj także: Kupujemy coraz mniej antybiotyków. Ale jest haczyk

Nowy Raport Otwarcia „Cyfrowa Innowacja Dla Zdrowia” zawiera propozycje zmian, dzięki którym polska ochrona zdrowia może wykorzystać potencjał digitalizacji i AI. Autorem publikacji jest Koalicja AI i Innowacji w Zdrowiu, Polska Federacja Szpitali oraz wZdrowiu.
Dzięki już zrealizowanym inwestycjom cyfrowym – jak e-recepta, Internetowe Konto Pacjenta (IKP) oraz stopniowe przechodzenie na Elektroniczną Dokumentację Medyczną (EDM) – Polska posiada dobre warunki bazowe do wdrożenia kolejnych innowacji, które mogą radykalnie poprawić jakość usług medycznych.
Dodatkowym impulsem do cyfryzacji ma być uruchomienie środków z Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności. KPO kładzie nacisk na promowanie innowacji cyfrowych, które mają potencjał stworzenia silnej i odpornej na kryzysy polskiej służby zdrowia, czego w obecnych warunkach systemowych nie da się osiągnąć bez wsparcia technologii cyfrowych oraz sztucznej inteligencji (AI).
Raport Otwarcia proponuje 8 inicjatyw:
Autorzy raportu proponują stworzenie dedykowanego standardu oceny technologii opartych na AI oraz opracowanie ścieżki finansowania świadczeń zdrowotnych z wykorzystaniem algorytmów AI. W poprawie jakości usług medycznych miałoby pomóc upowszechnienie wśród lekarzy narzędzi wspomagania decyzji klinicznych oraz stworzenie dla pacjentów opartych na AI botów zdrowotnych, nastawionych na dostarczanie porad profilaktycznych.
Eksperci z Koalicji AI i innowacji w zdrowiu wskazują na sprzyjające warunki do masowej adopcji innowacji cyfrowych, takie jak funkcjonujące e-usługi, dostęp do danych cyfrowych, szybki rozwój polskiego sektora medtech oraz otwartość pacjentów na nowości e-zdrowia. Raport ma wskazać kluczowe obszary, których innowacyjne rozwiązania mogą przynieść najbardziej pozytywny wpływ na poprawę jakości opieki nad pacjentem w najbliższym czasie.
Pobierz Raport Otwarcia „Cyfrowa Innowacja Dla Zdrowia”

Liderów digitalizacji wyróżnia jedna cecha: silne przekonanie do sensu i korzyści wdrażania rozwiązań e-zdrowia. Dobra wiadomość: każdy menedżer jest w stanie zarazić personel entuzjazmem do nowych technologii. Jak to zrobić? Wywiad z Michaelem McQueenem, autorem bestsellerowej książki Mindstuck: Mastering the Art of Changing Minds („Opanowanie sztuki zmieniania umysłów”).
Systemy opieki zdrowotnej na całym świecie stoją przed ogromnymi wyzwaniami, ale gotowość do transformacji cyfrowej jest niska, bo trudno zmienić z dnia na dzień system, do którego przyzwyczailiśmy się przez lata. Czy jest to objaw blokady mentalnej?
Sytuacja, którą opisałeś, występuje powszechnie w branżach charakteryzujących się dużą bezwładnością – czyli poczuciem, że system jest tak duży, skomplikowany i regulowany, że bez względu na to co zrobisz, nic się nie zmieni.
Dlatego w wielu organizacjach, także w branży medycznej, taka inercja – bierność i niechęć – blokuje albo opóźnia reformy. Nawet gdy część osób wykazuje się inicjatywą i entuzjazmem, przytłaczające poczucie braku sprawczość powoduje, że wszelkie działania wydają się bezcelowe.
Opisana mozolność wdrażania nowych technologii przypomina historię węgierskiego lekarza Ignaza Semmelweisa, któremu – mimo dowodów – nie udało się przekonać lekarzy do mycia rąk przed operacją. Mamy liczby pokazujące, że system zdrowia musi się zmienić, inaczej czeka go zapaść. Ale te fakty są często ignorowane.
Liczby, dowody i fakty są przydatne tylko wtedy, gdy ludzie czują, że ich ego jest bezpieczne. Badania w obszarze neurobiologii i psychologii pokazują, że zazwyczaj podejmujemy decyzje najpierw słuchając naszego „instynktownego umysłu”, a dopiero potem używamy „racjonalnego umysłu”, aby emocje uzasadnić logiką.
Mówiąc prościej, często podejmujemy decyzje w oparciu o emocje lub intuicję, a następnie uzasadniamy je faktami. Jeśli spróbujemy przekonać ludzi sięgając do dowodów, jest mało prawdopodobne, że nam zaufają i się zmienią. Co gorsza – jeśli nasze rzeczowe argumenty stoją w sprzeczności z emocjonalnym nastawieniem rozmówcy, dochodzi do konfrontacji i przełączenia się w tryb zaprzeczenia, obrony i wypychania faktów.
Co więc Semmelweis zrobił źle?
Podczas pobytu w Londynie, miałem okazję zobaczyć przedstawienie o Semmelweisie. Uderzyło mnie to, że był to człowiek bardzo apodyktyczny. Zawsze musiał mieć rację. Takie zachowanie często opisuje się jako „logiczne zastraszanie”, naciskanie na zmianę poglądów.
Niestety, nie prowadzi ono do niczego dobrego. Nawet jeśli druga osoba widzi wartość w sugestii i pomyśle, jeśli zmusisz ją do przyznania się do błędu – albo twój argument zdemaskuje, że coś dotąd robiła źle – wywołasz konflikt i ucieczkę.
W branży medycznej mamy do czynienia z silnym ego: ego często podkreślane tytułami naukowymi, liczbą publikacji; ego rosnące podczas długiej i trudnej ścieżki na drodze do bycia lekarzem. Przyznanie się do błędu może być żenujące i bolesne dla poczucia godności.
Moja rada jest taka, aby dać ludziom przestrzeń i czas, aby poczuli, że sami zmienili zdanie. Muszą mieć wrażenie sprawczości, przestrzeń na wewnętrzną ewolucję na zasadzie „teraz wiem więcej i dlatego sam doszedłem do nowego wniosku.”
Semmelweis nie wziął pod uwagę tej godności swoich kolegów, co spowodowało odrzucenie jego pomysłów.
Jeśli chciałbym przekonać lekarzy do stosowania rozwiązań sztucznej inteligencji, od czego powinienem zacząć?
Przede wszystkim od uczciwego przedstawienia mocnych i słabych stron AI. Istnieją aspekty opieki zdrowotnej, których AI nie jest w stanie przejąć. Przykładowo, technologia świetnie sprawdza się w analizie zdjęć medycznych, wychwytując zmiany szybciej i dokładniej niż człowiek. Ale zupełnie nie nadaje się do opieki nad pacjentem.
Jeśli już obiektywnie przeanalizujemy możliwości AI, w kolejnym kroku należy uświadomić personel medyczny, w jaki sposób AI zmniejsza obciążenie pracą, pozwalając skupić się na opiece nad pacjentem. AI można porównać do stetoskopu lub termometru – technologii, które początkowo spotkały się z oporem, a obecnie stanowią integralną część pracy lekarza.
Pokaż, w jaki sposób nowe technologie pomagają w radzeniu sobie z uciążliwymi zadaniami. Podczas moich spotkań z klientami zazwyczaj opisuję AI jako środek przeciwbólowy lub multiwitaminę. Jako środek przeciwbólowy – bo rozwiązuje biurokratyczne bóle głowy i pozwala zmniejszyć poziom frustracji w pracy. Jako multiwitaminę – bo zapewnia możliwości, których wcześniej nie było. Przykładem są systemy transkrybujące rozmowy i tworzące automatycznie dokumentację medyczną, zmniejszając obciążenia administracyjne.
W twojej książce piszesz, że aby transformacja na poziomie społecznym zakończyła się sukcesem, należy przekonać około 75% interesariuszy. Wówczas „instynkt stadny” zrobi resztę.
To prawda. Transformacja nabiera pędu, gdy znaczna liczba osób widzi tzw. dowód społeczny – poczucie, że wszyscy inni coś myślą lub robią. Po przekroczeniu granicy 75%, nikt nie chce pozostać w mniejszości.
Zwolennicy cyfryzacji w opiece zdrowotnej często argumentują, że zmiany są nieuniknione ze względu na starzejące się społeczeństwo, rosnące koszty opieki zdrowotnej i niedobory pracowników służby zdrowia. Czy taka narracja o „zbliżającej się katastrofie” jest dobrą strategią?
Rozpoczęcie od negatywnego podejścia, jak opisany scenariusz „palącego się gruntu”, może przynieść rezultaty, ale będą one krótkotrwałe. Powodem jest koncentracja na negatywnych emocjach. Ta strategia zawęża myślenie i tłumi kreatywność.
O wiele lepsze jest nakreślenie ambitnego celu, wizji przyszłości. Pokaż w pozytywny sposób efekty i korzyści, jak przykładowo lepsze wyniki leczenia pacjentów albo wyższą wydajność pracy, podpierając się przykładami sukcesów z innych placówek i dokładnie prezentując kroki niezbędne do osiągnięcia celu.
Sama wizja optymistycznej przyszłości bez konkretów, jak ją zrealizować, doprowadzi do cynizmu. Pamiętajmy, że ludzie z natury dążą do poprawy sytuacji i nie chcą tkwić w problemach, bo powodują dyskomfort. Odwoływanie się do wizji lepszego jutra i wartości cechujących zawody medyczne daje o wiele większe szanse na wykrzesanie z ludzi chęci do zmian.

Jakie elementy decydują o tym, że ktoś zmieni zdanie czy nie?
W grę wchodzi wiele czynników. Zgodnie z zasadami retoryki Arystotelesa, na którą składa się logos, etos i patos, do większości ludzi można dotrzeć za pomocą kombinacji patosu i logosu.
Aby wprowadzić zmiany w placówce zdrowia, zidentyfikuj osobę, która ma etos – czyli wartości i cechy kulturowe – kompatybilny z etosem ludzi, na których próbujesz wpłynąć. Ludzie będą bardziej skłonni słuchać osoby, która cieszy się dużym zaufaniem i autorytetem, jest „jednym albo jedną z nas”.
Jeśli ktoś mimo wszystko nie zmienia zdania, często wynika to z braku etosu: argumenty są trafne, ale ty jako osoba nie jesteś odpowiednim ambasadorem zmian. Potrzebujesz zaufanego lidera transformacji.
Które techniki opisane w książce „Mindstuck” polecałbyś placówkom chcącym zachęcić pracowników do cyfryzacji?
Na pierwszym miejscu jest przedstawienie cyfryzacji jako procesu kontynuacji przeszłości, a nie zerwania z nią, zaczynania czegoś od nowa. Tym, co ludzi paraliżuje i powoduje, że opierają się nowościom, nie jest sam strach przed samą zmianą, ale strach przed utratą czegoś, co mają – utratą władzy, pewności siebie i godności. Lider zmian musi dać ludziom poczucie, że innowacja zmieni ich życie na lepsze, niczego im nie odbierze, jest przedłużeniem czegoś, co znają.
Drugim narzędziem jest sięgnięcie do instynktu stadnego. Pokaż, jak inni z powodzeniem adaptują nowości cyfrowe, odwołuj się do elementów, które wszystkich łączą. Przykładem jest argument poprawy poziomu leczenia pacjentów, na czym zależy wszystkim. I w końcu – zacznij od nakreślenia wspólnych celów, a następnie razem z zespołem omów sposoby ich osiągnięcia. Pozwoli to skupić się na integrujących zespół wartościach.
Moją ulubioną techniką jest budowanie więzi i zaufania. Jestem fanem wskazówek Paula Zaka – założyciela Center for Neuroeconomics Studies. Według niego, trzeba stymulować uwalnianie oksytocyny u ludzi, na których próbujesz wpłynąć. Oznacza to wzmacnianie ich samooceny, szczerość i autentyczność. Te elementy stanowią podstawę budowania zaufania. Jedną ze wskazówek Paula Zaka jest pójście na spacer z osobą, na którą chcesz wpłynąć. Wspólne spacerowanie pomaga zsynchronizować się z drugą osobą, dopasowując się do jej tempa i rytmu. Ta synchronizacja sprawia, że partner takiego spaceru staje się bardziej otwarty na konstruktywną rozmowę. Prosty spacer może pomóc roztopić największe lody komunikacyjne i zbudować cenne relacje.
Czytaj także: 4 strategie liderów cyfryzacji w ochronie zdrowia

Światowa awaria systemów Microsoft sparaliżowała na kilka godzin działalność firm, lotnisk, ale także szpitali. Tak poważne usterki są rzadkością, ale istnieje wiele innych scenariuszy, gdy dostęp do komputera zostaje zablokowany. Jak się do nich przygotować?
Kiedy w lipcu na ekranach komputerów pojawiła się niebieska tablica z informacją o błędzie, pracownicy poszkodowanych szpitali w jednej chwili stracili dostęp do elektronicznych kartotek pacjentów. Konieczne okazało odwołanie planowanych zabiegów i wizyt. Nawet jeśli problem szybko usunięto, doprowadził do zakłóceń w usługach, które nie mogą czekać na realizację. Wśród nich są usługi medyczne.
Niebieski ekran śmierci (ang. BSOD, Blue Screen of Death) systemu operacyjnego Windows nie jest sytuacją rzadką. Może się pojawić m.in. w wyniku błędu dysku twardego, korzystania z nieaktualnych wersji systemu, działania złośliwego oprogramowania. Światowy paraliż informatyczny pokazuje, że błędy systemów IT zdarzają się nawet największym dostawcom IT. Tak samo mogą dotyczyć systemów IT do prowadzenia elektronicznej dokumentacji medycznej. Zresztą lista scenariuszy, w wyniku których nagle komputer odmawia posłuszeństwa, jest długa: atak cybernetyczny, zalanie klawiatury, brak zasilania itd.
Odkąd placówki medyczne w coraz większym stopniu polegają na systemach IT różnych dostawców, konieczne jest opracowanie procedur reagowania na wypadek ich awarii. Brak dostępu do danych nawet przez kilkadziesiąt minut powoduje, że np. nie można sprawdzić wyników badań laboratoryjnych i zdjęć diagnostyki obrazowej pacjenta, który ma zaplanowaną operację.
Co zrobić w takiej sytuacji? Kluczowe są dwa elementy: strategia ograniczania ryzyka wystąpienia awarii i jej skutków oraz plan utrzymania ciągłości operacyjnej.
Podobnie jak w przypadku cyberbezpieczeństwa, placówki medyczne muszą mieć plan na wypadek wystąpienia zakłóceń IT. Pierwszym krokiem jest przygotowanie listy krytycznych systemów IT, przeprowadzenie oceny ryzyka i potencjalnych zakłóceń. Na tej podstawie opracowywane są plany reagowania.
Gotowość na sytuacje kryzysowe zaczyna się już w momencie wyboru dostawcy IT. Firma posiadająca duże zaplecze serwisowe, nawet jeśli droższa, zapewnia w dłuższej perspektywie lepszą obsługę. Zawierając umowę serwisową na system, trzeba dobrze przemyśleć scedowanie konserwacji oprogramowania na dostawcę, przewidując m.in. czasy reakcji w przypadku błędów. Eksperci radzą, aby skupić się na awariach krytycznych, które prowadzą do blokady bieżącej działalności. Mniejsze problemy, np. powodujące kłopot z zapisaniem danych, może z reguły rozwiązać informatyk.
Dobry serwis nie jest tani, bo działa tak samo jak porządne ubezpieczenie. Być może nigdy nie będzie potrzebny, ale daje gwarancję, że placówka jest gotowa na każdą ewentualność.
Komputery nie działają i co teraz? Placówka musi mieć opracowany dokument z instrukcjami, co robić w takiej sytuacji. Podczas gdy dział IT pracuje nad przywróceniem pracy oprogramowania, pracownicy postępują zgodnie z planem awaryjnym.
Obejmuje on np. rejestrowanie danych przez lekarzy i pielęgniarki na papierze według określonej procedury. Niektóre placówki mają w zwyczaju drukowanie listy umówionych pacjentów na dany dzień, co jest dmuchaniem na zimne. Gdy system zawiedzie, rejestracja może szybko zadzwonić do pacjentów i przesunąć wizyty. Do tego dochodzą alternatywne metody świadczenia opieki jak przekierowanie pacjentów pilnych do innych podmiotów działających w okolicy.
Zasadą nr 1 jest zapewnienie szybkiego dostępu do kopii danych. I tutaj kłania się wykonywana w czasie rzeczywistym kopia w chmurze. Dzięki niej, można bez problemu uzyskać dostęp do danych sprzed awarii i kontynuować obsługę krytycznych przypadków, zanim przywrócony zostanie system na wszystkich stacjach roboczych. Kopia w chmurze jest też bezcenną pomocą w przypadku ataków hakerów.
Takie procedury nie mogą leżeć zakurzone w szufladzie, ale powinny być regularnie ćwiczone. W ciągłości działania mówi się o tzw. bezpiecznikach. Są nimi kopie zapasowe, umowy serwisowe, procedury obsługi pacjenta bez systemu IT. Każdy musi wiedzieć, co robić, aby w krytycznej sytuacji uniknąć chaosu. Bez bezpieczników, placówka medyczna ryzykuje bezpieczeństwem pacjentów, ogromnym stresem personelu a nawet konsekwencjami prawno-finansowymi.
Dobre partnerstwo z dostawcą IT może okazać się bezcenne nie tylko gdy dojdzie do awarii, ale w wielu innych przypadkach: gdy raport do NFZ wraca z błędem, gdy Ministerstwo Zdrowia albo NFZ wprowadzają nowe reguły rozliczeń, które muszą na czas zostać zaimplementowane w systemie, albo po prostu gdy podmiot potrzebuje zmian w niektórych ustawieniach systemu.
Mówi się o tzw. due dilligence (należyta staranność) – zamiast tylko skupiać się na funkcjonalności systemu IT i jego zgodności z przepisami (np. RODO, integracja z P1), placówka medyczna przeprowadza dogłębną analizę dostawcy IT. Przykładowe pytania stawiane w procesie audytu to:
W ograniczaniu ryzyka należy też rozważyć wdrożenie rozwiązań typu SaaS (ang. Software as a Service, oprogramowanie jako usług). Zamiast systemu zainstalowanego lokalnie na komputerze, użytkownicy logują się do aplikacji dostępnej w chmurze. Na takiej zasadzie działa np. Microsoft Office 365 albo oprogramowanie dla przychodni Mediporta (KAMSOFT). Brak instalacji powoduje, że odpadają błędy użytkownika związane z np. konfliktami na poziomie oprogramowania i sprzętu. Jeśli komputer ulegnie awarii, wystarczy tablet albo inny komputer, aby bez przeszkód kontynuować pracę.
Dobry plan awaryjny pozwoli złagodzić negatywne skutki najpoważniejszej awarii. I nawet jeśli te zdarzają się rzadko, nie można ich wykluczyć. Aby plan zadziałał, pracownicy muszą go znać. Szkolenia można przeprowadzać przy okazji szkoleń z cyberbezpieczeństwa, bo duża część procedur się pokrywa – efekt ataku cybernetycznego albo awarii systemu IT jest ten sam, czyli blokada dostępu do komputerów i danych.
Dział IT, który odpowiada za płynność działania infrastruktury IT, musi na czas informować pracowników o zakłóceniach, czasie potrzebnym na usunięcie awarii, możliwych sposobach obejścia błędu, tymczasowych metodach rejestracji danych itd. Jeśli placówka oferuje usługi e-zdrowia dla swoich pacjentów, jak np. e-rezerwacja wizyt albo dostęp do wyników badań, trzeba przygotować z góry komunikaty wyświetlane podczas próby korzystania z takich e-serwisów. Awaria jest też testem na to, jak placówka medyczna jest dojrzała cyfrowo. Dobry dział IT czuwa na bieżąco nad płynnością działania sprzętu i programu oraz reaguje, jak tylko pojawi się problem. Oszczędzanie na tym elemencie, podobnie jak na umowie serwisowej, może w dłuższej perspektywie być ryzykownym posunięciem.
Czytaj także: Cyberatak w UK sparaliżował szpitale. Jak się zabezpieczyć?
« Poprzednie 1 … 50 51 52 53 54 … 150 Następne »