
Jarosław Sot objął stanowisko dyrektora Centrum e-Zdrowia w kwietniu br., na finiszu milionowych projektów e-zdrowia z KPO. W wywiadzie dla OSOZ przedstawia swoje priorytety na 2026 i 2027 rok: wdrożenie e-kolejki do szpitali, pełne uruchomienie centralnej e-rejestracji, wprowadzenie AI do szpitali, cyberbezpieczeństwo oraz upowszechnienie aplikacji mojeIKP.
Z jaką wizją cyfryzacji polskiej ochrony zdrowia przejął Pan stery w Centrum e-Zdrowia?
W mojej ocenie najważniejsze są trzy rzeczy: powszechność stosowania nowych rozwiązań, które powstają w celu realizacji konkretnych potrzeb użytkowników systemu, bezpieczeństwo informacyjne oraz wygoda i dostępność dla pacjentów. To pierwsze oznacza między innymi włączanie kolejnych placówek ambulatoryjnej opieki medycznej do centralnej e-rejestracji, narzędzia usprawniające pracę lekarzy, powszechny obieg elektronicznej dokumentacji medycznej i rozwój narzędzi analitycznych.
Drugim, bardzo ważnym elementem jest troska o cyberbezpieczeństwo sektora ochrony zdrowia. Żyjemy w czasach rosnącej liczby zagrożeń cyfrowych i tworząc nowe systemy jesteśmy odpowiedzialni za bezpieczeństwo danych medycznych pacjentów.
Po trzecie, wygodne dla pacjentów usługi. Naszym priorytetem w tym obszarze jest aplikacja mojeIKP. Chcielibyśmy, by dla wszystkich pacjentów stała się ona nowoczesnym centrum zarządzania sprawami swojego zdrowia – aby każda dorosła osoba mogła w swoim smartfonie sprawdzić wyniki badań i terminy wizyt, umówić się do dowolnego specjalisty lub na szczepienie, zamówić wystawienie kolejnej recepty, udostępnić dokumentację medyczną podczas konsultacji.
Priorytetem w 2026 roku są projekty e-zdrowia finansowane z KPO. Czy udało się wszystko zrealizować zgodnie z planem?
Projekt KPO e-Zdrowie to ogromny projekt, angażujący wszystkich uczestników systemu ochrony zdrowia. Tworząc w ścisłej współpracy z Ministerstwem Zdrowia nowe narzędzia, zasięgaliśmy wielu opinii pacjentów, specjalistów medycznych i ekspertów, dostawców, dbając o transparentność naszych decyzji i racjonalność wydatkowanych środków.
Mierzyliśmy się oczywiście z różnymi wyzwaniami, opóźniającymi realizację naszych zadań, choćby z odwołaniami od wyników ogłoszonych postępowań na dostawę usług zewnętrznych i procesem ich odbioru. To były duże, skomplikowane zamówienia, takie jak Voicebot czy modele do realizacji Platformy Usług Inteligentnych. Firmy zgłaszały swoje zastrzeżenia, do czego oczywiście miały prawo, a my chcieliśmy w sposób transparentny na nie odpowiedzieć – co jednak powodowało wydłużenie całego procesu.
Najważniejsze jest to, że pieniądze z KPO to szansa na znaczący rozwój e-zdrowia w Polsce i dobrze je wykorzystamy.

Przed objęciem stanowiska dyrektora CeZ pełnił Pan role menedżerskie w placówkach zdrowia. Czego wówczas brakowało Panu w cyfryzacji, a teraz będzie chciał Pan to wprowadzić?
Centrum e-Zdrowia co roku, razem z Ministerstwem Zdrowia, sprawdza, jak wygląda informatyzacja placówek medycznych. Tegoroczna, IX edycja pokazuje, że 60,5% szpitali posiada rozwiązania IT umożliwiające realizację takich procesów jak prowadzenie dokumentacji medycznej w postaci elektronicznej oraz elektroniczne przetwarzanie danych medycznych istotnych z punktu widzenia procesu leczenia. Kolejne 37,2% szpitali wdrożyło je częściowo. Poziom indeksowania EDM w systemie e-zdrowia w przypadku szpitali wynosi 90,6%, natomiast 79,2% szpitali raportuje zdarzenia medyczne zgodnie z przepisami ustawy o SIOZ. To pokazuje, że poziom informatyzacji stale się zwiększa, ale wciąż jest przestrzeń do poprawy.
Z moich obserwacji i poprzednich doświadczeń wynikających z zarządzania placówkami ochrony zdrowia wynika, że w natłoku obowiązków związanych z organizacją leczenia pacjenta na drugi plan, choć tak być nie powinno, schodzi kwestia bezpieczeństwa danych i dostępów do systemów gabinetowych czy HIS. Dlatego też w ramach CeZ istnieje sektorowy CSIRT – zespół ekspertów, którzy zapewniają wsparcie zarówno w zakresie wiedzy dotyczącej prewencji, jak i potrafią wspomóc placówkę w sytuacji, gdy stała się ona obiektem cyberataku. Zależy mi, by taką współpracę na linii CeZ–szpitale stale i kompleksowo rozwijać.
Konsekwentnie, miarą sukcesu cyfryzacji jest dostęp do nowych narzędzi, a dla nas będzie on mierzony liczbą użytkowników aplikacji mojeIKP. Liczba aktywnych użytkowników przekroczyła 5 milionów. To optymistyczny wynik, bo na początku tego roku było to mniej niż 3,5 miliona. Wersję desktopową Internetowego Konta Pacjenta uruchomiło ponad 21 mln osób. Zależy mi, by każdy pacjent miał w swoim ręku mobilną, wygodną i bezpieczną bramkę do najważniejszych usług e-zdrowia, poprzez bezpłatną, wygodną i dostępną dla wszystkich aplikację.
Jednym z wyzwań pozostaje pełne wdrożenie elektronicznej dokumentacji medycznej (EDM), która obowiązuje od 5 lat. Ma Pan pomysł, jak zamknąć ten przeciągający się proces?
Głównym wyzwaniem jest stopień udostępniania dokumentacji przez placówki medyczne. Placówki mają taki obowiązek, ale z wielu różnych powodów go nie wykonują. Z badania stopnia informatyzacji podmiotów wykonujących działalność leczniczą wynika, że większość badanych PWDL deklaruje posiadanie rozwiązań umożliwiających prowadzenie elektronicznej dokumentacji medycznej. W AŚZ (ambulatoryjnych świadczeniach zdrowotnych) odsetek ten wynosi 62,7%, w szpitalach 60,5%, a w pozostałych podmiotach leczniczych 54,5%. Idealnym wynikiem byłoby oczywiście 100% i do niego dążymy.
Sprawne i całkowite przejście na elektroniczną dokumentację medyczną postrzegane jest obecnie – nie tylko przeze mnie, ale przede wszystkim przez Ministerstwo Zdrowia – jako jedno z najważniejszych wyzwań rozwoju systemu e-zdrowia. Centrum e-Zdrowia działa tutaj dwojako: po pierwsze, wspiera wdrożeniowo placówki i ich dostawców oprogramowania; a po drugie, wprowadza kolejne dokumenty w formie elektronicznej.
W ramach KPO oraz projektu FERC (Fundusze Europejskie na Rozwój Cyfrowy) wprowadzimy kolejnych 9 nowych dokumentów medycznych. To już działające orzeczenie medycyny pracy, karta diagnostyki i leczenia onkologicznego, czyli e-DiLO, karta opieki kardiologicznej e-KOK, elektroniczna karta ciąży czy karta zdrowia dziecka.
Pamiętajmy, że EDM to nie jest kwestia biurokracji, ale bezpieczeństwa pacjentów, umożliwiająca dostęp do pełnej dokumentacji medycznej specjalistom w procesach terapeutycznych.
Do końca 2027 roku wszystkie świadczenia AOS mają być umawiane przez centralną e-rejestrację. CeR będzie musiało wdrożyć kilkadziesiąt tysięcy placówek, 2 lata wcześniej niż zapowiadano. Czy system jest gotowy na takie zwiększenie przepustowości? Na jaką pomoc ze strony CeZ mogą liczyć placówki zdrowia?
Rzeczywiście, najbliższe kilkanaście miesięcy to czas na przyspieszenie rozwoju centralnej e-rejestracji. Jest to bardzo ambitne przedsięwzięcie, ale jak najbardziej możliwe do realizacji. Centralna e-rejestracja to jeden z priorytetów zarówno Ministerstwa Zdrowia, jak i Centrum e-Zdrowia. Pozwala pacjentom zapisywać się na badania i wizyty: łatwo, szybko, wygodnie, z wykorzystaniem nowoczesnych narzędzi, czyli Internetowego Konta Pacjenta oraz aplikacji mojeIKP.
System najpierw działał w formie pilotażu, a od początku roku już obowiązkowo dołączały do niego placówki realizujące świadczenia z zakresu profilaktyki (mammografia i test HPV HR) oraz kardiologii. Od sierpnia zaczęły dołączać kolejne placówki, oferujące terminy na wizyty: u angiologa lub chirurga naczyniowego, lekarza chorób zakaźnych, endokrynologa, lekarza chorób wątroby, lekarza chorób układu odpornościowego, nefrologa, neonatologa, lekarza chorób płuc.
Na bieżąco monitorujemy funkcjonowanie e-rejestracji, reagujemy na potrzeby użytkowników i wprowadzamy działania doskonalące, które ułatwią korzystanie z systemu.
Wyzwaniem jest też gotowość podmiotów do wdrożenia nowych funkcjonalności. Placówki muszą mieć czas na zintegrowanie własnego oprogramowania z systemem centralnej e-rejestracji, na przeszkolenie personelu, a także na dostosowanie, uzupełnienie swoich baz danych. Mniejsze placówki odczuwają, jak wynika z przeprowadzonych ankiet, większe obciążenie procesem wdrażania. Wiele zależy od ich zakresu umów z dostawcami oprogramowania.
Wraz z Ministerstwem Zdrowia wspieramy świadczeniodawców na każdym z tych etapów. Oferujemy im szereg materiałów edukacyjnych i szkoleniowych, które krok po kroku instruują, jak poradzić sobie ze zmianą zarówno od strony czysto technologicznej, jak i procesowej. W ramach Akademii CeZ szkolimy pracowników medycznych, a do pacjentów kierujemy działania informacyjne i promocyjne – kampanie radiowe i telewizyjne, webinary, ulotki, artykuły.
Warto podkreślić, że centralna e-rejestracja jest rozwiązaniem, którego nie udało się nikomu w Europie wdrożyć na taką skalę, co plasuje nas w czołówce krajów pod względem cyfryzacji ochrony zdrowia. Mierząc się z takimi wyzwaniami, nie zapominajmy, że często jesteśmy pionierami w ich tworzeniu i warto to doceniać.
Jak będzie wyglądało wdrożenie centralnej e-kolejki na planowane zabiegi oraz wizyty w szpitalach, zapowiedziane przez minister zdrowia Jolantę Sobierańską-Grendę?
Centralna e-rejestracja tworzy fundament pod dalsze rozwiązania, takie jak centralna e-kolejka na planowane zabiegi i wizyty szpitalne. To nowe zadanie realizowane wspólnie z Ministerstwem Zdrowia, które chcemy wdrożyć do końca 2026 roku.
Celem jest zapewnienie pacjentom przejrzystej informacji o miejscu w kolejce i terminie realizacji świadczenia oraz ujednolicenie sposobu prowadzenia list oczekujących. Tak jak w przypadku centralnej e-rejestracji, nowe narzędzie będzie rozwijane we współpracy ze świadczeniodawcami i dostawcami oprogramowania.
Obecnie kończymy koncepcję merytoryczno-techniczną i przystępujemy do realizacji systemu.
Czy poza Platformą Usług Inteligentnych w szpitalach planowane są jakieś rozwiązania AI, np. dla pacjentów, które byłyby bezpieczną alternatywą dla ChatGPT i innych chatbotów AI?
Sztuczna inteligencja jest narzędziem, które w wymierny sposób wspiera lub może wesprzeć realizację różnorakich zadań, z jakimi mierzy się personel medyczny. Nasze tegoroczne badanie stopnia informatyzacji podmiotów wykonujących działalność leczniczą pokazuje, że na razie wykorzystanie AI jest jeszcze ograniczone, ale ma ogromny potencjał rozwoju.
Obecnie narzędzia wykorzystujące sztuczną inteligencję stosuje 7,3% placówek w diagnostyce i leczeniu, 5,9% w zarządzaniu oraz 4,7% w obsłudze pacjenta.
Najczęściej AI wspiera diagnostykę obrazową RTG i tomografii komputerowej. Jednocześnie aż 40,9% badanych szpitali planuje wdrożenie rozwiązań AI w ciągu najbliższych 12 miesięcy.
To sygnał, że kolejny etap cyfrowej transformacji będzie opierał się nie tylko na elektronizacji dokumentów, ale także na inteligentnym wykorzystaniu danych. Obserwujemy to również poprzez szkolenia z AI, które dla personelu medycznego realizuje regularnie Centrum e-Zdrowia. Miejsca na te warsztaty rozchodzą się z reguły błyskawicznie. To pokazuje, jak duże jest zapotrzebowanie.
Jeśli chodzi o usługi e-zdrowia, ważne jest, by sztuczna inteligencja była wprowadzana w sposób systemowy i bezpieczny. Taką propozycją jest Platforma Usług Inteligentnych, która dzięki środkom z KPO ma być wdrożona w całej sieci szpitali w Polsce. Będzie ich ponad 370. Umożliwi ona radiologom korzystanie z nowoczesnych modeli AI, dzięki czemu będą mogli szybciej i bardziej precyzyjnie analizować obrazy diagnostyczne, wykrywać subtelne zmiany patologiczne, a także sprawniej nadawać priorytet przypadkom wymagającym pilnej interwencji. Rozwiązania, które promuje i wdraża Centrum e-Zdrowia, mają – w przypadku modeli AI – status certyfikowanych wyrobów medycznych. Każde wdrażane rozwiązanie jest też bardzo szczegółowo sprawdzane pod kątem cyberbezpieczeństwa.
W ramach wspierania lekarzy wprowadzimy też oparty na AI moduł, który umożliwi lekarzom sprawne wykorzystywanie bazy wiedzy, np. po to, by sprawdzić możliwe niepożądane interakcje między lekami. Zjawisko polipragmazji, jak wynika z analiz NFZ, jest ważnym problemem w Polsce. 1,6 miliona osób przyjmuje stale 5 i więcej leków. Co trzecia osoba po 65. roku życia znajduje się w tej grupie. W ramach KPO wdrażamy e-profil pacjenta. To narzędzie będzie pokazywać najważniejsze informacje o stanie zdrowia pacjenta oraz jego leczeniu. Lekarz będzie mógł dzięki modułowi konwersacyjnemu szybko uzyskać informacje z bazy wiedzy i sprawdzić, jak mogą działać na pacjenta leki przepisywane w ramach terapii różnych schorzeń. To ułatwi diagnozę.
Chcemy, żeby pacjenci mogli też korzystać z narzędzi opartych na AI, ale żeby odbywało się to pod kontrolą, w bezpieczny dla nich sposób. Rozważamy, w jaki sposób można to wprowadzić i w jakim zakresie.
Obserwujemy zjawisko, w którym duże modele językowe traktowane są przez użytkowników tak, jak kiedyś wyszukiwarki internetowe. Pełnią rolę doradców zdrowotnych, a zwłaszcza interpretatorów symptomów opisywanych przez pacjentów. Samo zjawisko nie jest więc nowe, ale ryzyko z nim związane częściowo tak.
Dotychczas głównym problemem było uzyskanie fałszywej czy błędnej diagnozy. I to ryzyko pozostaje. Niestety pojawił się też nowy problem. Zdarza się, że modele AI wprost zachęcają użytkowników do przesyłania im szczegółowych danych medycznych, wyjątkowo osobistych i wrażliwych. Zdecydowanie odradzamy takie działania, bo nigdy nie wiadomo, kto i jak wykorzysta zdobyte w ten sposób informacje – być może nawet przeciwko nam.
Coraz większą popularnością wśród lekarzy cieszą się tzw. AI scribes, czyli EDM tworzona przez sztuczną inteligencję na podstawie rozmowy lekarza z pacjentem. W Polsce to nadal rzadkość. Jakie jest Pana zdanie na ten temat?
AI scribes to rozwiązania, którym warto się uważnie przyglądać. Mogą wspierać lekarzy w codziennej pracy i ograniczać czas poświęcany na przygotowanie dokumentacji po wizycie. Nie zastępują jednak elektronicznej dokumentacji medycznej, a jedynie mogą wspierać proces jej tworzenia.
W mojej ocenie tego typu narzędzia mają potencjał, by stać się jednym z elementów cyfrowej transformacji ochrony zdrowia, pod warunkiem zachowania wysokich standardów jakości, bezpieczeństwa i ochrony danych pacjentów.
IKP staje się cyfrowymi drzwiami do ochrony zdrowia. Jakie nowe funkcje w IKP/mojeIKP są w planach?
W pełni zgadzam się z tą definicją. IKP i mojeIKP to podstawowe narzędzia do zarządzania sprawami zdrowia. Co miesiąc dochodzi ponad 300 tysięcy nowych użytkowników aplikacji mojeIKP. Na Internetowym Koncie Pacjenta każdego miesiąca loguje się średnio 120 tysięcy nowych osób, co przekłada się na przyrost blisko 1,5 miliona aktywowanych kont rocznie.
Jedną z najważniejszych, ale też najszybciej rozwijających się nowych funkcji IKP i aplikacji mojeIKP, jest wspomniana już centralna e-rejestracja. Od sierpnia rozszerzyła się o kolejne świadczenia. Online można zapisać się do kardiologa, endokrynologa czy pulmonologa. Liczba terminów dostępnych dla pacjentów będzie się zwiększać wraz z przekazywaniem przez świadczeniodawców harmonogramów do nowego systemu. Dzięki temu IKP i mojeIKP stawać się będą podstawowymi narzędziami do umawiania wizyt i badań. Już nie trzeba będzie dzwonić czy chodzić do przychodni. Wystarczy włączyć komputer lub wziąć do ręki telefon i znaleźć dogodny termin – szybko, wygodnie, online, dosłownie za pomocą kilku kliknięć.
Kolejną nowością jest DOM, narzędzie wdrażane przez nas dzięki środkom z KPO. DOM to usługa, która umożliwia zbieranie i analizę danych zdrowotnych pacjenta poza placówką, na podstawie pomiarów wykonywanych w domu.
Usługa będzie dostępna dla pacjentów na Internetowym Koncie Pacjenta i w aplikacji mojeIKP oraz dla personelu medycznego w bezpłatnej aplikacji Gabinet.gov.pl lub w innych systemach gabinetowych po ich zintegrowaniu z usługą.
Pacjent będzie zapisywał swoje pomiary, zlecone przez lekarza, na Internetowym Koncie Pacjenta lub w aplikacji mojeIKP. Dane mogą pochodzić z różnych źródeł: wybranych wyrobów medycznych (np. glukometrów, ciśnieniomierzy), urządzeń pomiarowych typu smart (integrujących się z Google Health, np. smartwatche, opaski, wagi) oraz wpisów dokonywanych ręcznie na IKP i w aplikacji mojeIKP.
Pacjent będzie miał wszystkie wyniki w jednym miejscu, zobaczy zmiany w czasie i lepiej zrozumie, jak reaguje jego organizm.
Dla lekarza to z kolei dostęp do rzetelnych i kompletnych danych z różnych urządzeń, a nie pojedynczego pomiaru wykonanego w dniu wizyty, co z kolei może przyczynić się do lepszej diagnostyki.
Jakie są Pana trzy główne KPI, które chciałby Pan osiągnąć w Centrum e-Zdrowia?
Te KPI wynikają z tego, o czym mówiliśmy na początku, czyli priorytetów cyfryzacji sektora i jednocześnie działania CeZ-u.
Jak mówiłem, jesteśmy europejskim liderem we wdrażaniu centralnej e-rejestracji. To jest priorytet dla Ministerstwa Zdrowia i Centrum e-Zdrowia. Kluczowym miernikiem rezultatu będzie więc wdrożenie wszystkich nowych obszarów terapeutycznych zgodnie z planem, podłączenie się wszystkich świadczeniodawców do nowego systemu do końca 2027 roku, ale też to, żeby jak najwięcej pacjentów zapisywało się na badania i wizyty samodzielnie.
I tu przechodzimy do drugiego obszaru: mojeIKP jako bramka do systemu. W tym roku wprowadziliśmy do mojeIKP m.in. szerszy dostęp do elektronicznej dokumentacji medycznej, możliwość sprawdzenia uprawnień lekarza, rozwijamy usługi związane z profilaktyką, jeszcze w tym roku pojawi się e-DiLO i możliwość wyboru swojego lekarza POZ, która obecnie jest tylko w wersji desktopowej. Kładziemy i będziemy kłaść duży nacisk na upowszechnienie używania mojeIKP. Myślimy też o młodszych pokoleniach, które dopiero uczą się dbania o siebie i mogą potrzebować wsparcia niekomercyjnej, godnej zaufania aplikacji. Czyli o wersji mojeIKP Junior dla wchodzących w dorosłość nastolatków. Jest to projekt, który również chcielibyśmy zrealizować, oczywiście w ramach obecnych priorytetów.
Ostatnia rzecz, którą tu wymienię, ale warunek podstawowy wszystkich naszych działań, to cyberbezpieczeństwo systemu. Kładziemy na to ogromny nacisk. To jest i będzie nieustającym wyzwaniem, bo polski rynek danych medycznych jest bardzo atrakcyjnym celem z punktu widzenia cyberataków. Bez zapewnienia najwyższych standardów ochrony nie ma mowy o zaufaniu pacjentów do rozwiązań e-zdrowia.
Wierzę, że jesteśmy i będziemy nie tylko twórcą oprogramowania, ale nowoczesnym dostawcą rozwiązań dla obszaru zdrowia publicznego, przy ścisłej współpracy wszystkich, którzy ten sektor tworzą.
Przeciążenie AI, czyli „AI Brain Fry”, bezdech ekranowy, niepokój trzech kropek, zespół fantomowej wibracji – nowe technologie cyfrowe generują zupełnie nowy rodzaj emocji, których nie jesteśmy świadomi. Jak nad nimi zapanować? Jak je wykorzystać do samorozwoju? Wywiad ze światowej sławy cyberetnografem, Pamelą Pavliscak.
Ponadto w numerze:
KLIKNIJ TUTAJ, aby pobrać bezpłatnie sierpniowe e-wydanie OSOZ (109 stron, PDF)
Spis treści:
Wszystkie wydania archiwalne są dostępne na zakładce POBIERZ.

Niektóre algorytmy sztucznej inteligencji świetnie działają na danych treningowych, ale ich wydajność może spadać po wdrożeniu w placówce zdrowia. Tylko 3 na 5 szpitali to kontrolują. Eksperci przypominają, że stosowanie AI wymaga innego podejścia niż w przypadku klasycznych systemów IT.
Tylko 61 proc. szpitali korzystających z AI sprawdza ich skuteczność na własnych danych, a zaledwie 44 proc. ocenia modele pod kątem błędów i stronniczości – wynika z badania przeprowadzonego na danych Amerykańskiego Stowarzyszenia Szpitali (American Hospital Association) pochodzących z 2425 szpitali.
Tymczasem każde wdrożenie algorytmu AI powinna poprzedzać systematyczna ocena wydajności na grupie pacjentów danej placówki, także pod względem potencjalnego ryzyka dyskryminacji niektórych grup chorych.
Skuteczność modeli AI zależy od populacji, na której zostały wytrenowane. Algorytm opracowany na danych z jednego szpitala może działać znacznie gorzej w innej placówce obsługującej pacjentów w innym wieku, o innym statusie społecznym czy profilu chorób.
Lokalna walidacja powinna być standardem przed każdym wdrożeniem – taki postulat przedstawiono w publikacji w Nature Medicine z 2025 roku, w której autorzy przekonywali, że jednorazową walidację zewnętrzną należy zastąpić ciągłą oceną algorytmów na danych konkretnego szpitala. Skuteczność modeli może nawet zależeć od sposobu prowadzenia dokumentacji medycznej. Zjawisko to określa się jako dryfowanie modeli AI.
Szpitale tworzące własne modele znacznie częściej przeprowadzają lokalną ocenę ich skuteczności i ryzyka stronniczości niż placówki korzystające z gotowych rozwiązań dostarczanych przez producentów systemów EDM lub firmy zewnętrzne – wynika z badania.
Zdaniem autorów oznacza to, że odpowiedzialność za bezpieczeństwo AI nie może spoczywać wyłącznie na pojedynczych szpitalach. Potrzebne są narzędzia ułatwiające ocenę modeli, wspólne standardy oraz wsparcie dla placówek dysponujących mniejszymi zasobami.
W Stanach Zjednoczonych obowiązują już przepisy wymagające od producentów certyfikowanych systemów informatycznych udostępniania informacji o sposobie trenowania modeli, ich ograniczeniach oraz wynikach lokalnej walidacji. Amerykańska Agencja Leków i Żywności FDA także rozwija własne ramy regulacyjne dla systemów AI wykorzystywanych jako wyroby medyczne. W Europie tego typu obowiązki nakłada EU AI Act.
Oprócz regulacji, potrzebne są nowe kompetencje organizacyjne oraz tworzenie struktur odpowiedzialnych za nadzór nad AI w szpitalach. Szpitale przez dekady nauczyły się jednego schematu wdrażania technologii polegającego na zakupie systemu IT, jego instalacji i przeszkoleniu personelu. Klasyczne oprogramowanie jest jednak statycznym narzędziem – jego funkcje i skuteczność nie zależą od danych i populacji pacjentów. Inaczej jest w przypadku AI, gdzie model jest tak dobry jak dane, na których pracuje. Ale wiele placówek nie zdaje sobie z tego sprawy.
Według najnowszego raportu Centrum e-Zdrowia, jedynie 7,3 proc. placówek zdrowia w Polsce wykorzystuje AI w diagnostyce i leczeniu, 4,7 proc. – do obsługi pacjentów, a 5,9 proc. – w zarządzaniu podmiotem. Także zainteresowanie wdrożeniem AI w ciągu najbliższych 12 miesięcy jest umiarkowane i zależy od rodzaju podmiotu. Największą gotowość deklarują szpitale (40,9 proc.), podczas gdy w podmiotach pozaszpitalnych wynosi ona 15,9 proc., a w grupie AŚZ – 10,9 proc.
Najczęściej planowanym zastosowaniem AI jest obsługa pacjentów, zwłaszcza optymalizacja kontaktu przez infolinię, wirtualnego asystenta lub chatbota (43,2 proc. wskazań). W diagnostyce największym zainteresowaniem cieszą się AI w MRI (35 proc.),CT (31,3 proc.), mammografia (19,9 proc.) i RTG (18,7 proc.).
Każdy lokalnie wdrożony model – czyli taki, który działa na danych lokalnych – może dryfować. Dlatego, zanim placówka zdrowia zdecyduje się na model, który w innych placówkach albo badaniach naukowych osiąga świetne rezultaty, konieczne jest uporządkowanie danych. Wkrótce ponad 300 szpitali otrzyma bezpłatny dostęp do Platformy Usług Inteligentnych, czyli narzędzia AI pomagającego w ocenie zdjęć diagnostyki obrazowej. W tym przypadku problem dryfu nie występuje, bo jest to rozwiązanie chmurowe. Każdy obraz z mammografii, RTG albo TK przesyłany jest na serwer centralny i dopiero tam oceniany.

Czytaj także: Autonomiczna AI gotowa, aby leczyć pacjentów?

Szpitale inwestują w ochronę przed cyberatakami, ale zapominają, że dane często wyciekają w trywialny sposób. Jak chronić się przed mikro-kradzieżami danych?
Liczba cyberataków na ochronę zdrowia wzrosła w 2025 roku o ponad 40% – wynika z nowego raportu CSIRT CeZ. Ale do oficjalnych statystyk trafiają tylko duże wycieki danych spowodowane włamaniami hakerów do komputerów, phishingiem, złośliwym oprogramowaniem typu ransomware.
Gdy łupem padają setki, tysiące kartotek, sprawa robi się głośna. Mało kiedy mówi się o naruszeniach bezpieczeństwa, które dotyczą pojedynczych kartotek pacjentów i zaczynają się wewnątrz organizacji – od komputera pozostawionego bez nadzoru, wydruków wyników badań leżących na drukarce przez kilkadziesiąt minut, czy kartoteki pacjenta widocznej dla każdego zza lady rejestracji.
W badaniu z 2025 roku naukowcy ze szpitala St Michael’s i Uniwersytetu w Toronto znaleźli w pojemnikach na makulaturę pięciu różnych szpitali ok. 600 kg papieru oraz 2500 arkuszy zawierających wrażliwe dane medyczne.
Skala tzw. insider threats jest ogromna – szacuje się, że odpowiedzialność za ok. 30% wszystkich wycieków danych ponoszą osoby z wewnątrz organizacji. W połowie przypadków wynikają one z błędów pracowników. Podczas szkoleń mówi się dużo o tym, jak rozpoznać phishing, zapominając o takich metodach ochrony jak prawidłowe niszczenie dokumentów.
Szpitale inwestują miliony złotych w nowoczesne systemy bezpieczeństwa, centra monitorowania sieci i rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję do wykrywania cyberataków. Tymczasem organizacje zajmujące się cyberbezpieczeństwem, takie jak amerykański Department of Health and Human Services (HHS), alarmują, że wiele incydentów zaczyna się od prostych błędów popełnianych przez personel.
Jednym z nich jest pozostawienie odblokowanego komputera po odejściu ze stanowiska pracy. Lekarze i pielęgniarki wielokrotnie w ciągu dnia przerywają pracę przy komputerze, aby zająć się pacjentem, odpowiedzieć na telefon i skonsultować wyniki badań. Jeśli komputer zablokuje się dopiero po 5 minutach, te momenty, gdy komputer stoi otworem dla osób postronnych, sumują się w kilkadziesiąt minut dziennie. W tym czasie osoba nieuprawniona może z łatwością uzyskać dostęp do elektronicznej dokumentacji medycznej.

Eksperci od IT zalecają ustawienie automatycznego blokowania ekranu już po 1–2 minutach bezczynności. To może irytować, bo lekarz musi kilkanaście razy w ciągu dnia wprowadzać hasło, ale jest to konieczne. Dodatkowym zabezpieczeniem są filtry i przesłony montowane na monitorach, ograniczające możliwość odczytania danych przez osoby stojące obok. Powinny być standardem w rejestracji, bo skutecznie chronią przed tzw. shoulder surfingiem, czyli podglądaniem informacji wyświetlanych na ekranie przez osoby postronne.
Jeszcze innym błędem jest brak pełnego szyfrowania dysku. Jeśli lekarz korzystający z laptopa albo smartfona zgubi swoje urządzenie, zapisane dane można bez problemu odczytać. HHS od lat zaleca szyfrowanie urządzeń jako jedno z podstawowych zabezpieczeń danych medycznych.
Mimo digitalizacji dokumentacji medycznej, w każdej przychodni albo szpitalu nadal w obiegu są wydruki wyników badań, listy wizyt na dany dzień, książeczki zdrowia i szczepień, upoważnienia, karty anestezjologiczne. Leżą na biurkach, w niezamkniętych szafach, w koszach.
Eksperci zalecają stosowanie zasady „czystego biurka”. Przy dłuższej nieobecności na stanowisku pracy nie powinny pozostawać żadne wydruki z danymi pacjentów ani odręczne notatki. Dokumentację pozostawioną na biurku zaleca się odwracać tekstem do dołu.
Jeśli placówka korzysta z centralnej drukarki w osobnym pomieszczeniu, wydruki trzeba odebrać natychmiast po ich wydrukowaniu. Robocze notatki, harmonogramy, karteczki samoprzylepne czy wydruki z systemów informatycznych powinny trafiać do niszczarek, zgodnie z procedurami obowiązującymi w placówce.
W dużych organizacjach standardem jest dostęp do danych oparty na rolach. Lekarz, pielęgniarka, rejestratorka czy pracownik administracyjny powinni widzieć wyłącznie te dane, które są niezbędne do wykonywania ich obowiązków. Jest to dodatkowa warstwa ochrony przed hakerami – nawet w przypadku przejęcia hasła do jednego konta, zakres danych możliwych do wykradzenia jest mocno ograniczony.
Standardem powinno być uwierzytelnianie wieloskładnikowe (MFA). Korzystając z krytycznych systemów, potwierdzenie tożsamości za pomocą aplikacji mobilnej, klucza sprzętowego lub danych biometrycznych skutecznie chroni dane, nawet jeśli doszło do złamania hasła dostępu.
Punktów nieuprawnionego dostępu do danych jest więcej: otwarte drzwi na zaplecze, gdzie pracownicy wychodzą na papierosa, zasada nieograniczonego zaufania do kurierów i wpuszczanie osób ubranych jak serwisanci bez przepustek. Może to być też skrzynka pocztowa pracownika, jak w przypadku Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, gdy w marcu 2026 roku przestępcy włamali się na skrzynkę mailową jednego z pracowników szpitala. Używając jego legalnej tożsamości, byli w stanie poruszać się wewnątrz sieci i prowadzić korespondencję.
Przestrogą powinien być też incydent w szpitalu im. Króla Edwarda VII w Londynie. W 2012 roku dwoje prezenterów radiowych zadzwoniło do szpitala, podszywając się pod Królową Elżbietę II oraz Księcia Karola, pytając o stan zdrowia hospitalizowanej tam księżnej Kate. Pielęgniarka uwierzyła oszustom i bez weryfikacji wydała przez telefon ściśle poufne, szczegółowe informacje o stanie zdrowia członkini rodziny królewskiej.
Czytaj także: Hakerzy wykradli dane 19 mln osób z MyDr.

Opracowany w Korei bot dzwoni do dziesiątek tysięcy seniorów, pyta o samopoczucie, przypomina o zażyciu leków i analizuje zebrane dane, aby wykryć pogorszenie stanu zdrowia. Na trwającą kilka minut rozmowę seniorzy czekają z radością, traktując AI jak członka rodziny.
Korea Południowa należy do najszybciej starzejących się krajów świata. Ponad 20 proc. mieszkańców ma już więcej niż 65 lat, liczba samotnie mieszkających seniorów systematycznie rośnie, a system ochrony zdrowia i opieki społecznej zmaga się z niedoborem lekarzy, pielęgniarek i pracowników socjalnych.
Zamiast aplikacji czy robotów, Korea postanowiła sięgnąć do najprostszego sposobu opieki – regularnej rozmowy telefonicznej. System generatywnej AI Talking Buddy prowadzi rozmowy naturalnym językiem, podobnie jak człowiek. Niektórzy seniorzy codziennie czekają na telefon, jakby dzwoniła do nich bliska osoba. Oprócz opieki medycznej, Talking Buddy ma pomóc w walce z wykluczeniem społecznym osób żyjących samotnie.
Rozmowa trwa zwykle od 2 do 5 minut. Algorytm pyta o samopoczucie, przyjmowanie leków, aktywność fizyczną, jakość snu i codzienne problemy. Analizuje treść odpowiedzi, sposób mówienia, dobór słów oraz zmiany w zachowaniu. Jeśli wykryje sygnały mogące świadczyć o pogorszeniu stanu zdrowia, automatycznie przekazuje informację pracownikowi socjalnemu, który kontaktuje się z seniorem lub organizuje mu pomoc.
System już kilkukrotnie pomógł wykryć sytuacje zagrażające zdrowiu i życiu. W rozmowie z The New York Times 77-letnia Jung Yun-hee przyznała, że podczas jednej z takich rozmów opowiedziała AI, że ma silne bóle brzucha. Do seniorki zostało wezwane pogotowie ratunkowe, a w szpitalu przeszła operację ostrej przepukliny.
– Lekarze powiedzieli mi, że gdyby nie operacja, moje życie byłoby zagrożone. Rzadko mam okazję rozmawiać z rodziną; nie mogę im opowiedzieć, jak minął mi dzień. Ale sztuczna inteligencja mnie słucha, odpowiada. A to sprawia mi radość – mówi Yun-hee.
Niektórzy seniorzy zwierzają się AI ze swoich problemów, inni grają jej na pianinie lub nawet zapraszają ją na obiad, choć wiedzą, że to tylko bot.
Twórcy Talking Buddy podkreślają, że system nie zastępuje opiekunów ani lekarzy. AI pełni rolę pierwszej linii kontaktu, obejmując opieką znacznie większą liczbę osób. Żaden system zdrowia nie jest w stanie zatrudnić pracowników socjalnych, którzy codziennie dzwoniliby do seniorów.
Wystarczy szybka analiza na przykładzie Polski. Obecnie wiek 65 lat przekroczyło 7,5 mln osób. Aby uruchomić podobną usługę 5-minutowych rozmów dziennie z każdym seniorem, należałoby zatrudnić ok. 136 tys. osób na pełny etat. Ich zarobki kosztowałyby ok. 10 mld zł rocznie.
Talking Buddy nie działa w pełni autonomicznie. Jego zadaniem jest prowadzenie rozmowy i analiza jej przebiegu. Sytuacje budzące niepokój trafiają do opiekuna-człowieka, co pozwala lepiej wykorzystać zasoby opieki zdrowotnej. Ale system ma też wady, bo generatywna AI potrafi halucynować. Według doniesień medialnych zdarzało się, że AI przerywała rozmowę w połowie zdania lub składała obietnice, których nie mogła spełnić – na przykład deklarowała dostarczenie żywności potrzebującym seniorom.
Czytaj także: Chatbot AI jak przyjaciel albo kochanka? Chiny mówią „nie”
W 2025 roku apteki sprzedały ponad 3 mln opakowań kosmetyków z ochroną przeciwsłoneczną SPF. Tylko w ciągu ostatnich 8 lat popyt wzrósł o 50%. Eksperci OSOZ przeanalizowali sprzedaż kosmetyków SPF w aptekach w ciągu ostatnich ponad 20 lat. W numerze także analiza czynników wpływających na rentowność aptek.
POBIERZ BEZPŁATNIE e-wydanie OSOZ Statystyki 8/2026 (45 stron, PDF)
W numerze 8/2026 OSOZ Statystyki:
W czerwcu 2026 roku w Polsce było 12 151 aptek i punktów aptecznych – o 187 mniej niż rok wcześniej. Dlaczego znikają z rynku? Na rentowność aptek wpływają trzy elementy marży. Sprzedaż odręczna (kosmetyki, suplementy, leki bez recepty) odpowiada za 50–53% przychodu. Marża dla leków refundowanych wzrosła z 21,6% do 23,6% po zmianie przepisów w 2023 roku. Z kolei udział segmentu leków pełnopłatnych na receptę w całkowitej masie narzutu apteki utrzymywał się przez lata na poziomie 23% i ostatnio wzrósł do 25%. Mimo że łączny narzut statystycznej apteki wzrósł nominalnie aż o 71%, z 761 tys. do 1,30 mln PLN w latach 2021–2025, wynika to głównie z podnoszenia cen w odpowiedzi na inflację i rosnące koszty i nie przekłada się na poprawę zysków.
Szacuje się, że w ok. 80% kosmetyków – w tym także tych przeciwsłonecznych – Polacy kupują w drogeriach. W aptekach dominują marki premium, w m.in. produkty hipoalergiczne oraz do skóry wrażliwej. Mimo wyższych cen niż w drogeriach – średnia cena kosmetyku z ochroną SPF w aptece to ok. 50 zł – w ostatnich 12 latach popyt na nie zwiększył się on dwukrotnie, a w ostatnich 20 latach – aż 16-krotnie. W tym czasie cena wzrosła dwukrotnie, ale po uwzględnieniu inflacji wzrost wyniósł zaledwie ok. 2,50-3 zł. Powodem jest ogromna konkurencja – w 2025 roku na półkach aptecznych było 1485 produktów z ochroną SPF. 20 lat temu, w 2005 roku, było ich 14 razy mniej (105).
Ponadto w numerze:
Wszystkie archiwalne numery OSOZ Statystyki znajdziesz na zakładce POBIERZ.

– Zamiast tylko orzekać, czy pracownik jest dziś zdolny do pracy, lekarze będą mogli przewidywać ryzyko chorób, wypalenia zawodowego i utraty zdolności do pracy na wiele lat wcześniej – i zapobiegać im – mówi prof. dr hab. med. Jolanta Walusiak-Skorupa, Dyrektor Instytutu Medycyny Pracy im. prof. Nofera.
Cyfryzacja oferuje wiele korzyści, ale praca przed komputerem – także w przypadku lekarzy – może prowadzić do wypalenia zawodowego. To wina samej technologii czy raczej systemu i warunków pracy?
Nie obwiniam technologii. To sposób organizacji pracy decyduje o tym, czy nowe rozwiązania stają się wsparciem, czy kolejnym źródłem obciążenia. Komputer, elektroniczna dokumentacja medyczna czy sztuczna inteligencja same w sobie nie powodują wypalenia zawodowego. Problem pojawia się wtedy, gdy zamiast ułatwiać pracę, generują kolejne obowiązki i odbierają czas przeznaczony dla pacjenta.
Jednym z największych wyzwań jest dziś narastająca liczba zadań administracyjnych, konieczność równoczesnej pracy w wielu systemach informatycznych oraz ciągłe przetwarzanie ogromnej ilości informacji. Lekarz coraz częściej spędza więcej czasu przed ekranem niż z pacjentem. To prowadzi do przeciążenia poznawczego, zaciera granicę między pracą a życiem prywatnym i sprzyja rozwojowi technostresu oraz wypalenia zawodowego. Problem ten dotyczy zresztą nie tylko lekarzy, ale wielu zawodów opartych na intensywnej pracy z technologią.
Jednocześnie nie powinniśmy demonizować cyfryzacji. Dobrze zaprojektowane rozwiązania powinny ograniczać biurokrację i przejmować powtarzalne czynności, pozostawiając lekarzowi więcej czasu na rozmowę z pacjentem i podejmowanie decyzji klinicznych. W moim przekonaniu sukces cyfrowej transformacji ochrony zdrowia będzie można ocenić nie po liczbie wdrożonych systemów, ale po tym, czy lekarz odzyska czas dla pacjenta.
Teraz dochodzi do tego AI. Instytut prowadzi badania nad wpływem sztucznej inteligencji na zdrowie pracowników. Co z nich wynika?
Nasze obserwacje i prowadzone badania pokazują, że wpływ sztucznej inteligencji na zdrowie pracowników jest znacznie bardziej złożony niż mogłoby się wydawać. AI może poprawiać bezpieczeństwo pracy, ograniczać rutynowe czynności i wspierać podejmowanie decyzji, ale może również zwiększać tempo pracy, nasilać presję i tworzyć zupełnie nowe zagrożenia psychospołeczne.
Największym wyzwaniem nie jest jednak sama technologia, lecz sposób jej wdrażania. Jeżeli sztuczna inteligencja zwiększa autonomię pracownika i wspiera go w codziennych zadaniach, może poprawiać dobrostan i jakość pracy. Jeżeli natomiast staje się narzędziem ciągłego monitorowania i kontroli, prowadzi do przeciążenia poznawczego, technostresu i zwiększa ryzyko wypalenia zawodowego.
Z perspektywy medycyny pracy najważniejsze pytanie nie brzmi, czy wykorzystywać sztuczną inteligencję, ale jak robić to odpowiedzialnie. Jestem zwolenniczką modelu human-centred AI, w którym technologia wspiera człowieka, ale go nie zastępuje. Ostateczne decyzje powinny zawsze należeć do człowieka, a nie do algorytmu.
Historia pokazuje, że każda rewolucja technologiczna zmienia sposób pracy. Naszym zadaniem jest zadbanie o to, aby wraz z rozwojem technologii rozwijała się również ochrona zdrowia pracowników. Właśnie w tym widzę jedno z najważniejszych wyzwań współczesnej medycyny pracy.

Których nowych zagrożeń stwarzanych przez AI obawia się Pani najbardziej?
Najbardziej obawiam się nie samej sztucznej inteligencji, ale sytuacji, w której człowiek przestaje być podmiotem procesu pracy, a staje się jedynie wykonawcą decyzji podejmowanych przez algorytmy. Praca to nie tylko wykonywanie zadań, ale również odpowiedzialność, samodzielność i możliwość podejmowania decyzji. Jeżeli te elementy zostaną ograniczone, ucierpi nie tylko efektywność pracy, ale również zdrowie psychiczne pracowników.
Drugim wyzwaniem jest coraz większa skala monitorowania pracy. Nowoczesne systemy potrafią analizować tempo, sposób wykonywania zadań czy aktywność pracownika. Odpowiednio wykorzystywane mogą poprawiać bezpieczeństwo i organizację pracy, jednak niewłaściwie stosowane mogą prowadzić do nadmiernej presji, utraty prywatności i spadku zaufania w miejscu pracy.
Obawiam się również pogłębiania nierówności. Tempo zmian technologicznych jest bardzo duże i nie wszyscy będą w stanie równie szybko zdobywać nowe kompetencje. Dlatego transformacji cyfrowej powinny towarzyszyć inwestycje w edukację i rozwój umiejętności, aby nowe technologie nie prowadziły do wykluczenia części pracowników.
Nie jestem jednak pesymistką. Każda rewolucja technologiczna stwarza nowe wyzwania, ale również nowe możliwości. Naszym zadaniem jest zadbać o to, aby rozwój sztucznej inteligencji służył człowiekowi. Technologia powinna wzmacniać jego możliwości, a nie zastępować jego osąd. Tylko wtedy będzie sprzyjała zdrowiu, bezpieczeństwu i dobrej jakości pracy
Medycyna pracy dysponuje ogromną ilością danych. Jak te dane są obecnie wykorzystywane, a jak mogłyby być wykorzystywane lepiej?
Medycyna pracy dysponuje jednym z największych i najmniej wykorzystanych zasobów danych o zdrowiu osób aktywnych zawodowo. Co roku miliony pracowników przechodzą badania profilaktyczne, dzięki czemu możemy obserwować, jak zmienia się ich stan zdrowia oraz jaki wpływ wywierają warunki pracy. To wyjątkowy zbiór informacji, ponieważ żadna inna dziedzina medycyny nie monitoruje tak systematycznie populacji osób zdrowych przez cały okres ich aktywności zawodowej.
Dzisiaj dane te wykorzystujemy przede wszystkim do indywidualnej oceny zdolności do pracy i realizacji obowiązków wynikających z przepisów prawa. Tymczasem ich wartość jest znacznie większa. Mogą pomóc wcześniej dostrzegać niekorzystne trendy zdrowotne, oceniać skuteczność działań profilaktycznych czy identyfikować grupy zawodowe wymagające szczególnego wsparcia. Dzięki temu możemy nie tylko rozpoznawać skutki zagrożeń zawodowych, ale również skuteczniej im zapobiegać.
Warunkiem jest jednak odpowiedzialne wykorzystanie tych informacji. Dane muszą być odpowiednio zabezpieczone, wykorzystywane zgodnie z zasadami etyki i ochrony prywatności oraz służyć poprawie zdrowia pracowników, a nie ich ocenianiu czy selekcji. W moim przekonaniu właśnie w tym kierunku będzie rozwijać się nowoczesna medycyna pracy – od gromadzenia danych do wykorzystywania ich na rzecz skuteczniejszej profilaktyki.
Podczas badań okresowych lekarz medycyny pracy często polega na deklaracjach pracownika. Teraz AI może automatycznie przeanalizować warunki pracy, a nawet dolegliwości często występujące u pracowników na podobnym stanowisku w danej firmie. Czy wyobraża sobie Pani takie analizy?
Tak. Myślę, że za kilka lat będzie to standard, a nie futurystyczna wizja. Chciałabym, aby badanie profilaktyczne przestało być jedynie oceną stanu zdrowia pracownika w dniu badania, a stało się również oceną jego przyszłego ryzyka zdrowotnego.
Wyobrażam sobie system, który jeszcze przed wizytą analizuje charakterystykę stanowiska pracy, wyniki pomiarów środowiska pracy, historię narażenia oraz – w postaci zanonimizowanej – informacje o problemach zdrowotnych występujących u osób wykonujących podobną pracę. Dzięki temu lekarz otrzymywałby nie tylko dane dotyczące konkretnego pracownika, ale również wiedzę o zagrożeniach charakterystycznych dla danego stanowiska czy zakładu pracy.
To pozwoliłoby lepiej ukierunkować wywiad, wcześniej identyfikować czynniki ryzyka i proponować działania profilaktyczne jeszcze przed pojawieniem się objawów choroby. Właśnie w tym widzę największą wartość nowych technologii – nie w automatyzowaniu decyzji, lecz w zwiększaniu skuteczności profilaktyki.
Algorytm może wskazać ryzyko, ale nie podejmie decyzji klinicznej. Ostateczna ocena zawsze będzie należała do lekarza, który uwzględnia nie tylko dane, ale również rozmowę z pracownikiem, badanie lekarskie i cały kontekst zdrowotny. To połączenie doświadczenia lekarza i możliwości nowoczesnej analityki danych może wyznaczyć nowy standard medycyny pracy.
A więc mówimy nawet o algorytmach predykcyjnych zdolnych oceniać ryzyko wcześniejszej utraty zdolności do pracy albo nawet ryzyko wypalenia zawodowego.
Tak. Właśnie w tym kierunku będzie rozwijała się medycyna pracy. Do tej pory odpowiadaliśmy przede wszystkim na pytanie, czy pracownik jest dziś zdolny do wykonywania swojej pracy. W przyszłości równie ważne będzie przewidywanie, co zrobić, aby zachował zdrowie i zdolność do pracy także za pięć, dziesięć czy dwadzieścia lat.
Nowoczesna analityka danych może pomóc wcześniej identyfikować osoby lub grupy zawodowe o zwiększonym ryzyku rozwoju chorób zawodowych, utraty zdolności do pracy czy problemów ze zdrowiem psychicznym. Dzięki temu działania profilaktyczne będzie można wdrażać wcześniej, zanim pojawią się pierwsze objawy choroby. To oznacza przejście od medycyny reagującej na problemy do medycyny, która potrafi im skutecznie zapobiegać.
Oczywiście każda prognoza opiera się na prawdopodobieństwie, a nie pewności. Algorytm może sugerować zwiększone ryzyko, ale nie zastąpi oceny klinicznej ani doświadczenia lekarza. Powinien wspierać podejmowanie decyzji, a nie je zastępować.
Jeżeli dzięki takim rozwiązaniom uda się ograniczyć liczbę osób przedwcześnie tracących zdrowie i zdolność do pracy, będzie to jedna z najważniejszych zmian, jakie czekają medycynę pracy w nadchodzących latach.
Czy obecny system orzecznictwa nadąża za zagrożeniami wynikającymi z pracy z AI, platform cyfrowych czy permanentnego przeciążenia poznawczego?
Obecny system orzecznictwa został zaprojektowany przede wszystkim z myślą o klasycznych zagrożeniach zawodowych, takich jak hałas, pyły, substancje chemiczne czy czynniki biologiczne, i w tym zakresie sprawdza się bardzo dobrze. Dzisiaj jednak coraz większy wpływ na zdrowie pracowników mają również czynniki związane z organizacją pracy, cyfryzacją oraz sposobem zarządzania.
Permanentne przeciążenie informacyjne, praca pod presją czasu, ciągła dostępność cyfrowa czy nadzór algorytmiczny mogą wpływać na zdrowie i zdolność do pracy, ale ich ocena wymaga zupełnie innego podejścia niż pomiar hałasu czy stężenia substancji chemicznych.
Nie oznacza to, że potrzebujemy nowego systemu orzecznictwa. Powinniśmy raczej poszerzyć sposób oceny ryzyka zawodowego, uwzględniając czynniki psychospołeczne, organizacyjne i cyfrowe oraz lepiej wykorzystywać dane do identyfikowania osób szczególnie narażonych na pogorszenie zdrowia.
Jestem przekonana, że rola lekarza medycyny pracy będzie się zmieniać. Nadal będzie odpowiadał za ocenę zdolności do pracy, ale coraz częściej będzie również partnerem pracownika i pracodawcy w tworzeniu zdrowego środowiska pracy. W moim przekonaniu przyszłość medycyny pracy będzie polegała nie tylko na ocenie zdolności do pracy, ale także na ocenie, czy środowisko pracy sprzyja utrzymaniu zdrowia pracownika.
Niezależnie od tego, jak bardzo rozwiną się technologie, podstawą medycyny pozostanie zaufanie pomiędzy lekarzem a pacjentem. Żaden algorytm nie zastąpi rozmowy, empatii i odpowiedzialności za drugiego człowieka.

Jednym z projektów Instytutu jest program „Praca na Zdrowie”, którego celem jest wzmacnianie zachowań prozdrowotnych pracowników. Jaką rolę mogą odegrać w nim aplikacje mobilne, urządzenia ubieralne i algorytmy personalizujące zalecenia? Gdzie kończy się skuteczna profilaktyka, a zaczyna się nadmierna kontrola pracownika?
Profilaktyka jest skuteczna tylko wtedy, gdy pracownik staje się jej aktywnym uczestnikiem, a nie biernym odbiorcą zaleceń. Właśnie dlatego widzę ogromny potencjał nowych technologii. Aplikacje mobilne, urządzenia ubieralne czy inteligentne systemy analizujące dane mogą wspierać codzienne dbanie o zdrowie – przypominać o aktywności fizycznej, pomagać monitorować sen, poziom stresu czy utrwalać zdrowe nawyki. Dzięki temu profilaktyka staje się bardziej indywidualna i lepiej dopasowana do potrzeb konkretnego człowieka.
To jest również idea programu „Praca na Zdrowie”. Chcemy odejść od myślenia, że profilaktyka zaczyna się i kończy podczas badań okresowych. Badania odbywają się raz na kilka lat, natomiast zdrowie pracownika kształtuje się każdego dnia. Nowoczesne technologie mogą pomóc podejmować lepsze decyzje zdrowotne właśnie na co dzień.
Jednocześnie granice muszą być bardzo jasno określone. Profilaktyka nie może przekształcić się w system stałego monitorowania pracownika. Pracownik powinien mieć pełną kontrolę nad swoimi danymi, świadomie decydować o ich wykorzystaniu i mieć pewność, że służą wyłącznie ochronie jego zdrowia, a nie ocenie wydajności pracy.
Kluczowym słowem jest zaufanie. Najlepsza technologia to taka, o której pracownik myśli: „pomaga mi dbać o zdrowie”, a nie: „kontroluje mnie”. Jeżeli uda się zachować tę równowagę, nowe technologie mogą stać się jednym z najważniejszych narzędzi nowoczesnej profilaktyki zdrowotnej.
Trwa wdrażanie Europejskiej Przestrzeni Danych dotyczących Zdrowia (EHDS). Jakie nowe możliwości otworzy ona przed Instytutem Medycyny Pracy w zakresie wtórnego przetwarzania danych?
Europejska Przestrzeń Danych dotyczących Zdrowia może zmienić sposób prowadzenia badań nad zdrowiem pracowników w Europie. Po raz pierwszy będziemy mogli analizować procesy zdrowotne nie tylko w skali jednego kraju, ale całej populacji europejskiej, wykorzystując porównywalne dane i wspólne standardy ich udostępniania.
Dla Instytutu Medycyny Pracy oznacza to możliwość realizacji projektów, które do tej pory były bardzo trudne lub wręcz niemożliwe. Będziemy mogli porównywać wpływ różnych modeli organizacji pracy na zdrowie pracowników, oceniać skuteczność działań profilaktycznych oraz sprawdzać, które rozwiązania najlepiej chronią zdrowie osób pracujących. To pozwoli tworzyć rekomendacje oparte na doświadczeniach całej Europy, a nie jednego kraju.
Trzeba jednak pamiętać, że EHDS nie służy analizowaniu pojedynczych osób. Jego największą wartością jest możliwość prowadzenia badań populacyjnych, które pomagają lepiej rozumieć zależności między warunkami pracy, stylem życia i zdrowiem pracowników.
EHDS może stać się nie tylko platformą bezpiecznej wymiany danych, ale również impulsem do budowania silnych europejskich partnerstw naukowych. W zdrowiu pracowników wyzwania mają coraz częściej charakter ponadnarodowy, stąd również odpowiedzi na nie powinny powstawać we współpracy międzynarodowej. W tym widzę jedną z największych szans dla naszego Instytutu.
Po pandemii COVID-19 wiele firm przeszło na pracę zdalną. Czy ten model jest zdrowy dla pracowników?
Nie można powiedzieć, że praca zdalna jest z definicji zdrowsza lub mniej zdrowa od pracy stacjonarnej. Z perspektywy medycyny pracy o jej wpływie decyduje przede wszystkim sposób organizacji pracy.
Praca zdalna ma wiele zalet – daje większą elastyczność, eliminuje czas poświęcany na dojazdy i często ułatwia godzenie obowiązków zawodowych z życiem prywatnym. Z drugiej strony obserwujemy również nowe wyzwania: mniejszą aktywność fizyczną, problemy ergonomiczne wynikające z nieprzystosowanych stanowisk pracy, zacieranie granicy między pracą a życiem prywatnym oraz poczucie izolacji społecznej. Pandemia pokazała, że pracę można przenieść do domu, ale nie oznacza to, że każde mieszkanie automatycznie staje się zdrowym miejscem pracy.
Coraz większym wyzwaniem staje się także prawo do odłączenia. Smartfony, komunikatory i możliwość pracy z dowolnego miejsca sprawiły, że wielu pracowników pozostaje dostępnych praktycznie przez cały dzień. To utrudnia regenerację i sprzyja przewlekłemu stresowi oraz wypaleniu zawodowemu.
W konsekwencji nie pytajmy, czy lepsza jest praca zdalna czy stacjonarna. Ważniejsze jest, jak organizujemy pracę. Dobrze zorganizowana praca zdalna może sprzyjać zdrowiu, natomiast źle zorganizowana może stać się źródłem nowych zagrożeń. To właśnie organizacja pracy, a nie miejsce jej wykonywania, w największym stopniu decyduje o wpływie pracy na zdrowie.
Pandemia nauczyła nas, że elastyczność jest wartością. Dziś wiemy jednak, że równie ważne jest wyznaczanie granic między pracą a odpoczynkiem.
Podczas debaty Centrum e-Zdrowia zwróciła Pani uwagę, że w ochronie zdrowia gromadzimy ogromne ilości danych, ale wciąż nie potrafimy przekuć ich w wiedzę, która wspierałaby profilaktykę. Jakie dane i jaką wiedzę ma Pani dokładnie na myśli?
Mamy dziś ogromne zasoby danych – wyniki badań profilaktycznych, elektroniczną dokumentację medyczną, informacje o warunkach pracy, narażeniu zawodowym, absencji chorobowej czy czynnikach środowiskowych. Problem nie polega na braku danych. Problem polega na tym, że wciąż zbyt rzadko wykorzystujemy je do przewidywania zagrożeń zdrowotnych, skupiając się wyłącznie na dokumentowaniu tego, co już się wydarzyło.
Dane są dziś jednym z najcenniejszych zasobów ochrony zdrowia, ale ich prawdziwa wartość ujawnia się dopiero wtedy, gdy potrafimy połączyć je w użyteczną wiedzę. Jeżeli zestawimy informacje o warunkach pracy, narażeniu zawodowym, wynikach badań profilaktycznych i stanie zdrowia, możemy znacznie wcześniej identyfikować osoby zagrożone rozwojem chorób przewlekłych, utratą zdolności do pracy czy wypaleniem zawodowym. To właśnie jest istota nowoczesnej profilaktyki – nie czekać na chorobę, lecz odpowiednio wcześnie rozpoznawać ryzyko i podejmować działania zapobiegawcze.
Nowoczesna analityka danych pozwala dostrzegać zależności, których nie widać przy analizie pojedynczych przypadków. To ogromne wsparcie dla profilaktyki, pod warunkiem pełnego poszanowania prywatności, bezpieczeństwa informacji i zasad etycznych.
Chciałabym, abyśmy przeszli od systemu, który odpowiada na pytanie: „na co pracownik zachorował?”, do systemu, który potrafi odpowiedzieć: „dlaczego jest zagrożony chorobą i co możemy zrobić, aby jej zapobiec?”. W moim przekonaniu właśnie na tym będzie polegała największa zmiana w ochronie zdrowia w najbliższych latach.
Jaką ma Pani wizję dla IMP do 2030 roku?
Chciałabym, aby w 2030 roku Instytut Medycyny Pracy był jednym z europejskich liderów badań nad zdrowiem pracujących, ale przede wszystkim miejscem, które realnie wpływa na zdrowie ludzi. Badania naukowe są niezwykle ważne, jednak ich prawdziwa wartość ujawnia się dopiero wtedy, gdy przekładają się na lepszą profilaktykę, skuteczniejsze programy zdrowotne i bezpieczniejsze warunki pracy.
Widzę Instytut jako centrum kompetencji, które łączy medycynę, zdrowie publiczne, analitykę danych i współpracę międzynarodową, aby lepiej rozumieć wyzwania zmieniającego się świata pracy i skuteczniej na nie odpowiadać. Starzenie się społeczeństwa, transformacja cyfrowa, zmiany klimatyczne czy nowe modele zatrudnienia wymagają nowego spojrzenia na ochronę zdrowia pracujących.
Bardzo zależy mi również na tym, aby Instytut pozostał blisko praktyki i był miejscem, do którego przychodzą najlepsi młodzi naukowcy. Sukces instytutu naukowego nie powinien być mierzony wyłącznie liczbą publikacji, ale przede wszystkim tym, czy jego osiągnięcia poprawiają zdrowie ludzi i pomagają podejmować lepsze decyzje w ochronie zdrowia i polityce publicznej.
Jeżeli w 2030 roku będziemy mogli powiedzieć, że dzięki naszej pracy więcej osób dłużej zachowuje zdrowie, sprawność i zdolność do pracy, uznam to za największy sukces Instytutu Medycyny Pracy.
Chciałabym, aby Instytut Medycyny Pracy był miejscem, które nie tylko opisuje zmieniający się świat pracy, ale realnie go współtworzy, wpływając na zdrowie pracowników, decyzje publiczne i kierunki rozwoju medycyny pracy w Europie.
Czytaj także: E-zdrowie wchodzi w nowy etap, „Zaczynamy integrować dane”

Mniej gotowych odpowiedzi i więcej materiałów edukacyjnych, przypomnienia o przerwach i kontrola rodzicielska – OpenAI zaprezentował ChatGPT dla nastolatków (ChatGPT for Teens), który wspiera krytyczne myślenie, pomaga pogłębiać wiedzę oraz wspiera zdrowe korzystanie z AI.
Nowa wersja ChatGPT jest aktywowana automatycznie, jeśli system oszacuje, że użytkownik ma mniej niż 18 lat, albo jeśli zadeklaruje, że ma od 13 do 17 lat.
Największą różnicą jest sposób podawania odpowiedzi. Dotychczas po wpisaniu zadania z matematyki, ChatGPT po prostu dawał gotowy wynik. W nowej wersji wytłumaczy krok po kroku, jak go obliczył. Sprawdzi też, czy użytkownik wszystko zrozumiał, a w razie trudności wytłumaczy błędy. Tryb nauki wykorzystuje pytania naprowadzające i rozpoznaje, kiedy nastolatek próbuje iść na skróty. W nauce pomagają quizy i wizualizacje edukacyjne.

– Nie każdy uczeń ma w domu kogoś, kto mógłby pomóc w zadaniach domowych. Sztuczna inteligencja może wypełnić tę lukę – mówi Racquel Gibson, nauczycielka matematyki w liceum na Florydzie.
Jak deklaruje OpenAI, tryb nauki został stworzony we współpracy z nauczycielami, naukowcami i ekspertami w dziedzinie pedagogiki. Wykorzystuje pytania naprowadzające, wsparcie dydaktyczne, podpowiedzi metapoznawcze oraz sprawdziany wiedzy, aby pomóc uczniom przechodzić przez zadania krok po kroku, zamiast po prostu otrzymywać gotowe rozwiązanie.
Aktywne uczenie ma pomóc w zrozumieniu nowego materiału i jego zapamiętaniu na dłużej zamiast promować wkuwanie na pamięć. Jest też ChatGPT dla nauczycieli, który pozwala zarządzać dostępem uczniów do AI.
Funkcja „Godziny nauki” pozwala rodzicom określić, kiedy tryb nauki będzie włączony domyślnie. Można też ustawić „godziny ciszy”, czyli czas, kiedy dostęp do chatbota będzie zablokowany. Rodzice mogą otrzymywać powiadomienia w sytuacjach, gdy rozmowa z AI sugeruje problemy psychiczne, np. zaburzenia odżywiania oraz próby samookaleczenia. Podobne alerty poinformują, gdy nastolatek interesuje się treściami o charakterze seksualnym albo nielegalnymi towarami.
OpenAI wprowadził też kilka opcji, które od dawna postulowali psychologowie i rodzice. Przykładowo, AI nie będzie używać romantycznego języka, który może sugerować, że AI ma uczucia albo świadomość, co w skrajnych przypadkach może prowadzić do powstania emocjonalnej, niezdrowej więzi między użytkownikiem a AI. Przypomnienia o przerwach zachęcą nastolatków do oderwania się od ekranu.
W Polsce ChatGPT dla nastolatków jest dostępny od 18 sierpnia 2026 r.

Czytaj także: ChatGPT z nową opcją „Zdrowie” zna cię lepiej niż lekarz

Agentowa sztuczna inteligencja przejęła pracę informatyków i jest gotowa, aby koordynować opiekę nad pacjentami i zarządzać szpitalami. Ale sektor zdrowia woli zaakceptować znane ludzkie błędy, niedobory lekarzy i straty finansowe wynikające z nieefektywnych procesów niż nieprzewidywalne błędy maszyny.
Na pierwszy rzut oka ochrona zdrowia jest idealnym środowiskiem dla agentów AI – w mało którym sektorze gospodarki kryzys goni kryzys. Apokaliptyczna trójka – starzejące się społeczeństwo, braki lekarzy i ograniczone wydatki na zdrowie – odbija się na zdrowiu wszystkich, opóźniając dostęp do lekarzy i napinając budżety zdrowia do granic wytrzymałości.
Te problemy mogłaby po części rozwiązać autonomiczna AI, ale sektor zdrowia pozostaje sceptyczny. Czy to dmuchanie na zimne jest uzasadnione? Decyzje podejmowane przez agentów AI w medycynie mają zupełnie inną wagę niż w innych sektorach. Autonomiczny system, który popełni błąd w kodzie programu albo wyśle maila nie do tej osoby, co trzeba, nie wyrządzi dużych szkód. Ale autonomiczny system, który zawał serca pomyli z objawami grypy, może zabić.
To lekarze ponoszą odpowiedzialność za efekty leczenia i ewentualne błędy. Nie ma się co dziwić, że są ostrożni w stosunku do AI. Wiedzą, jak minimalizować ryzyko własnych błędów, ale nie wiedzą, jak to robić, gdy doradza im maszyna kierująca się niezrozumiałymi dla nikogo zasadami. A AI to geniusz i dziecko w jednym – raz postawi diagnozę, na którą przez lata nie wpadło dziesiątki lekarzy, a za drugim razem popełni błąd na poziomie studenta pierwszego roku medycyny. Agenci AI raz świetnie zaprogramują aplikację, a innym razem wymkną się spod kontroli, kasują bazy danych albo przeprowadzają ataki cybernetyczne.
Dopuszczając AI do pracy klinicznej, trzeba być świadomym jeszcze jednego ryzyka – błędu automatyzacji. Pracując z AI i coraz bardziej jej ufając, z czasem wyłącza się analityczne myślenie. Badania pokazują, że nawet 45–80% błędnych sugestii AI jest bezkrytycznie akceptowanych przez radiologów.

Błędem debat o AI w medycynie jest generalizacja. AI to nie jest jakaś abstrakcyjna technologia, ale konkretne rozwiązania. Przykładem są AI scribes, czyli systemy analizujące rozmowę lekarza z pacjentem i zamieniające ją na wpisy do elektronicznej dokumentacji medycznej. Szacuje się, że z technologii korzysta już co piąty lekarz w USA.
Mimo że AI samodzielnie transkrybuje rozmowę, sortuje informacje, a lekarz jedynie zatwierdza wpis, nie jest to autonomiczna AI. Taka byłaby, gdyby do tego zweryfikowała diagnozę, sprawdziła i zaproponowała najnowsze wytyczne kliniczne, wystawiła receptę, zwolnienie lekarskie, umówiła kolejną wizytę pacjenta w terminarzu, kupiła leki i dostarczyła je do domu pacjenta. A do tego jeszcze uzupełniła zebrane informacje danymi ze smartwatcha pacjenta. I tak dla każdego pacjenta.
Lekarz jedynie rozmawiałby z pacjentem i na koniec zatwierdziłby pracę agenta. Gabinet lekarski bez klawiatury i ekranu brzmi obiecująco. Ale nawet duże ośrodki uniwersyteckie nie mają odpowiedniej infrastruktury IT, wysokiej jakości danych oraz pieniędzy na zatrudnienie specjalistów od AI, którzy będą konserwować modele AI i kontrolować poprawność ich działania.
O wiele szybciej agentowa AI dotrze do pacjentów. Kryzys ochrony zdrowia (w tym zaufania) napędza rozwój konsumenckich rozwiązań AI. ChatGPT Zdrowie to pierwszy krok gigantów AI w kierunku agentycznej medycznej AI. Mając dostęp do dokumentacji medycznej oraz danych z urządzeń ubieralnych podpowie, co zjeść na śniadanie i kiedy umówić się do lekarza. To już tylko kwestia czasu, kiedy taki agent znajdzie za nas najbliższy termin wizyty u specjalisty, przeszukując e-terminarze przychodni albo dzwoniąc na rejestrację do skutku.
Generatywna AI jest mocna w szukaniu i analizowaniu danych, łączeniu informacji w różnych formatach, szukaniu zależności i korelacji, porównywaniu trendów na przestrzeni lat. Właśnie tego potrzebuje skomplikowany sektor zdrowia, aby lepiej wykorzystywać ograniczone budżety i zasoby kadrowe. 80–90% kosztów w ochronie zdrowia generują pacjenci z chorobami przewlekłymi i psychicznymi. Tyle, bo pacjenci przelatują przez dziurawe sito profilaktyki: są za późno diagnozowani, trafiają do szpitali z powikłaniami, bo nie zażywają regularnie leków, a klasyczna profilaktyka nie działa. To są pozamedyczne elementy – największe nieefektywności wynikają z fragmentacji informacji i złożoności administracyjnej.
Po automatyzacji procesu tworzenia dokumentacji medycznej kolejnym polem dla AI będzie koordynacja opieki pomiędzy systemem zdrowia a domem pacjenta. Na razie pacjent robi swoje, a lekarz swoje – bez porozumienia i jednego spójnego planu. Obecny poziom rozwoju AI sugeruje, że zamiast jednego superagenta AI w medycynie będą powstawać porozumiewający się między sobą mikro-agenci od pojedynczych zadań. Agent A będzie pomagał osobie z nadciśnieniem prowadzić zdrowy tryb życia, agent B przeanalizuje dokumentację medyczną, dane zebrane przez pacjenta i nowe wytyczne kliniczne, agent C rozplanuje plan leczenia i umówi wizyty, przypomni o terminach itd.
Domeną agentów będzie koordynacja, a lekarze niezmiennie pozostaną ekspertami od kontaktu z człowiekiem, korzystając z umiejętności, których AI nie ma – podejmowania decyzji w warunkach niepewności, obserwacji, doświadczenia, komunikacji, empatii, wsparcia i zrozumienia szerszego kontekstu, w jakim funkcjonuje pacjent. Oddając część odpowiedzialności agentom AI, musimy zaakceptować ryzyko. To kwestia czasu, kiedy agenci AI popełnią błąd, doprowadzą do śmierci pacjenta. Tak jak pierwsze wypadki z udziałem autonomicznych samochodów. Jednak problemy w służbie zdrowia są zbyt duże, by ignorować ogromną przewagę korzyści nad ryzykiem.
Agentowa AI to nowy rodzaj pracownika administracyjnego – nadal obcego i trudnego do zrozumienia, ale trzeba mu zaufać.
Czytaj także: Czy autonomiczna AI jest gotowa, aby leczyć pacjentów? Tak – wynika z nowego badania

Potwierdziły się podejrzenia, że MyDr padł ofiarą jednego z największych incydentów cyberbezpieczeństwa w historii Polski – wyciekły dane 19 mln pacjentów gromadzone w 12 tys. placówkach zdrowia. Wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski potwierdził, że odpowiednie służby prowadzą obecnie postępowanie wyjaśniające.
Najnowsze informacje znajdują się na samym dole.
Aktualizacja z 10 sierpnia 2026 r.
MyDr to dostawca oprogramowania medycznego należący do grupy Znany Lekarz. O możliwym wycieku danych poinformował serwis Zaufana Trzecia Strona, do którego zgłosili się sami sprawcy ze szczegółami. Przekazali dziennikarzom materiały mające potwierdzać włamanie, w tym dane jednego z najważniejszych polskich polityków, obejmujące m.in. imię i nazwisko, datę urodzenia, numer PESEL, numery telefonów oraz informacje dotyczące recept.
– Odezwał się do nas ktoś, kto twierdził, że dysponuje danymi ponad 18 milionów Polek i Polaków, pochodzących z systemów medycznych. Potraktowaliśmy zgłoszenie poważnie i weszliśmy w bezpośredni kontakt ze zgłaszającym oraz powiadomiliśmy odpowiednie instytucje – poinformował serwis.

Sprawcy mieli również uzyskać dostęp do wewnętrznych zasobów MyDr. Pokazali m.in. fragmenty korespondencji firmowej, dane nowych pracowników, raport sygnalisty o nieprawidłowościach, informacje o współpracujących lekarzach oraz materiały związane z reklamą leków.
Zgodnie z informacjami serwisu Zaufana Trzecia Strona, cyberprzestępcy uzyskali dostęp do infrastruktury firmy działającej w chmurze AWS i wykradli około 2,5 TB danych. Żadne informacje nie zostały na razie potwierdzone. d
– Klienci firmy, czyli placówki medyczne i lekarze, zostali poinformowani o identyfikacji potencjalnego nieuprawnionego dostępu do systemów. Na tym etapie postępowania nie można ostatecznie potwierdzić wycieku danych, jednak wiele wskazuje na to, że osoba nieuprawniona mogła uzyskać do nich dostęp [red.: do danych] – napisał na platformie X minister Gawkowski 10 sierpnia.
Aktualizacja z 12 sierpnia 2026 r.
12 sierpnia potwierdziły się te informacje. Podczas pilnego spotkania z udziałem prokuratury i służb minister Gawkowski przyznał, że doszło do nadzwyczajnego wycieku danych. Jest to jeden z największych incydentów cyberbezpieczeństwa w historii Polski. Wicepremier zaapelował, aby „podjąć wszelkie działania, żeby wykradzione dane nie krążyły po rynku i żeby nie stały się elementem jakiejś gry, czy to służb, czy kogokolwiek innego.”
Hakerzy wykradli łącznie 2 terabajty danych osobowych i medycznych blisko 19 mln pacjentów. Są to numery PESEL powiązane z informacjami o wystawionych receptach i zrealizowanych wizytach. Wszystkie pochodzą z systemu informatycznego dla gabinetów lekarskich MyDr.
Na razie nie wiadomo, jak doszło do wycieku. Na tym etapie wszystkie scenariusze są możliwe: błąd człowieka, błąd systemu, brak zabezpieczeń, celowe działanie albo gra związana ze służbami obcymi.
MyDr potwierdził, że stał się „celem zewnętrznego, celowego działania o charakterze przestępczym, którym objęta była część danych.” Dane, które wykradli hakerzy, najprawdopodobniej pochodzą z 2024 roku oraz lat wcześniejszych.
Aktualizacja z 14 sierpnia 2026 r.
MyDr poinformował w komunikacie, że na razie nie ma dowodów na naruszenie ani niewłaściwe wykorzystanie certyfikatów P1. Mimo to, ze względów bezpieczeństwa i w porozumieniu z CEZ, rekomenduje się stopniową rotację certyfikatów P1. Cały proces będzie się odbywał rotacyjnie, a poszkodowane placówki otrzymają informację w tym zakresie.
Na chwilę obecną serwis informuje, że „dane z wycieku w firmie MyDr nie trafiły jeszcze do bazy serwisu. Zostaną udostępnione w serwisie niezwłocznie po ich przekazaniu przez podmioty dotknięte cyberatakiem.”
TVN informuje, że wyciekiem mogły być też objęte dane największych sieci medycznych. W Medicover, kilka placówek stomatologicznych korzystało z MyDr, a sieć sprawdza, czy dane jej pacjentów zostały objęte incydentem. Lux Med wstępnie potwierdził możliwość, że cyberatak mógł dotyczyć części danych pacjentów sieci, ale podkreśla, że ich zakres jest ograniczony. Firma prowadzi obecnie własną analizę. Z kolei Enel-Med korzystał z MyDr do obsługi pacjentów NFZ, ale nie ma obecnie potwierdzenia, że dane pacjentów wyciekły. PZU Zdrowie: korzysta z własnego systemu, mimo to sprawdza, czy incydent mógł dotyczyć jego pacjentów.
Kiedy będzie można sprawdzić, czy wyciekły moje dane?
Wkrótce w serwisie bezpiecznedane.gov.pl każdy będzie mógł samodzielnie sprawdzić, czy jest ofiarą cyberataku na MyDr. Do weryfikacji potrzebny jest numer PESEL. Wcześniej trzeba się zalogować do serwisu za pomocą profilu zaufanego, aplikacji mObywatel, bankowości elektronicznej albo e-dowodu.
MyDr zidentyfikował przyczynę ataku.
MyDr przekazał, że zidentyfikował już i usunął przyczynę wycieku danych. Firma współpracuje z Prezesem Urzędu Ochrony Danych Osobowych (UODO), CERT Polska oraz Centralnym Biurem Zwalczania Cyberprzestępczości (CBZC).
– Centrum e-Zdrowia rozpoczęło prewencyjną i stopniową aktualizację certyfikatów wykorzystywanych do komunikacji z systemem P1. Placówki medyczne, które korzystały z oprogramowania MyDr, otrzymają bezpośrednio informacje o terminach i sposobie wymiany certyfikatów – poinformował na platformie X minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski. Przypomniał także o konieczności zastrzeżenia numeru PESEL.
Aktualizacja 15 sierpnia 2026 r.
– Jesteśmy na tropie grupy, która wykradła dane Polaków z firmy MyDr – powiedział wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski. Służby cały czas sprawdzają, czy dane w internecie nie są wystawiane na sprzedaż.
Aktualizacja 17 sierpnia 2026 r.
MyDr przekazał, że jest na „końcowym etapie ustalania zakresu incydentu, w tym tego, które dane oraz którzy klienci i pacjenci mogli zostać nim dotknięci.”
Poszkodowane placówki mają otrzymać wsparcie w ewentualnych zgłoszeniach do UODO oraz komunikacji z pacjentami.
Tymczasem Ministerstwo Cyfryzacji przypomina o możliwości zastrzeżenia PESEL-u w aplikacji mObywatel. Jak to zrobić, przeczytasz tutaj. Jeśli okaże się, że w wyniku cyberataku doszło do kradzieży tożsamości, należy unieważnić dowód osobisty, zgłaszając nieuprawnione wykorzystanie danych.
Aktualizacja 18 sierpnia 2026 r.
Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości poinformowało na platformie X, że prowadzi czynności pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Warszawie dot. uzyskania nieuprawnionego dostępu za pośrednictwem sieci Internet, do systemu informatycznego administrowanego przez firmę MyDr oraz przechowywanych na serwerach spółki informacji.
Policjanci CBZC prowadzą obecnie czynności mające na celu ustalenie tożsamości osób lub osoby odpowiadającej za proceder.
Dlaczego osoby indywidualne nadal nie mogą sprawdzić na stronie http://bezpiecznedane.gov.pl, czy ich dane też wyciekły? Według służb, publikowanie takich danych mogłoby utrudnić prowadzone śledztwo.

Aktualizacja 20 sierpnia 2026 r.
Według informacji Rynku Zdrowia, do Urzędu Ochrony Danych Osobowych wpłynęły już setki zgłoszeń dotyczących wycieku danych pacjentów po cyberataku na MyDr. Wcześniej UODO zapowiedział kontrolę w spółce.
Jak się okazuje, to nie pierwszy wyciek danych związany z MyDr. W 2024 roku ktoś przejął konta pracowników medycznych korzystających z MyDr i wykorzystał je do masowego odpytywania systemu eWUŚ (Elektroniczna Weryfikacja Uprawnień Świadczeniobiorców). Haker najpierw wygenerował losowe numery PESEL, a specjalny skrypt wysyłał je do eWUŚ w celu weryfikacji. Pozytywny zwrot oznaczał, że PESEL istnieje w bazie. W ten sposób haker zidentyfikował PESELE ponad 13 milionów osób.
Aktualizacja 24 sierpnia 2026 r.
MyDr opublikował oświadczenia prezesa Piotra Miluskiego.
Informuje w nim m.in., że nadal trwa postępowanie prowadzone przez Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości (CBZC), a firma próbuje ustalić, jakie dane zostały objęte incydentem. Zgodnie z RODO, wkrótce do osób, których dane mogły wyciec, zostanie wysłana informacja.
– Za pośrednictwem placówek medycznych informacja może dotrzeć do około 18 milionów osób, których danych na obecnym etapie analizy nie możemy wykluczyć z zakresu incydentu. Grupa ta została określona z ostrożności i obejmuje osoby, których dane, przede wszystkim o charakterze historycznym (pochodzące z kwietnia 2024 roku lub wcześniejsze), znajdowały się w środowisku objętym incydentem – czytamy w oświadczeniu.
Piotr Miluski przyznał też, że „były to najtrudniejsze dwa tygodnie w historii firmy”.
Aktualizacja 25 sierpnia 2026 r.
W wywiadzie dla Polskiego Radia 24, wiceminister cyfryzacji Dariusz Standerski powiedział, że informacje o tym, które dane medyczne zostały wyukradzione przez cyberprzestępców, wkrótce trafią do rządowej bazy bezpiecznedane.gov.pl.
– Jest to kwestia kilkudziesięciu godzin – powiedział wiceminister.
Czytaj także: Nowy raport CSIRT CeZ. 60% więcej incydentów cyberbezpieczeństwa w placówkach zdrowia
1 2 3 … 152 Następne »