Czy to bezpieczne, kiedy AI samodzielnie wystawia recepty? Tak – wynika z pilotażu trwającego w USA

Od stycznia 2026 r. w amerykańskim stanie Utah trwa pierwszy na świecie pilotaż systemu sztucznej inteligencji do automatycznego odnawiania recept na leki stosowane w chorobach przewlekłych. Projekt trwa do października, ale już wiadomo, że tę jedną z najbardziej rutynowych czynności lekarzy może z powodzeniem przejąć maszyna.

newsletter OSOZ

AI analizuje dokumentację pacjenta, wystawia receptę, a w razie wątpliwości pyta lekarza

Pilotaż realizuje Departament Handlu stanu Utah w ramach tzw. „piaskownicy regulacyjnej” (regulatory sandbox) pozwalającej testować nowe technologie w kontrolowanych warunkach, nawet jeśli dotyczą praktyki dotychczas nieregulowanej prawem. A taką jest właśnie wystawianie recept przez autonomiczną AI.

System opracowany przez startup Doctronic ma jedno zadanie: przedłużanie recept na kontynuację leczenia u pacjentów z chorobami przewlekłymi. Warunkiem zastosowania AI jest diagnoza choroby oraz pierwszorazowe przepisanie leku przez lekarza.

AI może przedłużać recepty na 192 najczęściej stosowane w chorobach przewlekłych leki, w tym m.in. w nadciśnieniu tętniczym, cukrzycy, niedoczynności tarczycy, depresji czy hipercholesterolemii. Z programu wyłączono leki opioidowe, stymulanty stosowane w ADHD, preparaty iniekcyjne oraz wszystkie substancje kontrolowane.

Cały proces realizowany jest online: pacjent loguje się do systemu, potwierdza swoją tożsamość, odpowiada na pytania dotyczące stanu zdrowia. Następnie AI analizuje historię choroby i sprawdza, czy nie pojawiły się nowe przeciwwskazania do kontynuowania terapii. Jeśli takie nie występują, AI generuje receptę, a lek można odebrać w aptece. W obecnym modelu, pacjent może wprawdzie poprosić o przedłużenie recepty przez swoje e-konto, ale i tak wystawić ją musi lekarz. Takich zapytań od pacjentów, w zależności od placówki, może być nawet kilkadziesiąt dziennie.

AI działa samodzielnie, ale w razie wątpliwości pomaga lekarz

Lekarz, który przystępuje do pilotażu, musi osobiście zweryfikować i zatwierdzić pierwsze 250 przedłużeń recept. Dopiero po pozytywnej ocenie bezpieczeństwa system może samodzielnie odnawiać recepty. W ramach losowych audytów, raz na jakiś czas recepta wystawiona przez AI trafia do weryfikacji lekarza. W przypadku, gdy AI ma za mało informacji, aby podjąć decyzję, przekazuje ją lekarzowi. Przebieg całego procesu jest dokumentowany i raportowany do regulatorów stanowych.

Jak podkreśla administracja stanu Utah, celem programu jest automatyzacja rutynowych czynności i zmniejszenie obciążenia administracyjnego lekarzy. Według lokalnych władz, około 80 proc. czasu poświęcanego na farmakoterapię pacjentów stanowi właśnie przedłużenie recept. Opóźnienia w wystawieniu nowej recepty są jedną z głównych przyczyn przerwania leczenia przez pacjentów. Z kolei nieprzestrzeganie zaleceń dotyczących przyjmowania leków odpowiada co roku za tysiące możliwych do uniknięcia hospitalizacji, generując dodatkowe, możliwe do uniknięcia koszty dla systemu ochrony zdrowia.

Pobierz bezpłatnie nowe wydanie czasopisma OSOZ
Pobierz bezpłatnie nowe wydanie czasopisma OSOZ

Zdania są podzielone. Eksperci z Harvard Law School oraz autorzy komentarza opublikowanego w New England Journal of Medicine zwracają uwagę, że nawet rutynowe przedłużenie recepty jest decyzją medyczną wymagającą oceny aktualnego stanu pacjenta, działań niepożądanych oraz nowych wyników badań laboratoryjnych. Dlatego AI może działać autonomicznie jedynie w wąskim zakresie, gdy w czasie leczenia nie pojawiają się żadne zmiany stanu zdrowia.

Z kolei część ekspertów uważa, że autonomiczne podejmowanie decyzji terapeutycznych wymaga autoryzacji amerykańskiej Agencji Żywności i Leków (FDA), ponieważ taki system jest wyrobem medycznym. Inni wskazują na potencjalny konflikt z federalnymi przepisami, zgodnie z którymi recepty mogą wystawiać wyłącznie licencjonowani pracownicy ochrony zdrowia.

Obiecujące pierwsze efekty pilotażu

Z danych zebranych po pierwszych miesiącach działania systemu wynika, że AI rekomendował przedłużenie recepty w 72 proc. przypadków, a w pozostałych 28 proc. przekazywał sprawę do lekarza. Powodem była m.in. konieczność wykonania badań kontrolnych oraz weryfikacji nowych objawów podczas wizyty lekarskiej.

Lekarze zgadzali się z decyzją AI o odnowieniu recepty w 91 proc. przypadków, a po ocenie przez drugiego specjalistę – w 97 proc. Spośród spraw przekazanych do lekarza, w 69 proc. weryfikacja była uzasadniona, a w pozostałych przypadkach AI okazała się zbyt ostrożna.

Dotychczas nie odnotowano żadnych zdarzeń niepożądanych związanych z działaniem systemu. Rzeczywiste bezpieczeństwo autonomicznego systemu będzie można jednak ocenić dopiero po zakończeniu 12-miesięcznego programu.

System Doctronic korzysta z bazy wytycznych klinicznych oraz najnowszych badań naukowych dotyczących stosowania leków. I właśnie ten dostęp do aktualnych informacji jest jego największą zaletą – żaden lekarz nie jest w stanie zapoznać się z setkami analiz w zakresie stosowania i działania leków, publikowanych codziennie w czasopismach naukowych. Firma oferuje też chatbota AI dla pacjentów i lekarzy, który pomaga w przeprowadzeniu diagnozy i wyszukaniu lekarza w razie konieczności dalszej konsultacji albo wystawienia recepty. I to w ramach ubezpieczenia zdrowotnego albo za jedynie 40 USD, co jest nieporównywalnie mało w stosunku do ok. 100–300 USD w przypadku prywatnej wizyty.

Nawet jeśli niewielki procent placówek nie wymienia danych, dane o stanie zdrowia pacjenta są niekompletne i przez to praktycznie bezużyteczne

Po 5 latach od wprowadzenia obowiązku prowadzenia elektronicznej dokumentacji medycznej, 90,6 proc. szpitali i 75–78 proc. placówek POZ i AOS indeksuje EDM w P1 – wynika z nowego raportu Centrum e-Zdrowia. Ale rekordowy skok o 20 p.p. dla placówek realizujących ambulatoryjne świadczenia zdrowotne może okazać się fikcją.

Newsletter OSOZ

Obowiązek bez obowiązku, czyli krótka historia EDM

W 2021 r., kilka miesięcy przed wejściem w życie obowiązku indeksowania elektronicznej dokumentacji w P1, tylko 6,5 proc. badanych placówek przystąpiło do pilotażu i deklarowało pełną gotowość. Kolejne 19 proc. zgłosiło gotowość bez indeksowania, 18,2 proc. planowało wdrożenie w IV kwartale, a 23,2 proc. przyznało, że nie osiągnie gotowości w 2021 r.

Już wtedy było wiadomo, że obowiązek od lipca 2021 roku będzie istniał tylko na papierze. Ale nikt nie podejrzewał, że tak zostanie przez kolejne lata.

Od 2022 roku raporty Centrum e-Zdrowia zaczęły podawać dane osobno dla szpitali i AŚZ. Indeksowanie w P1 deklarowało 70,3 proc. szpitali i 56,7 proc. AŚZ. W 2023 r. odsetek ten wzrósł w szpitalach do 78,4 proc., ale w AŚZ spadł do 53,1 proc. To prawdopodobnie efekt błędu statystycznego albo innej metodologii interpretacji wyników ankiety CeZ. W 2024 roku odsetek dla szpitali wzrósł do 84,4 proc., a dla AŚZ do 58,9 proc.

W 2025 r. już 9 na 10 szpitali indeksowało EDM w P1 (+6 punktów procentowych, p.p.). Ale największy skok nastąpił w AŚZ – z 58,9 proc. do 78 proc., czyli o 19 p.p.

Coraz więcej placówek deklaruje indeksowanie EDM w P1. Skok w latach 2024–2025 dla AŚZ wyniósł 19 p.p.
Coraz więcej placówek deklaruje indeksowanie EDM w P1. Skok w latach 2024–2025 dla AŚZ wyniósł 19 p.p.
Samo indeksowanie EDM do P1 jeszcze nie oznacza, że dane stają się łatwiej dostępne
Samo indeksowanie EDM do P1 jeszcze nie oznacza, że dane stają się łatwiej dostępne

Pierwszy zachwyt szybko studzi zastrzeżenie Centrum e-Zdrowia: w IX edycji badania zastosowało ważenie wyników na podstawie PWDL, aby lepiej odzwierciedlić strukturę populacji i zwiększyć reprezentatywność wyników. Dlatego wyników z 2025 roku nie można bezpośrednio porównać z wcześniejszymi edycjami. O ile więc wzrost dla szpitali odpowiadający trendom z poprzednich lat wydaje się wiarygodny, dla AŚZ można mieć poważne wątpliwości. Pozostaje pytanie, czy wynik jest przeszacowany czy niedoszacowany.

EDM prowadzona i indeksowana, ale niedostępna

Logicznie rzecz biorąc, im więcej placówek indeksuje dokumentację medyczną do P1, tym lepsza wymiana tej dokumentacji między placówkami zdrowia. Kto tak zakłada, mocno się rozczaruje.

W 2022 r. przez P1 dokumentację wymieniało ze sobą 43,8 proc. szpitali i 29,5 proc. AŚZ. Tymczasem indeksowanie EDM w P1 realizowało odpowiednio 70,3 proc. szpitali i 56,7 proc. AŚZ. W kolejnych latach luka jedynie się powiększała, a wymiana danych w 2025 roku między szpitalami podejrzanie spadła do 25,4 proc. z 46,3 proc. rok wcześniej. Ale jak wspomnieliśmy wcześniej, powodem jest zmiana metodologii interpretacji wyników.

Przez lata rządził papier. W 2022 r. 78,1 proc. szpitali i 74,1 proc. AŚZ wskazywało wydruk jako najczęstszy sposób udostępniania EDM innemu podmiotowi. W kolejnych latach było to odpowiednio: 2023 – 68,4 proc. i 64,2 proc., 2024 r. – 36,8 proc. i 42,3 proc., a w 2025 – 30,3 proc. i 36,4 proc. Papier nadal ma się dobrze, ale wypiera go elektroniczna wymiana danych. Niestety – dzieje się to bardzo powoli. Nawet niewielki odsetek danych niedostępnych na P1 oznacza, że lekarz nie może podjąć decyzji, opierając się tylko na tym, co przepływa przez centralny system e-zdrowia. Jeśli brakuje nawet małego odsetka danych, mogą to być dane krytyczne z punktu widzenia diagnozy i leczenia.

Pieniądze coraz mniejszą barierą cyfryzacji

W badaniu z 2025 roku Centrum e-Zdrowia przestało pytać o posiadanie wystarczającej liczby stanowisk komputerowych do wdrożenia EDM. Przez lata odpowiedź twierdząca dla szpitali praktycznie się nie zmieniała i oscylowała na poziomie 75–76%, a dla AŚZ – 85–88%. Zresztą określenie „wystarczająca” może być interpretowane bardzo różnie.

O wiele ważniejsze jest pytanie o posiadanie rozwiązań IT do prowadzenia EDM. W praktyce, mają je prawie wszystkie placówki. W latach 2022–2025 na to pytanie twierdząco odpowiadało 97–98 proc. szpitali i 82–88 proc. AŚZ. 96 proc. szpitali ma oprogramowanie HIS, a 72 proc. AŚZ – system gabinetowy. Te, które nie mają rozwiązań komercyjnych, mogą korzystać z gabinet.gov.pl. W praktyce aplikacja jest rzadko wykorzystywana. Powodem jest m.in. ograniczona funkcjonalność w porównaniu z profesjonalnymi rozwiązaniami.

W 2025 r. szerokopasmowy internet miało 98,5 proc. szpitali i 90,1 proc. AŚZ. W szpitalach już w 2022 roku odpowiedź twierdzącą wskazało 93,3 proc. (+5,2 p.p.), a w AŚZ – 62,8 proc. (+27,3 p.p.). Jeszcze kilka lat temu placówki na obszarach słabo zamieszkałych zgłaszały problemy z dostępem do internetu. Dziś sytuacja wygląda znacznie lepiej.

Przez kolejne lata zmieniały się też bariery cyfryzacji. W 2022 r. dominującym problemem był brak pieniędzy na inwestycje IT (82,3 proc. odpowiedzi). Na kolejnych miejscach były niedostateczne kompetencje cyfrowe pracowników (45,2 proc.) i opór personelu (31,5 proc.). W 2025 r. rola pieniędzy spadła do 63,3 proc., a kompetencji cyfrowych – do 36,5 proc. (w 2025 roku w ankiecie zrezygnowano z podziału odpowiedzi na szpitale i AŚZ).

Inwestycje w sprzęt, oprogramowanie i infrastrukturę danych poprawiły poziom cyfryzacji. Ale wąskim gardłem jest wiedza: 92,9 proc. szpitali i 66,2 proc. AŚZ deklaruje potrzebę podnoszenia kompetencji cyfrowych. Wśród pracowników szpitali 80,4 proc. chciałoby się szkolić z wykorzystania narzędzi centralnych i systemów informatycznych w codziennej pracy.

Jedno z pytań w ankiecie CeZ dotyczy oceny dojrzałości cyfrowej na skali od 1 (bardzo niska) do 5 (bardzo wysoka). To trochę jak wróżenie z fusów, bo nie ma żadnych obiektywnych wskaźników pomiaru tej dojrzałości. Największa grupa placówek – bo 55 proc. szpitali i 66,7 proc. AŚZ – wskazuje poziom średni (3). I tu kolejna ciekawostka – w 2022 roku było to odpowiednio 63,8 proc. i 52,1 proc. Czyli szpitale są coraz bardziej optymistyczne co do obiektywnego poziomu cyfryzacji, a placówki ambulatoryjne – coraz bardziej pesymistyczne.

Co dalej z EDM?

Ankieta Centrum e-Zdrowia opiera się na deklaracjach placówek zdrowia i trzeba ją interpretować z dużą ostrożnością. Do tego zmiana metodologii w ostatnim badaniu spowodowała nagłe pojawienie się wyników niepasujących do trendów z lat poprzednich. Najbardziej widać to po indeksowaniu EDM do P1 w AŚZ: czy naprawdę nastąpił skok o 19 p.p., czy to tylko optymistyczny scenariusz wynikający z interpretacji ankiety?

Optymistyczny i pesymistyczny scenariusz zakończenia wdrożenia EDM
Optymistyczny i pesymistyczny scenariusz zakończenia wdrożenia EDM

Mimo to pokuśmy się o prognozy. Jeśli założyć długoletnie trendy, już w 2026–2027 wszystkie szpitale będą indeksowały EDM do P1. Jeśli wierzyć danym z ostatniej ankiety i uśrednić trend za lata 2022–2025, AŚZ do 100 proc. dojdą w 2028–2029 roku. Ale jeśli zupełnie pominąć rok 2025 ze względu na niewiarygodne dane wynikające ze zmiany metodologii i uwzględnić tylko lata 2022–2024, to poziom 100 proc. osiągnięty zostanie w… 2061 roku. Oczywiście, to mało realne, ale pokazuje, że prędzej czy później Ministerstwo Zdrowia będzie musiało wprowadzić środki dyscyplinujące spóźnialskich, inaczej wdrażanie EDM potrwa przez następne dekady. A to pociąga za sobą dalsze problemy z wymianą danych między placówkami i skutecznie hamuje korzyści z cyfryzacji, od analiz danych przez AI do systemów wspomagania decyzji medycznych.

- Pierwszą ofiarą wpatrywania się w ekrany jest czytanie - mówi dr Maria Melchior
– Pierwszą ofiarą wpatrywania się w ekrany jest czytanie – mówi dr Maria Melchior

Komisja Europejska chce ograniczyć dzieciom poniżej 13. roku życia dostęp do mediów społecznościowych. Prace rozpoczną się jesienią. To pokłosie raportu „Bezpieczeństwo Dzieci Online”. Rozmawiamy z jego współautorką, dr Marią Melchior.

Newsletter OSOZ

Panel ds. Bezpieczeństwa Dzieci w Internecie, któremu Pani przewodniczyła, ustalił 13. rok życia jako granicę, do której powinno się zakazać dostępu do mediów społecznościowych. Skąd właśnie 13 lat?

Począwszy od narodzin aż do osiągnięcia dojrzałości, dzieci przechodzą różne fazy rozwoju fizycznego, psychicznego i społecznego. Właśnie na tych etapach rozwoju – a nie na pojedynczym badaniu – opiera się nasza decyzja.

Badania wskazują, że dzieci poniżej 13. roku życia zazwyczaj nie są wystarczająco dojrzałe, aby samodzielnie korzystać z usług cyfrowych i w pełni rozumieć związane z nimi zagrożenia. Kiedy mówimy o usługach cyfrowych, mam na myśli nie tylko same media społecznościowe. Pewne funkcje gier wideo i aplikacji opartych na sztucznej inteligencji budzą podobne obawy.

Pierwsze lata dojrzewania to kluczowy okres nauki poprzez doświadczenia zdobywane w świecie rzeczywistym – interakcje z rówieśnikami, uprawianie sportu, udział w zajęciach kulturalnych oraz rozwijanie umiejętności społecznych. Odgrywają one dużą rolę przez cały okres dojrzewania, ale przed ukończeniem 13. roku życia mają szczególne znaczenie i nie powinny być zastępowane czasem spędzanym na platformach cyfrowych.

W raporcie wskazano okres od 10. do 12. roku życia jako szczególnie ważny.

Jest to czas głębokich zmian rozwojowych. Dzieci zaczynają przechodzić od etapu polegania głównie na rodzinie do poszukiwania akceptacji rówieśników. Stają się bardziej wrażliwe na normy społeczne, presję ze strony równolatków i oceny z zewnątrz. Wciąż uczą się, jak regulować swoje emocje i rozwijać umiejętności społeczne niezbędne do nawiązywania zdrowych relacji. Umiejętności te można nabyć tylko przez interakcje w świecie rzeczywistym.

Dane z amerykańskiego badania ABCD sugerują istotne różnice w zakresie zdrowia psychicznego między dziećmi, które zaczynają korzystać z mediów społecznościowych w wieku 12 lat, a tymi, które zaczynają w wieku 13 lat. To badanie jest kolejnym argumentem za zakazem do 13. roku życia.

Ten próg jest też zgodny z przepisami dotyczącymi ochrony danych w wielu krajach europejskich – 13 lat jest powszechnie uznawane za minimalny wiek, w którym dzieci mogą wykazać się pewną autonomią w zakresie swoich danych osobowych. 13 lat to więc minimum, a nie optimum. W tym zakresie istnieją różne podejścia. Na przykład Francja przyjęła przepisy ustalające ten próg na poziomie 16 lat.

Media społecznościowe sięgają do tricków psychologicznych, aby użytkownicy spędzali w nich możliwie dużo czasu
Media społecznościowe sięgają do tricków psychologicznych, aby użytkownicy spędzali w nich możliwie dużo czasu

Jak mocne są dowody sugerujące, że media społecznościowe są odpowiedzialne za pogarszające się zdrowie psychiczne u dzieci?

Dowody potwierdzające, że nadmierne korzystanie z usług cyfrowych wiąże się z problemami zdrowotnymi, są bardzo mocne. Najnowsze dane z badania Eurobarometru pokazują, że młodzież w wieku od 13 do 17 lat spędza około 5 godzin dziennie na korzystaniu z usług cyfrowych. To w dni powszednie; w weekendy ten czas rośnie do około 6 godzin. Czas spędzany w sieci zastępuje ten, który mógłby być poświęcony na inne aktywności niezbędne dla zdrowego rozwoju.

Pierwszą ofiarą wpatrywania się w ekrany jest czytanie. Na drugim miejscu znajduje się aktywność fizyczna. Każdy z nas wie, że czas spędzany przed ekranem to czas spędzany na siedząco lub leżąco. Brak aktywności fizycznej zwiększa ryzyko otyłości i innych problemów zdrowotnych, na przykład związanych z układem kostnym.

Kwestia wpływu social mediów na zdrowie psychiczne jest bardziej złożona, bo zależność jest dwukierunkowa: dzieci borykające się z problemami psychologicznymi mogą być bardziej skłonne do spędzania nadmiernej ilości czasu w sieci, z kolei nadmierne korzystanie z internetu może pogłębiać te problemy. Ustalenie związku przyczynowo-skutkowego wymaga starannie zaprojektowanych, długoterminowych badań, które pozwolą także ustalić, jak różne formy aktywności w sieci wpływają na zdrowie i rozwój dzieci w życiu dorosłym.

Ale nawet bez nich dysponujemy wystarczającą liczbą dowodów przemawiających za podjęciem działań zapobiegawczych.

Informacji na ten temat mogą dostarczyć ograniczenia wprowadzone w Australii. Co z nich wynika?

Doświadczenia Australii potwierdzają, że same ograniczenia wiekowe nie wystarczą. Oprócz uregulowania kwestii dostępu do usług cyfrowych, trzeba także przygotować wytyczne dotyczące ich projektowania. Mam na myśli przede wszystkim ograniczenie funkcji mających na celu maksymalizację zaangażowania i czasu spędzanego online.

Unia Europejska dysponuje już odpowiednimi ramami regulacyjnymi w postaci ustawy o usługach cyfrowych (red.: Digital Services Act). Precyzuje ona szkodliwe i uzależniające praktyki. Wyzwaniem pozostaje skuteczne egzekwowanie tych przepisów. Głównym zaleceniem zawartym w naszym raporcie jest zapewnienie, by usługi cyfrowe były z założenia bezpieczne dla dzieci i młodzieży. Mówimy tutaj o zasadzie „safety by design”, bezpieczeństwa na etapie projektowania.

Drugą lekcją jest to, że kwestii weryfikacji wieku nie można pozostawić wyłącznie platformom online. Obecne rozwiązania, takie jak te funkcjonujące w Australii, są niespójne i łatwe do obejścia.

Jest za wcześnie, aby oceniać efekty zakazu wprowadzonego w Australii. Tego typu interwencje można oceniać dopiero po latach, a nie miesiącach. Pierwsze dane z Australii sugerują, że korzystanie z mediów społecznościowych wśród młodych ludzi spadło, choć nadal wiele osób poniżej 16. roku życia korzysta z tych platform. Zmiana zachowań wymaga czasu.

Wspomniała Pani o zasadzie tworzenia usług cyfrowych zgodnie z zasadą bezpieczeństwa na etapie projektowania. To jednak kłóci się z modelem biznesowym mediów społecznościowych, które zarabiają więcej, jeśli użytkownik pozostanie dłużej zalogowany i aktywny.

Naszym zadaniem było opracowanie zaleceń. Zostały one skierowane do Komisji Europejskiej, która musi teraz zdecydować, jak daleko chce i może się posunąć w przygotowaniu i egzekwowaniu przepisów. Unia Europejska ma już podstawy prawne do walki z uzależniającymi i szkodliwymi elementami social mediów, głównie za sprawą wspomnianej ustawy o usługach cyfrowych.

Ramy prawne są w dużej mierze gotowe. Wyzwaniem pozostaje egzekwowanie przepisów. Ale aktualne wyroki i kary dla takich firm jak Meta i TikTok pokazują, że Komisja jest gotowa do działania. Ale działania te muszą być zdecydowane i spójne, jak podkreślamy w raporcie. Unia Europejska, czyli 450 mln konsumentów, ma dużą siłę, by wpływać na sposób, w jaki globalne firmy technologiczne projektują i wdrażają produkty.

Postępowania sądowe przeciwko głównym platformom social media w USA, w połączeniu z reformami w Australii, znacząco zmieniły kierunek debaty publicznej w ciągu ostatniego roku.

Nie spodziewam się, że firmy całkowicie zrezygnują z obecnych modeli biznesowych. Uważam jednak, że można od nich wymagać, by projektowały produkty w inny sposób, z myślą o dzieciach i młodzieży. Właśnie to oznacza podejście „bezpieczeństwa w fazie projektowania”.

Instagram wprowadził już funkcje kontroli rodzicielskiej. Czy to nie wystarczy?

Jest to krok we właściwym kierunku. Jednak dotychczasowe doświadczenia i dane wskazują, że same funkcje kontroli rodzicielskiej to za mało. Ekspertyzy przeprowadzone we Francji wskazują, że mają ograniczony wpływ.

Rodzice powinni mieć możliwość ustalania jasnych granic korzystania ze smartfonów, zwłaszcza w przypadku młodszych nastolatków. Potrzebują prostych narzędzi do zarządzania czasem spędzanym przed ekranem, ograniczania dostępu do niektórych aplikacji oraz zapobiegania korzystaniu z urządzeń w porach, które są ważne dla zdrowia i rozwoju dzieci.

W naszym raporcie zalecamy unikanie korzystania z ekranów – nie tylko mediów społecznościowych, ale także telewizji i gier komputerowych – przed pójściem do szkoły, przed snem oraz, w miarę możliwości, podczas rodzinnych posiłków.

Obecnie dostępne funkcje kontroli rodzicielskiej są często zbyt skomplikowane lub niejednolite na różnych urządzeniach. Ustawianie automatycznych limitów czasowych lub blokowanie dostępu do niektórych aplikacji powinno być proste, niezależnie od platformy czy systemu operacyjnego. Rodzice potrzebują narzędzi, które są łatwe do zrozumienia i proste w użyciu.

Co najbardziej zaskoczyło Panią podczas pracy nad raportem?

Uderzające jest to, jak mocno wielu członków panelu eksperckiego ds. bezpieczeństwa dzieci online podkreślało znaczenie edukacji rodziców i umiejętności korzystania z mediów.

Badania, które prowadzę, koncentrują się na nierównościach społecznych w zakresie zdrowia psychicznego dzieci. To oczywiste, że niektórzy rodzice mają więcej czasu, wiedzy i zasobów, by wyznaczać i kontrolować czas spędzany online i rozmawiać z dziećmi o przebywaniu w sieci. Ale są i dzieci, które dorastają w placówkach opiekuńczych albo w rodzinach wielodzietnych, gdzie ojciec i matka muszą pracować cały dzień i nie mają czasu na takie wsparcie rodzicielskie. Dlatego regulacje nie mogą cedować całej odpowiedzialności na rodziców. Niezbędne są silne, konsekwentnie egzekwowane regulacje, które chronią wszystkie dzieci.


O raporcie „Bezpieczeństwo Dzieci Online”

Raport „Child Safety Online” został przygotowany przez panel naukowców, praktyków i ekspertów ds. zdrowia cyfrowego oraz przedstawicieli organizacji młodzieżowych i rodzicielskich z całej Europy.

Raport "Child Safety Online"
Raport „Child Safety Online”

Najważniejszy wniosek: dzieci poniżej 13. roku życia są szczególnie narażone na zagrożenia związane z korzystaniem z mediów społecznościowych. Według autorów, sposób, w jaki zaprojektowane zostały platformy jak Facebook, TikTok czy Instagram, prowadzi do uzależnienia cyfrowego. Szczególnie krytykowane są mechanizmy nieskończonego przeglądania nowych treści i autoodtwarzania. Algorytmy celowo wyświetlają kontrowersyjne treści, aby użytkownicy spędzali możliwie dużo czasu skrolując i komentując posty. Raport został opublikowany 13 lipca. Jeszcze tego samego dnia przewodnicząca KE, Ursula von der Leyen, zapowiedziała prace nad wspólnym europejskim podejściem do ograniczenia dostępu do mediów społecznościowych.

Wśród rekomendacji znalazły się również m.in. ochrona dzieci do 2. roku życia przed ekspozycją na ekrany smartfonów i telewizorów oraz ograniczenie korzystania ze smartfonów w szkołach podstawowych.

W grudniu 2025 roku zakaz korzystania z mediów społecznościowych przez osoby do 16. roku życia wprowadziła Australia. We Francji podobne prawo, ale dla osób poniżej 15. roku życia, miało wejść w życie we wrześniu br., ale zablokował je Sąd Najwyższy.

W przeciwieństwie do obecnie wykorzystywanych systemów robotycznych, humanoidalne roboty są tanie i mobilne
W przeciwieństwie do obecnie wykorzystywanych systemów robotycznych, humanoidalne roboty są tanie i mobilne (zdjęcie: UCSD)

Po raz pierwszy na świecie humanoidalne roboty z sukcesem przeprowadziły operację chirurgiczną. Czy duże i drogie systemy chirurgiczne jak da Vinci wkrótce zastąpią tanie i mobilne humanoidy?

Newsletter OSOZ

Operacja na świni, ale roboty zdały egzamin

W ramach eksperymentu na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego przeprowadzono dwa zabiegi. W pierwszym, zespół składający się z robota humanoidalnego oraz chirurga pełniącego rolę asystenta dokonał usunięcia pęcherzyka żółciowego. Drugą udaną operację wykonały dwa roboty humanoidalne pracujące samodzielnie. Oba zabiegi odbyły się na świniach.

Roboty były sterowane zdalnie przez wykwalifikowanego chirurga oraz przymocowane na specjalnych linach, aby nie upaść i nie wyrządzić szkód na sali operacyjnej. Mimo to naukowcy mówią o przełomie i są zdania, że eksperyment stanowi pierwszy krok w kierunku zastosowania robotów humanoidalnych w chirurgii. Roboty mogłyby asystować podczas zabiegów oraz wcielić się w rolę chirurga w modelu teleoperacji.

Wyniki eksperymentu opublikowano w czasopiśmie Nature.

– Zdalnie sterowane i autonomiczne roboty humanoidalne mogą poprawić dostęp do operacji, na przeprowadzenie których pacjenci w innym przypadku nie mieliby szans – mówi Michael Yip, wykładowca na Wydziale Elektrotechniki i Informatyki Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego oraz jeden z głównych autorów pracy. Niedobór chirurgów już teraz prowadzi do tego, że pacjenci muszą czekać miesiącami albo latami.

Humanoid może wkrótce zastąpić drogie i ciężkie systemy robotyczne

Okazuje się też, że humanoid może się lepiej sprawdzić niż dotychczas stosowane wyspecjalizowane systemy chirurgii robotycznej. Te zazwyczaj wyposażone są w trzy lub cztery ramiona, specjalistyczne narzędzia oraz autorskie oprogramowanie; są duże, ciężkie, drogie i wymagają konfiguracji, którą mogą przeprowadzić tylko eksperci firm-producentów. Przykładem jest robot da Vinci.

Zespół złożony z robota humanoidalnego i chirurga pełniącego rolę asystenta z powodzeniem przeprowadził zabieg usunięcia pęcherzyka żółciowego (zdjęcie: UCSD)

Natomiast roboty humanoidalne są mobilne i kompaktowe. W badaniu wykorzystano dwa modele chińskich robotów Unitree G1. Mierzą one 152 cm, ważą 27 kg i kosztują ok. 20 000 USD. Mimo że naukowcy musieli skonstruować specjalne końcówki rąk umożliwiające robotowi trzymanie tradycyjnych narzędzi chirurgicznych, sterowanie robotami humanoidalnymi jest bardziej naturalne, zwłaszcza dla osób nieprzeszkolonych w zakresie obsługi wyspecjalizowanych systemów.

Jak twierdzą badacze, zabieg wykonywany przez zdalnie sterowanego robota humanoidalnego jest równie precyzyjny jak za pomocą systemu robotyki chirurgicznej. A do tego koszty operacji są nieporównanie mniejsze. Kolejną zaletą humanoidów jest to, że mogą być stosowane na każdej sali operacyjnej, w małych szpitalach na obszarach wiejskich, a nawet na polu bitwy czy podczas misji kosmicznych. Ponieważ humanoid potrafi poruszać się na dwóch kończynach jak człowiek, potrafi też podawać narzędzia chirurgom oraz sprzątać salę operacyjną po zabiegu.

Zanim jednak robot weźmie do ręki skalpel, trzeba rozwiązać kilka problemów. Podczas operacji konieczne było kilkakrotne kalibrowanie robotów. Do tego robot wymaga szybkiego internetu, aby zmniejszyć opóźnienie, czyli czas między ruchem kontrolera przez chirurga a ruchem robota. Systemy robotyczne są niezwykle precyzyjne, a ich ruchy – w pełni kontrolowalne. Roboty mogą stracić równowagę, nie mają też specjalistycznych kamer i czujników zapewniających m.in. wrażenie oporu przy nacięciu tkanki.

Wprowadzimy oparty na AI moduł, który umożliwi lekarzom sprawne wykorzystywanie bazy wiedzy, np. by sprawdzić możliwe niepożądane interakcje między lekami - mówi Jarosław Sot
Wprowadzimy oparty na AI moduł, który umożliwi lekarzom sprawne wykorzystywanie bazy wiedzy, np. by sprawdzić możliwe niepożądane interakcje między lekami – mówi Jarosław Sot

Jarosław Sot objął stanowisko dyrektora Centrum e-Zdrowia w kwietniu br., na finiszu milionowych projektów e-zdrowia z KPO. W wywiadzie dla OSOZ przedstawia swoje priorytety na 2026 i 2027 rok: wdrożenie e-kolejki do szpitali, pełne uruchomienie centralnej e-rejestracji, wprowadzenie AI do szpitali, cyberbezpieczeństwo oraz upowszechnienie aplikacji mojeIKP.

Newsletter OSOZ

Z jaką wizją cyfryzacji polskiej ochrony zdrowia przejął Pan stery w Centrum e-Zdrowia?

W mojej ocenie najważniejsze są trzy rzeczy: powszechność stosowania nowych rozwiązań, które powstają w celu realizacji konkretnych potrzeb użytkowników systemu, bezpieczeństwo informacyjne oraz wygoda i dostępność dla pacjentów. To pierwsze oznacza między innymi włączanie kolejnych placówek ambulatoryjnej opieki medycznej do centralnej e-rejestracji, narzędzia usprawniające pracę lekarzy, powszechny obieg elektronicznej dokumentacji medycznej i rozwój narzędzi analitycznych.

Drugim, bardzo ważnym elementem jest troska o cyberbezpieczeństwo sektora ochrony zdrowia. Żyjemy w czasach rosnącej liczby zagrożeń cyfrowych i tworząc nowe systemy jesteśmy odpowiedzialni za bezpieczeństwo danych medycznych pacjentów.

Po trzecie, wygodne dla pacjentów usługi. Naszym priorytetem w tym obszarze jest aplikacja mojeIKP. Chcielibyśmy, by dla wszystkich pacjentów stała się ona nowoczesnym centrum zarządzania sprawami swojego zdrowia – aby każda dorosła osoba mogła w swoim smartfonie sprawdzić wyniki badań i terminy wizyt, umówić się do dowolnego specjalisty lub na szczepienie, zamówić wystawienie kolejnej recepty, udostępnić dokumentację medyczną podczas konsultacji.

Priorytetem w 2026 roku są projekty e-zdrowia finansowane z KPO. Czy udało się wszystko zrealizować zgodnie z planem?

Projekt KPO e-Zdrowie to ogromny projekt, angażujący wszystkich uczestników systemu ochrony zdrowia. Tworząc w ścisłej współpracy z Ministerstwem Zdrowia nowe narzędzia, zasięgaliśmy wielu opinii pacjentów, specjalistów medycznych i ekspertów, dostawców, dbając o transparentność naszych decyzji i racjonalność wydatkowanych środków.

Mierzyliśmy się oczywiście z różnymi wyzwaniami, opóźniającymi realizację naszych zadań, choćby z odwołaniami od wyników ogłoszonych postępowań na dostawę usług zewnętrznych i procesem ich odbioru. To były duże, skomplikowane zamówienia, takie jak Voicebot czy modele do realizacji Platformy Usług Inteligentnych. Firmy zgłaszały swoje zastrzeżenia, do czego oczywiście miały prawo, a my chcieliśmy w sposób transparentny na nie odpowiedzieć – co jednak powodowało wydłużenie całego procesu.

Najważniejsze jest to, że pieniądze z KPO to szansa na znaczący rozwój e-zdrowia w Polsce i dobrze je wykorzystamy.

Pobierz nowy numer OSOZ. 109 stron o e-zdrowiu i AI w ochronie zdrowia
Pobierz nowy numer OSOZ. 109 stron o e-zdrowiu i AI w ochronie zdrowia

Przed objęciem stanowiska dyrektora CeZ pełnił Pan role menedżerskie w placówkach zdrowia. Czego wówczas brakowało Panu w cyfryzacji, a teraz będzie chciał Pan to wprowadzić?

Centrum e-Zdrowia co roku, razem z Ministerstwem Zdrowia, sprawdza, jak wygląda informatyzacja placówek medycznych. Tegoroczna, IX edycja pokazuje, że 60,5% szpitali posiada rozwiązania IT umożliwiające realizację takich procesów jak prowadzenie dokumentacji medycznej w postaci elektronicznej oraz elektroniczne przetwarzanie danych medycznych istotnych z punktu widzenia procesu leczenia. Kolejne 37,2% szpitali wdrożyło je częściowo. Poziom indeksowania EDM w systemie e-zdrowia w przypadku szpitali wynosi 90,6%, natomiast 79,2% szpitali raportuje zdarzenia medyczne zgodnie z przepisami ustawy o SIOZ. To pokazuje, że poziom informatyzacji stale się zwiększa, ale wciąż jest przestrzeń do poprawy.

Z moich obserwacji i poprzednich doświadczeń wynikających z zarządzania placówkami ochrony zdrowia wynika, że w natłoku obowiązków związanych z organizacją leczenia pacjenta na drugi plan, choć tak być nie powinno, schodzi kwestia bezpieczeństwa danych i dostępów do systemów gabinetowych czy HIS. Dlatego też w ramach CeZ istnieje sektorowy CSIRT – zespół ekspertów, którzy zapewniają wsparcie zarówno w zakresie wiedzy dotyczącej prewencji, jak i potrafią wspomóc placówkę w sytuacji, gdy stała się ona obiektem cyberataku. Zależy mi, by taką współpracę na linii CeZ–szpitale stale i kompleksowo rozwijać.

Konsekwentnie, miarą sukcesu cyfryzacji jest dostęp do nowych narzędzi, a dla nas będzie on mierzony liczbą użytkowników aplikacji mojeIKP. Liczba aktywnych użytkowników przekroczyła 5 milionów. To optymistyczny wynik, bo na początku tego roku było to mniej niż 3,5 miliona. Wersję desktopową Internetowego Konta Pacjenta uruchomiło ponad 21 mln osób. Zależy mi, by każdy pacjent miał w swoim ręku mobilną, wygodną i bezpieczną bramkę do najważniejszych usług e-zdrowia, poprzez bezpłatną, wygodną i dostępną dla wszystkich aplikację.

Jednym z wyzwań pozostaje pełne wdrożenie elektronicznej dokumentacji medycznej (EDM), która obowiązuje od 5 lat. Ma Pan pomysł, jak zamknąć ten przeciągający się proces?

Głównym wyzwaniem jest stopień udostępniania dokumentacji przez placówki medyczne. Placówki mają taki obowiązek, ale z wielu różnych powodów go nie wykonują. Z badania stopnia informatyzacji podmiotów wykonujących działalność leczniczą wynika, że większość badanych PWDL deklaruje posiadanie rozwiązań umożliwiających prowadzenie elektronicznej dokumentacji medycznej. W AŚZ (ambulatoryjnych świadczeniach zdrowotnych) odsetek ten wynosi 62,7%, w szpitalach 60,5%, a w pozostałych podmiotach leczniczych 54,5%. Idealnym wynikiem byłoby oczywiście 100% i do niego dążymy.

Sprawne i całkowite przejście na elektroniczną dokumentację medyczną postrzegane jest obecnie – nie tylko przeze mnie, ale przede wszystkim przez Ministerstwo Zdrowia – jako jedno z najważniejszych wyzwań rozwoju systemu e-zdrowia. Centrum e-Zdrowia działa tutaj dwojako: po pierwsze, wspiera wdrożeniowo placówki i ich dostawców oprogramowania; a po drugie, wprowadza kolejne dokumenty w formie elektronicznej.

W ramach KPO oraz projektu FERC (Fundusze Europejskie na Rozwój Cyfrowy) wprowadzimy kolejnych 9 nowych dokumentów medycznych. To już działające orzeczenie medycyny pracy, karta diagnostyki i leczenia onkologicznego, czyli e-DiLO, karta opieki kardiologicznej e-KOK, elektroniczna karta ciąży czy karta zdrowia dziecka.

Pamiętajmy, że EDM to nie jest kwestia biurokracji, ale bezpieczeństwa pacjentów, umożliwiająca dostęp do pełnej dokumentacji medycznej specjalistom w procesach terapeutycznych.

Do końca 2027 roku wszystkie świadczenia AOS mają być umawiane przez centralną e-rejestrację. CeR będzie musiało wdrożyć kilkadziesiąt tysięcy placówek, 2 lata wcześniej niż zapowiadano. Czy system jest gotowy na takie zwiększenie przepustowości? Na jaką pomoc ze strony CeZ mogą liczyć placówki zdrowia?

Rzeczywiście, najbliższe kilkanaście miesięcy to czas na przyspieszenie rozwoju centralnej e-rejestracji. Jest to bardzo ambitne przedsięwzięcie, ale jak najbardziej możliwe do realizacji. Centralna e-rejestracja to jeden z priorytetów zarówno Ministerstwa Zdrowia, jak i Centrum e-Zdrowia. Pozwala pacjentom zapisywać się na badania i wizyty: łatwo, szybko, wygodnie, z wykorzystaniem nowoczesnych narzędzi, czyli Internetowego Konta Pacjenta oraz aplikacji mojeIKP.

System najpierw działał w formie pilotażu, a od początku roku już obowiązkowo dołączały do niego placówki realizujące świadczenia z zakresu profilaktyki (mammografia i test HPV HR) oraz kardiologii. Od sierpnia zaczęły dołączać kolejne placówki, oferujące terminy na wizyty: u angiologa lub chirurga naczyniowego, lekarza chorób zakaźnych, endokrynologa, lekarza chorób wątroby, lekarza chorób układu odpornościowego, nefrologa, neonatologa, lekarza chorób płuc.

Na bieżąco monitorujemy funkcjonowanie e-rejestracji, reagujemy na potrzeby użytkowników i wprowadzamy działania doskonalące, które ułatwią korzystanie z systemu.

Wyzwaniem jest też gotowość podmiotów do wdrożenia nowych funkcjonalności. Placówki muszą mieć czas na zintegrowanie własnego oprogramowania z systemem centralnej e-rejestracji, na przeszkolenie personelu, a także na dostosowanie, uzupełnienie swoich baz danych. Mniejsze placówki odczuwają, jak wynika z przeprowadzonych ankiet, większe obciążenie procesem wdrażania. Wiele zależy od ich zakresu umów z dostawcami oprogramowania.

Wraz z Ministerstwem Zdrowia wspieramy świadczeniodawców na każdym z tych etapów. Oferujemy im szereg materiałów edukacyjnych i szkoleniowych, które krok po kroku instruują, jak poradzić sobie ze zmianą zarówno od strony czysto technologicznej, jak i procesowej. W ramach Akademii CeZ szkolimy pracowników medycznych, a do pacjentów kierujemy działania informacyjne i promocyjne – kampanie radiowe i telewizyjne, webinary, ulotki, artykuły.

Warto podkreślić, że centralna e-rejestracja jest rozwiązaniem, którego nie udało się nikomu w Europie wdrożyć na taką skalę, co plasuje nas w czołówce krajów pod względem cyfryzacji ochrony zdrowia. Mierząc się z takimi wyzwaniami, nie zapominajmy, że często jesteśmy pionierami w ich tworzeniu i warto to doceniać.

Jak będzie wyglądało wdrożenie centralnej e-kolejki na planowane zabiegi oraz wizyty w szpitalach, zapowiedziane przez minister zdrowia Jolantę Sobierańską-Grendę?

Centralna e-rejestracja tworzy fundament pod dalsze rozwiązania, takie jak centralna e-kolejka na planowane zabiegi i wizyty szpitalne. To nowe zadanie realizowane wspólnie z Ministerstwem Zdrowia, które chcemy wdrożyć do końca 2026 roku.

Celem jest zapewnienie pacjentom przejrzystej informacji o miejscu w kolejce i terminie realizacji świadczenia oraz ujednolicenie sposobu prowadzenia list oczekujących. Tak jak w przypadku centralnej e-rejestracji, nowe narzędzie będzie rozwijane we współpracy ze świadczeniodawcami i dostawcami oprogramowania.

Obecnie kończymy koncepcję merytoryczno-techniczną i przystępujemy do realizacji systemu.

Czy poza Platformą Usług Inteligentnych w szpitalach planowane są jakieś rozwiązania AI, np. dla pacjentów, które byłyby bezpieczną alternatywą dla ChatGPT i innych chatbotów AI?

Sztuczna inteligencja jest narzędziem, które w wymierny sposób wspiera lub może wesprzeć realizację różnorakich zadań, z jakimi mierzy się personel medyczny. Nasze tegoroczne badanie stopnia informatyzacji podmiotów wykonujących działalność leczniczą pokazuje, że na razie wykorzystanie AI jest jeszcze ograniczone, ale ma ogromny potencjał rozwoju.

Obecnie narzędzia wykorzystujące sztuczną inteligencję stosuje 7,3% placówek w diagnostyce i leczeniu, 5,9% w zarządzaniu oraz 4,7% w obsłudze pacjenta.

Najczęściej AI wspiera diagnostykę obrazową RTG i tomografii komputerowej. Jednocześnie aż 40,9% badanych szpitali planuje wdrożenie rozwiązań AI w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

To sygnał, że kolejny etap cyfrowej transformacji będzie opierał się nie tylko na elektronizacji dokumentów, ale także na inteligentnym wykorzystaniu danych. Obserwujemy to również poprzez szkolenia z AI, które dla personelu medycznego realizuje regularnie Centrum e-Zdrowia. Miejsca na te warsztaty rozchodzą się z reguły błyskawicznie. To pokazuje, jak duże jest zapotrzebowanie.

Jeśli chodzi o usługi e-zdrowia, ważne jest, by sztuczna inteligencja była wprowadzana w sposób systemowy i bezpieczny. Taką propozycją jest Platforma Usług Inteligentnych, która dzięki środkom z KPO ma być wdrożona w całej sieci szpitali w Polsce. Będzie ich ponad 370. Umożliwi ona radiologom korzystanie z nowoczesnych modeli AI, dzięki czemu będą mogli szybciej i bardziej precyzyjnie analizować obrazy diagnostyczne, wykrywać subtelne zmiany patologiczne, a także sprawniej nadawać priorytet przypadkom wymagającym pilnej interwencji. Rozwiązania, które promuje i wdraża Centrum e-Zdrowia, mają – w przypadku modeli AI – status certyfikowanych wyrobów medycznych. Każde wdrażane rozwiązanie jest też bardzo szczegółowo sprawdzane pod kątem cyberbezpieczeństwa.

W ramach wspierania lekarzy wprowadzimy też oparty na AI moduł, który umożliwi lekarzom sprawne wykorzystywanie bazy wiedzy, np. po to, by sprawdzić możliwe niepożądane interakcje między lekami. Zjawisko polipragmazji, jak wynika z analiz NFZ, jest ważnym problemem w Polsce. 1,6 miliona osób przyjmuje stale 5 i więcej leków. Co trzecia osoba po 65. roku życia znajduje się w tej grupie. W ramach KPO wdrażamy e-profil pacjenta. To narzędzie będzie pokazywać najważniejsze informacje o stanie zdrowia pacjenta oraz jego leczeniu. Lekarz będzie mógł dzięki modułowi konwersacyjnemu szybko uzyskać informacje z bazy wiedzy i sprawdzić, jak mogą działać na pacjenta leki przepisywane w ramach terapii różnych schorzeń. To ułatwi diagnozę.

Chcemy, żeby pacjenci mogli też korzystać z narzędzi opartych na AI, ale żeby odbywało się to pod kontrolą, w bezpieczny dla nich sposób. Rozważamy, w jaki sposób można to wprowadzić i w jakim zakresie.

Obserwujemy zjawisko, w którym duże modele językowe traktowane są przez użytkowników tak, jak kiedyś wyszukiwarki internetowe. Pełnią rolę doradców zdrowotnych, a zwłaszcza interpretatorów symptomów opisywanych przez pacjentów. Samo zjawisko nie jest więc nowe, ale ryzyko z nim związane częściowo tak.

Dotychczas głównym problemem było uzyskanie fałszywej czy błędnej diagnozy. I to ryzyko pozostaje. Niestety pojawił się też nowy problem. Zdarza się, że modele AI wprost zachęcają użytkowników do przesyłania im szczegółowych danych medycznych, wyjątkowo osobistych i wrażliwych. Zdecydowanie odradzamy takie działania, bo nigdy nie wiadomo, kto i jak wykorzysta zdobyte w ten sposób informacje – być może nawet przeciwko nam.

Coraz większą popularnością wśród lekarzy cieszą się tzw. AI scribes, czyli EDM tworzona przez sztuczną inteligencję na podstawie rozmowy lekarza z pacjentem. W Polsce to nadal rzadkość. Jakie jest Pana zdanie na ten temat?

AI scribes to rozwiązania, którym warto się uważnie przyglądać. Mogą wspierać lekarzy w codziennej pracy i ograniczać czas poświęcany na przygotowanie dokumentacji po wizycie. Nie zastępują jednak elektronicznej dokumentacji medycznej, a jedynie mogą wspierać proces jej tworzenia.

W mojej ocenie tego typu narzędzia mają potencjał, by stać się jednym z elementów cyfrowej transformacji ochrony zdrowia, pod warunkiem zachowania wysokich standardów jakości, bezpieczeństwa i ochrony danych pacjentów.

IKP staje się cyfrowymi drzwiami do ochrony zdrowia. Jakie nowe funkcje w IKP/mojeIKP są w planach?

W pełni zgadzam się z tą definicją. IKP i mojeIKP to podstawowe narzędzia do zarządzania sprawami zdrowia. Co miesiąc dochodzi ponad 300 tysięcy nowych użytkowników aplikacji mojeIKP. Na Internetowym Koncie Pacjenta każdego miesiąca loguje się średnio 120 tysięcy nowych osób, co przekłada się na przyrost blisko 1,5 miliona aktywowanych kont rocznie.

Jedną z najważniejszych, ale też najszybciej rozwijających się nowych funkcji IKP i aplikacji mojeIKP, jest wspomniana już centralna e-rejestracja. Od sierpnia rozszerzyła się o kolejne świadczenia. Online można zapisać się do kardiologa, endokrynologa czy pulmonologa. Liczba terminów dostępnych dla pacjentów będzie się zwiększać wraz z przekazywaniem przez świadczeniodawców harmonogramów do nowego systemu. Dzięki temu IKP i mojeIKP stawać się będą podstawowymi narzędziami do umawiania wizyt i badań. Już nie trzeba będzie dzwonić czy chodzić do przychodni. Wystarczy włączyć komputer lub wziąć do ręki telefon i znaleźć dogodny termin – szybko, wygodnie, online, dosłownie za pomocą kilku kliknięć.

Kolejną nowością jest DOM, narzędzie wdrażane przez nas dzięki środkom z KPO. DOM to usługa, która umożliwia zbieranie i analizę danych zdrowotnych pacjenta poza placówką, na podstawie pomiarów wykonywanych w domu.

Usługa będzie dostępna dla pacjentów na Internetowym Koncie Pacjenta i w aplikacji mojeIKP oraz dla personelu medycznego w bezpłatnej aplikacji Gabinet.gov.pl lub w innych systemach gabinetowych po ich zintegrowaniu z usługą.

Pacjent będzie zapisywał swoje pomiary, zlecone przez lekarza, na Internetowym Koncie Pacjenta lub w aplikacji mojeIKP. Dane mogą pochodzić z różnych źródeł: wybranych wyrobów medycznych (np. glukometrów, ciśnieniomierzy), urządzeń pomiarowych typu smart (integrujących się z Google Health, np. smartwatche, opaski, wagi) oraz wpisów dokonywanych ręcznie na IKP i w aplikacji mojeIKP.

Pacjent będzie miał wszystkie wyniki w jednym miejscu, zobaczy zmiany w czasie i lepiej zrozumie, jak reaguje jego organizm.

Dla lekarza to z kolei dostęp do rzetelnych i kompletnych danych z różnych urządzeń, a nie pojedynczego pomiaru wykonanego w dniu wizyty, co z kolei może przyczynić się do lepszej diagnostyki.

Jakie są Pana trzy główne KPI, które chciałby Pan osiągnąć w Centrum e-Zdrowia?

Te KPI wynikają z tego, o czym mówiliśmy na początku, czyli priorytetów cyfryzacji sektora i jednocześnie działania CeZ-u.

Jak mówiłem, jesteśmy europejskim liderem we wdrażaniu centralnej e-rejestracji. To jest priorytet dla Ministerstwa Zdrowia i Centrum e-Zdrowia. Kluczowym miernikiem rezultatu będzie więc wdrożenie wszystkich nowych obszarów terapeutycznych zgodnie z planem, podłączenie się wszystkich świadczeniodawców do nowego systemu do końca 2027 roku, ale też to, żeby jak najwięcej pacjentów zapisywało się na badania i wizyty samodzielnie.

I tu przechodzimy do drugiego obszaru: mojeIKP jako bramka do systemu. W tym roku wprowadziliśmy do mojeIKP m.in. szerszy dostęp do elektronicznej dokumentacji medycznej, możliwość sprawdzenia uprawnień lekarza, rozwijamy usługi związane z profilaktyką, jeszcze w tym roku pojawi się e-DiLO i możliwość wyboru swojego lekarza POZ, która obecnie jest tylko w wersji desktopowej. Kładziemy i będziemy kłaść duży nacisk na upowszechnienie używania mojeIKP. Myślimy też o młodszych pokoleniach, które dopiero uczą się dbania o siebie i mogą potrzebować wsparcia niekomercyjnej, godnej zaufania aplikacji. Czyli o wersji mojeIKP Junior dla wchodzących w dorosłość nastolatków. Jest to projekt, który również chcielibyśmy zrealizować, oczywiście w ramach obecnych priorytetów.

Ostatnia rzecz, którą tu wymienię, ale warunek podstawowy wszystkich naszych działań, to cyberbezpieczeństwo systemu. Kładziemy na to ogromny nacisk. To jest i będzie nieustającym wyzwaniem, bo polski rynek danych medycznych jest bardzo atrakcyjnym celem z punktu widzenia cyberataków. Bez zapewnienia najwyższych standardów ochrony nie ma mowy o zaufaniu pacjentów do rozwiązań e-zdrowia.

Wierzę, że jesteśmy i będziemy nie tylko twórcą oprogramowania, ale nowoczesnym dostawcą rozwiązań dla obszaru zdrowia publicznego, przy ścisłej współpracy wszystkich, którzy ten sektor tworzą.

Przeciążenie AI, czyli „AI Brain Fry”, bezdech ekranowy, niepokój trzech kropek, zespół fantomowej wibracji – nowe technologie cyfrowe generują zupełnie nowy rodzaj emocji, których nie jesteśmy świadomi. Jak nad nimi zapanować? Jak je wykorzystać do samorozwoju? Wywiad ze światowej sławy cyberetnografem, Pamelą Pavliscak.

Ponadto w numerze:

OSOZ 8/2026
OSOZ 8/2026

Spis treści:

newsletter osoz

Wszystkie wydania archiwalne są dostępne na zakładce POBIERZ.

Archiwum czasopisma OSOZ
Archiwum czasopisma OSOZ
Dryfowanie modeli AI oznacza, że model nagle zachowuje się nie tak, jak w warunkach laboratoryjnych
Dryfowanie oznacza, że AI nagle zachowuje się nie tak, jak deklaruje dostawca (grafika wygenerowana z pomocą AI)

Niektóre algorytmy sztucznej inteligencji świetnie działają na danych treningowych, ale ich wydajność może spadać po wdrożeniu w placówce zdrowia. Tylko 3 na 5 szpitali to kontrolują. Eksperci przypominają, że stosowanie AI wymaga innego podejścia niż w przypadku klasycznych systemów IT.

newsletter osoz

Szpitale ufają algorytmom i nie sprawdzają ich skuteczności

Tylko 61 proc. szpitali korzystających z AI sprawdza ich skuteczność na własnych danych, a zaledwie 44 proc. ocenia modele pod kątem błędów i stronniczości – wynika z badania przeprowadzonego na danych Amerykańskiego Stowarzyszenia Szpitali (American Hospital Association) pochodzących z 2425 szpitali.

Tymczasem każde wdrożenie algorytmu AI powinna poprzedzać systematyczna ocena wydajności na grupie pacjentów danej placówki, także pod względem potencjalnego ryzyka dyskryminacji niektórych grup chorych.

Skuteczność modeli AI zależy od populacji, na której zostały wytrenowane. Algorytm opracowany na danych z jednego szpitala może działać znacznie gorzej w innej placówce obsługującej pacjentów w innym wieku, o innym statusie społecznym czy profilu chorób.

Lokalna walidacja powinna być standardem przed każdym wdrożeniem – taki postulat przedstawiono w publikacji w Nature Medicine z 2025 roku, w której autorzy przekonywali, że jednorazową walidację zewnętrzną należy zastąpić ciągłą oceną algorytmów na danych konkretnego szpitala. Skuteczność modeli może nawet zależeć od sposobu prowadzenia dokumentacji medycznej. Zjawisko to określa się jako dryfowanie modeli AI.

Szpitale niegotowe do samodzielnej oceny AI

Szpitale tworzące własne modele znacznie częściej przeprowadzają lokalną ocenę ich skuteczności i ryzyka stronniczości niż placówki korzystające z gotowych rozwiązań dostarczanych przez producentów systemów EDM lub firmy zewnętrzne – wynika z badania.

Zdaniem autorów oznacza to, że odpowiedzialność za bezpieczeństwo AI nie może spoczywać wyłącznie na pojedynczych szpitalach. Potrzebne są narzędzia ułatwiające ocenę modeli, wspólne standardy oraz wsparcie dla placówek dysponujących mniejszymi zasobami.

W Stanach Zjednoczonych obowiązują już przepisy wymagające od producentów certyfikowanych systemów informatycznych udostępniania informacji o sposobie trenowania modeli, ich ograniczeniach oraz wynikach lokalnej walidacji. Amerykańska Agencja Leków i Żywności FDA także rozwija własne ramy regulacyjne dla systemów AI wykorzystywanych jako wyroby medyczne. W Europie tego typu obowiązki nakłada EU AI Act.

Oprócz regulacji, potrzebne są nowe kompetencje organizacyjne oraz tworzenie struktur odpowiedzialnych za nadzór nad AI w szpitalach. Szpitale przez dekady nauczyły się jednego schematu wdrażania technologii polegającego na zakupie systemu IT, jego instalacji i przeszkoleniu personelu. Klasyczne oprogramowanie jest jednak statycznym narzędziem – jego funkcje i skuteczność nie zależą od danych i populacji pacjentów. Inaczej jest w przypadku AI, gdzie model jest tak dobry jak dane, na których pracuje. Ale wiele placówek nie zdaje sobie z tego sprawy.

Czy Platforma Usług Inteligentnych też może dryfować? Modele lokalne a działające w chmurze

Według najnowszego raportu Centrum e-Zdrowia, jedynie 7,3 proc. placówek zdrowia w Polsce wykorzystuje AI w diagnostyce i leczeniu, 4,7 proc. – do obsługi pacjentów, a 5,9 proc. – w zarządzaniu podmiotem. Także zainteresowanie wdrożeniem AI w ciągu najbliższych 12 miesięcy jest umiarkowane i zależy od rodzaju podmiotu. Największą gotowość deklarują szpitale (40,9 proc.), podczas gdy w podmiotach pozaszpitalnych wynosi ona 15,9 proc., a w grupie AŚZ – 10,9 proc.

Najczęściej planowanym zastosowaniem AI jest obsługa pacjentów, zwłaszcza optymalizacja kontaktu przez infolinię, wirtualnego asystenta lub chatbota (43,2 proc. wskazań). W diagnostyce największym zainteresowaniem cieszą się AI w MRI (35 proc.),CT (31,3 proc.), mammografia (19,9 proc.) i RTG (18,7 proc.).

Każdy lokalnie wdrożony model – czyli taki, który działa na danych lokalnych – może dryfować. Dlatego, zanim placówka zdrowia zdecyduje się na model, który w innych placówkach albo badaniach naukowych osiąga świetne rezultaty, konieczne jest uporządkowanie danych. Wkrótce ponad 300 szpitali otrzyma bezpłatny dostęp do Platformy Usług Inteligentnych, czyli narzędzia AI pomagającego w ocenie zdjęć diagnostyki obrazowej. W tym przypadku problem dryfu nie występuje, bo jest to rozwiązanie chmurowe. Każdy obraz z mammografii, RTG albo TK przesyłany jest na serwer centralny i dopiero tam oceniany.

W jakich obszarach podmiot/praktyka wykorzystuje narzędzia wspierane przez sztuczną inteligencję? (źródło: Centrum e-Zdrowia)
W jakich obszarach podmiot/praktyka wykorzystuje narzędzia wspierane przez sztuczną inteligencję? (źródło: Centrum e-Zdrowia)
Nagminny błąd w każdej organizacji: Ekrany komputerów nie są chronione przed wzrokiem osób trzecich, nieuprawnionych do dostępu do danych
Nagminny błąd w każdej organizacji: Ekrany komputerów nie są chronione przed wzrokiem osób trzecich, nieuprawnionych do dostępu do danych

Szpitale inwestują w ochronę przed cyberatakami, ale zapominają, że dane często wyciekają w trywialny sposób. Jak chronić się przed mikro-kradzieżami danych?

Newsletter OSOZ

Zagrożenie dla danych czai się wewnątrz każdej organizacji

Liczba cyberataków na ochronę zdrowia wzrosła w 2025 roku o ponad 40% – wynika z nowego raportu CSIRT CeZ. Ale do oficjalnych statystyk trafiają tylko duże wycieki danych spowodowane włamaniami hakerów do komputerów, phishingiem, złośliwym oprogramowaniem typu ransomware.

Gdy łupem padają setki, tysiące kartotek, sprawa robi się głośna. Mało kiedy mówi się o naruszeniach bezpieczeństwa, które dotyczą pojedynczych kartotek pacjentów i zaczynają się wewnątrz organizacji – od komputera pozostawionego bez nadzoru, wydruków wyników badań leżących na drukarce przez kilkadziesiąt minut, czy kartoteki pacjenta widocznej dla każdego zza lady rejestracji.

W badaniu z 2025 roku naukowcy ze szpitala St Michael’s i Uniwersytetu w Toronto znaleźli w pojemnikach na makulaturę pięciu różnych szpitali ok. 600 kg papieru oraz 2500 arkuszy zawierających wrażliwe dane medyczne.

Skala tzw. insider threats jest ogromna – szacuje się, że odpowiedzialność za ok. 30% wszystkich wycieków danych ponoszą osoby z wewnątrz organizacji. W połowie przypadków wynikają one z błędów pracowników. Podczas szkoleń mówi się dużo o tym, jak rozpoznać phishing, zapominając o takich metodach ochrony jak prawidłowe niszczenie dokumentów.

Pobierz bezpłatny raport o ochronie danych w placówkach zdrowia
Pobierz bezpłatny raport o ochronie danych w placówkach zdrowia

Nowoczesne firewalle nic nie dają, gdy pacjent zostaje sam na sam z komputerem

Szpitale inwestują miliony złotych w nowoczesne systemy bezpieczeństwa, centra monitorowania sieci i rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję do wykrywania cyberataków. Tymczasem organizacje zajmujące się cyberbezpieczeństwem, takie jak amerykański Department of Health and Human Services (HHS), alarmują, że wiele incydentów zaczyna się od prostych błędów popełnianych przez personel.

Jednym z nich jest pozostawienie odblokowanego komputera po odejściu ze stanowiska pracy. Lekarze i pielęgniarki wielokrotnie w ciągu dnia przerywają pracę przy komputerze, aby zająć się pacjentem, odpowiedzieć na telefon i skonsultować wyniki badań. Jeśli komputer zablokuje się dopiero po 5 minutach, te momenty, gdy komputer stoi otworem dla osób postronnych, sumują się w kilkadziesiąt minut dziennie. W tym czasie osoba nieuprawniona może z łatwością uzyskać dostęp do elektronicznej dokumentacji medycznej.

Kartoteka pacjenta wydrukowana na centralnej drukarce i odebrana dopiero po kilku minutach - tak też wyciekają dane
Kartoteka pacjenta wydrukowana na centralnej drukarce i odebrana dopiero po kilku minutach – tak też wyciekają dane

Eksperci od IT zalecają ustawienie automatycznego blokowania ekranu już po 1–2 minutach bezczynności. To może irytować, bo lekarz musi kilkanaście razy w ciągu dnia wprowadzać hasło, ale jest to konieczne. Dodatkowym zabezpieczeniem są filtry i przesłony montowane na monitorach, ograniczające możliwość odczytania danych przez osoby stojące obok. Powinny być standardem w rejestracji, bo skutecznie chronią przed tzw. shoulder surfingiem, czyli podglądaniem informacji wyświetlanych na ekranie przez osoby postronne.

Jeszcze innym błędem jest brak pełnego szyfrowania dysku. Jeśli lekarz korzystający z laptopa albo smartfona zgubi swoje urządzenie, zapisane dane można bez problemu odczytać. HHS od lat zaleca szyfrowanie urządzeń jako jedno z podstawowych zabezpieczeń danych medycznych.

Wydruki, kopie, notatki na papierze poniewierają się na biurku i w koszach

Mimo digitalizacji dokumentacji medycznej, w każdej przychodni albo szpitalu nadal w obiegu są wydruki wyników badań, listy wizyt na dany dzień, książeczki zdrowia i szczepień, upoważnienia, karty anestezjologiczne. Leżą na biurkach, w niezamkniętych szafach, w koszach.

Eksperci zalecają stosowanie zasady „czystego biurka”. Przy dłuższej nieobecności na stanowisku pracy nie powinny pozostawać żadne wydruki z danymi pacjentów ani odręczne notatki. Dokumentację pozostawioną na biurku zaleca się odwracać tekstem do dołu.

Jeśli placówka korzysta z centralnej drukarki w osobnym pomieszczeniu, wydruki trzeba odebrać natychmiast po ich wydrukowaniu. Robocze notatki, harmonogramy, karteczki samoprzylepne czy wydruki z systemów informatycznych powinny trafiać do niszczarek, zgodnie z procedurami obowiązującymi w placówce.

Zakres dostępu do danych powinien odpowiadać kompetencjom

W dużych organizacjach standardem jest dostęp do danych oparty na rolach. Lekarz, pielęgniarka, rejestratorka czy pracownik administracyjny powinni widzieć wyłącznie te dane, które są niezbędne do wykonywania ich obowiązków. Jest to dodatkowa warstwa ochrony przed hakerami – nawet w przypadku przejęcia hasła do jednego konta, zakres danych możliwych do wykradzenia jest mocno ograniczony.

Standardem powinno być uwierzytelnianie wieloskładnikowe (MFA). Korzystając z krytycznych systemów, potwierdzenie tożsamości za pomocą aplikacji mobilnej, klucza sprzętowego lub danych biometrycznych skutecznie chroni dane, nawet jeśli doszło do złamania hasła dostępu.

Punktów nieuprawnionego dostępu do danych jest więcej: otwarte drzwi na zaplecze, gdzie pracownicy wychodzą na papierosa, zasada nieograniczonego zaufania do kurierów i wpuszczanie osób ubranych jak serwisanci bez przepustek. Może to być też skrzynka pocztowa pracownika, jak w przypadku Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, gdy w marcu 2026 roku przestępcy włamali się na skrzynkę mailową jednego z pracowników szpitala. Używając jego legalnej tożsamości, byli w stanie poruszać się wewnątrz sieci i prowadzić korespondencję.

Przestrogą powinien być też incydent w szpitalu im. Króla Edwarda VII w Londynie. W 2012 roku dwoje prezenterów radiowych zadzwoniło do szpitala, podszywając się pod Królową Elżbietę II oraz Księcia Karola, pytając o stan zdrowia hospitalizowanej tam księżnej Kate. Pielęgniarka uwierzyła oszustom i bez weryfikacji wydała przez telefon ściśle poufne, szczegółowe informacje o stanie zdrowia członkini rodziny królewskiej.

Bot AI potrafi jednocześnie zadzwonić do tysięcy seniorów. Taka usługa prowadzona przez opiekunów-ludzi kosztowałaby w Polsce ok. 10 mld zł rocznie
Bot AI potrafi jednocześnie zadzwonić do tysięcy seniorów. Taka usługa prowadzona przez opiekunów-ludzi kosztowałaby w Polsce ok. 10 mld zł rocznie

Opracowany w Korei bot dzwoni do dziesiątek tysięcy seniorów, pyta o samopoczucie, przypomina o zażyciu leków i analizuje zebrane dane, aby wykryć pogorszenie stanu zdrowia. Na trwającą kilka minut rozmowę seniorzy czekają z radością, traktując AI jak członka rodziny.

Newsletter OSOZ

Lepszy telefon od AI niż żaden

Korea Południowa należy do najszybciej starzejących się krajów świata. Ponad 20 proc. mieszkańców ma już więcej niż 65 lat, liczba samotnie mieszkających seniorów systematycznie rośnie, a system ochrony zdrowia i opieki społecznej zmaga się z niedoborem lekarzy, pielęgniarek i pracowników socjalnych.

Zamiast aplikacji czy robotów, Korea postanowiła sięgnąć do najprostszego sposobu opieki – regularnej rozmowy telefonicznej. System generatywnej AI Talking Buddy prowadzi rozmowy naturalnym językiem, podobnie jak człowiek. Niektórzy seniorzy codziennie czekają na telefon, jakby dzwoniła do nich bliska osoba. Oprócz opieki medycznej, Talking Buddy ma pomóc w walce z wykluczeniem społecznym osób żyjących samotnie.

Rozmowa trwa zwykle od 2 do 5 minut. Algorytm pyta o samopoczucie, przyjmowanie leków, aktywność fizyczną, jakość snu i codzienne problemy. Analizuje treść odpowiedzi, sposób mówienia, dobór słów oraz zmiany w zachowaniu. Jeśli wykryje sygnały mogące świadczyć o pogorszeniu stanu zdrowia, automatycznie przekazuje informację pracownikowi socjalnemu, który kontaktuje się z seniorem lub organizuje mu pomoc.

System już kilkukrotnie pomógł wykryć sytuacje zagrażające zdrowiu i życiu. W rozmowie z The New York Times 77-letnia Jung Yun-hee przyznała, że podczas jednej z takich rozmów opowiedziała AI, że ma silne bóle brzucha. Do seniorki zostało wezwane pogotowie ratunkowe, a w szpitalu przeszła operację ostrej przepukliny.

– Lekarze powiedzieli mi, że gdyby nie operacja, moje życie byłoby zagrożone. Rzadko mam okazję rozmawiać z rodziną; nie mogę im opowiedzieć, jak minął mi dzień. Ale sztuczna inteligencja mnie słucha, odpowiada. A to sprawia mi radość – mówi Yun-hee.

Niektórzy seniorzy zwierzają się AI ze swoich problemów, inni grają jej na pianinie lub nawet zapraszają ją na obiad, choć wiedzą, że to tylko bot.

AI zastępuje człowieka, ale nie kontaktu z człowiekiem

Twórcy Talking Buddy podkreślają, że system nie zastępuje opiekunów ani lekarzy. AI pełni rolę pierwszej linii kontaktu, obejmując opieką znacznie większą liczbę osób. Żaden system zdrowia nie jest w stanie zatrudnić pracowników socjalnych, którzy codziennie dzwoniliby do seniorów.

Wystarczy szybka analiza na przykładzie Polski. Obecnie wiek 65 lat przekroczyło 7,5 mln osób. Aby uruchomić podobną usługę 5-minutowych rozmów dziennie z każdym seniorem, należałoby zatrudnić ok. 136 tys. osób na pełny etat. Ich zarobki kosztowałyby ok. 10 mld zł rocznie.

Talking Buddy nie działa w pełni autonomicznie. Jego zadaniem jest prowadzenie rozmowy i analiza jej przebiegu. Sytuacje budzące niepokój trafiają do opiekuna-człowieka, co pozwala lepiej wykorzystać zasoby opieki zdrowotnej. Ale system ma też wady, bo generatywna AI potrafi halucynować. Według doniesień medialnych zdarzało się, że AI przerywała rozmowę w połowie zdania lub składała obietnice, których nie mogła spełnić – na przykład deklarowała dostarczenie żywności potrzebującym seniorom.

W 2025 roku apteki sprzedały ponad 3 mln opakowań kosmetyków z ochroną przeciwsłoneczną SPF. Tylko w ciągu ostatnich 8 lat popyt wzrósł o 50%. Eksperci OSOZ przeanalizowali sprzedaż kosmetyków SPF w aptekach w ciągu ostatnich ponad 20 lat. W numerze także analiza czynników wpływających na rentowność aptek.

OSOZ Statystyki 8/2026
OSOZ Statystyki 8/2026

W numerze 8/2026 OSOZ Statystyki:

Dlaczego nadal maleje liczba aptek, choć pozornie ich sytuacja finansowa się poprawiła?

W czerwcu 2026 roku w Polsce było 12 151 aptek i punktów aptecznych – o 187 mniej niż rok wcześniej. Dlaczego znikają z rynku? Na rentowność aptek wpływają trzy elementy marży. Sprzedaż odręczna (kosmetyki, suplementy, leki bez recepty) odpowiada za 50–53% przychodu. Marża dla leków refundowanych wzrosła z 21,6% do 23,6% po zmianie przepisów w 2023 roku. Z kolei udział segmentu leków pełnopłatnych na receptę w całkowitej masie narzutu apteki utrzymywał się przez lata na poziomie 23% i ostatnio wzrósł do 25%. Mimo że łączny narzut statystycznej apteki wzrósł nominalnie aż o 71%, z 761 tys. do 1,30 mln PLN w latach 2021–2025, wynika to głównie z podnoszenia cen w odpowiedzi na inflację i rosnące koszty i nie przekłada się na poprawę zysków.

Czytaj dalej 👉

Apteki sprzedają rocznie ponad 3 mln opakowań kosmetyków z ochroną SPF

Szacuje się, że w ok. 80% kosmetyków – w tym także tych przeciwsłonecznych – Polacy kupują w drogeriach. W aptekach dominują marki premium, w m.in. produkty  hipoalergiczne oraz do skóry wrażliwej. Mimo wyższych cen niż w drogeriach – średnia cena kosmetyku z ochroną SPF w aptece to ok. 50 zł – w ostatnich 12 latach popyt na nie zwiększył się on dwukrotnie, a w ostatnich 20 latach – aż 16-krotnie. W tym czasie cena wzrosła dwukrotnie, ale po uwzględnieniu inflacji wzrost wyniósł zaledwie ok. 2,50-3 zł. Powodem jest ogromna konkurencja – w 2025 roku na półkach aptecznych było 1485 produktów z ochroną SPF. 20 lat temu, w 2005 roku, było ich 14 razy mniej (105).

Czytaj dalej 👉

Ponadto w numerze:

Newsletter OSOZ
archiwum osoz

1 2 3 152