Duży szpital i mała przychodnia będą miały inne wymagania związane z NIS2
Duży szpital i mała przychodnia będą miały inne wymagania związane z NIS2

Szacuje się, że 38 000 podmiotów w Polsce musi wprowadzić nowe procedury cyberbezpieczeństwa. Wśród nich jest ok. 1500 placówek zdrowia. To efekt dyrektywy NIS2, którą wprowadza znowelizowana ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa (KSC). Zegar tyka, a pierwszy ważny termin upływa w październiku.

newsletter OSOZ

NIS2 to konieczna zmiana

Zapewnienie ciągłości dostępu do usług zdrowotnych jest dziś elementem bezpieczeństwa zarówno pacjentów, jak i państwa. Dlatego sektor ochrony zdrowia został uznany w dyrektywie NIS2 za sektor kluczowy, tym bardziej że skala cyberataków stale rośnie – według danych Centrum e-Zdrowia, liczba incydentów cyberbezpieczeństwa w latach 2021–2025 zwiększyła się aż 12-krotnie.

W marcu 2025 roku ransomware sparaliżował Szpital MSWiA w Krakowie, powodując niedostępność systemu EDM, wstrzymanie planowych przyjęć i przekierowywanie karetek do innych placówek. W ostatnich miesiącach cyberprzestępcy zaatakowali też Samodzielny Publiczny Wojewódzki Szpital Zespolony w Szczecinie, Bonifraterskie Centrum Medyczne, Centrum Medyczne Eskulap oraz Świętokrzyskie Centrum Rehabilitacji.

NIS2 ma wzmocnić sektor zdrowia przed skutkami ataków hakerów, co jednak wiąże się z koniecznością wprowadzenia dodatkowych procedur ochrony danych. Nowe przepisy dotyczą szpitali publicznych i prywatnych, większych przychodni, laboratoriów diagnostycznych, operatorów usług medycznych, części dostawców IT dla zdrowia oraz podmiotów zarządzających infrastrukturą cyfrową wykorzystywaną przez ochronę zdrowia.

Pobierz bezpłatny poradnik bezpieczeństwa danych w placówkach zdrowia
Pobierz bezpłatny poradnik bezpieczeństwa danych w placówkach zdrowia

Nowe obowiązki, terminy i kary

W podmiotach objętych NIS2, cyberbezpieczeństwo staje się obowiązkiem regulacyjnym, a nie jak dotychczas – luźnymi rekomendacjami. Pierwszym podstawowym krokiem, jaki powinna wykonać każda placówka zdrowia, jest wypełnienie ankiety, która pozwoli ocenić, czy podmiot musi spełnić obowiązki wynikające z ustawy o KSC i dyrektywy NIS2. Tzw. pre-weryfikację zgodności z zaleceniami NIS2 można przeprowadzić na udostępnionej przez rząd stronie www (kliknij tutaj).

Terminy związane z dyrektywą NIS2

Nawet jeśli z ankiety wyjdzie, że NIS2 nie dotyczy twojej placówki, nie oznacza to, że nie zmieni się to w przyszłości (np. w wyniku fuzji, zwiększenia skali działania itd.). Druga ważna wiadomość: otrzymanie wyniku weryfikacji „NIS 2 nie ma zastosowania do twojej działalności” nie zwalnia z obowiązków dokonania rejestracji w Wykazie KSC (kliknij tutaj).
Tę trzeba przeprowadzić do 3 października. Niektóre podmioty zostaną wpisane do KSC z urzędu i otrzymają odpowiednie zawiadomienie.

Wdrożenie pełnego systemu zarządzania cyberbezpieczeństwem trzeba zamknąć do 3 kwietnia 2027 roku. Po 24 miesiącach od momentu spełnienia przesłanek uznania za podmiot kluczowy należy przeprowadzić pierwszy audyt zgodności z przepisami, aby potwierdzić realizację obowiązków i przygotować się do kontroli organów państwowych. A kary za niedociągnięcia – przykładowo za brak Systemu Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji (SZBI) lub niezgłoszenie incydentu albo lekceważenie obowiązków technicznych i organizacyjnych – mogą być dotkliwe (nawet do 10 mln euro lub 2% rocznego obrotu).

7 kroków wdrożenia NIS2
7 kroków wdrożenia NIS2

Dobra wiadomość jest taka, że regulacja opiera się na zasadzie proporcjonalności – wymagania dla dużego szpitala są dużo wyższe niż dla małej przychodni. Jest i zła – zbudowanie modelu bezpieczeństwa zgodnego z NIS2 wymaga wdrożenia nowego modelu zarządzania ryzykiem, co trwa kilka miesięcy i kosztuje. Niektóre szpitale otrzymały na wzmocnienie cyberbezpieczeństwa pieniądze z KPO. Pozostałe będą musiały sfinansować proces dostosowawczy z własnych środków.

Samoidentyfikacja dokonana. Czas na inwentaryzację

Błędem jest myślenie, że wystarczy oddelegować wdrożenie obowiązków NIS2 do działu IT. Przepisy wymagają zaangażowania zarządu i odpowiedzialności kierownictwa. Dlatego kolejnym krokiem jest stworzenie zespołu odpowiedzialnego za cyberbezpieczeństwo. W jego skład powinien wejść:

NIS2 wychodzi z logicznego założenia, że skoro cyberatak dotyka każdej komórki organizacyjnej i w każdej może się zacząć, to strategią ochrony musi być objęty każdy element szpitala.

Kolejnym elementem jest inwentaryzacja, która polega na odpowiedzi na kilka pytań:

Hakerzy najczęściej wkradają się do systemu szpitala za pomocą phishingu, ale także wykorzystując luki ochrony w postaci nieaktualnych systemów operacyjnych albo urządzeń medycznych wpiętych do internetu (np. systemów, urządzeń medycznych).

Jeśli już wiemy, jakie zasoby IT mamy, przechodzimy do budowania zabezpieczeń. Pierwszym i najważniejszym jest stworzenie mechanizmu automatycznego tworzenia kopii zapasowych i procedur odtwarzania danych na wypadek ataku hakerów. Następnie przeprowadza się segmentację sieci, czyli podział infrastruktury IT na mniejsze, odseparowane od siebie części. W efekcie, szpitalny system IT musi działać w innej sieci niż np. sieć Wi-Fi dla pacjentów. Każdy pracownik musi mieć tylko niezbędne uprawnienia dostępu do zasobów IT, podzielone zgodnie z rolami.

Już po stronie działu IT są regularna aktualizacja infrastruktury IT, monitoring incydentów bezpieczeństwa danych i ich raportowanie, ochrona poczty elektronicznej oraz stworzenie procedur awaryjnych – działań, które szpital lub placówka medyczna uruchamia w sytuacji kryzysowej, np. podczas cyberataku.

Procedury są bezcenne, aby uniknąć jeszcze większego chaosu

Procedury awaryjne precyzują, kto podejmuje decyzje w sytuacji kryzysowej, jak personel ma pracować bez systemów cyfrowych, w jaki sposób zabezpieczyć dane i sprzęt, jak utrzymać ciągłość leczenia pacjentów oraz kiedy i komu zgłosić incydent. W praktyce chodzi m.in. o przejście na dokumentację papierową, alternatywne sposoby komunikacji między oddziałami (np. telefon), manualne przyjmowanie pacjentów bez komputera, odłączanie zainfekowanych komputerów od sieci, procedury odwoływania lub przekierowywania wizyt i karetek, a także kontakt z CERT, policją i UODO.

Włącznie z procedurami trzeba też dokładnie określić, kto za co odpowiada: kto podejmuje decyzję o odłączeniu systemów w przypadku ataku hakerów, kto komunikuje się z mediami, kto przejmuje proces przejścia na dokumentację papierową oraz przywracania działania kluczowych usług.

Różnica między RODO a NIS2
Różnica między RODO a NIS2

Wcześniej było zaleceniem, a w NIS2 jest obowiązkiem – chodzi o zarządzanie łańcuchem dostaw. Większe placówki zdrowia powinny już znać zasady w tym obszarze. Podmiot musi sprawdzić, czy dostawcy IT posiadają procedury bezpieczeństwa dotyczące przechowywania danych, kto ma zdalny dostęp do systemów oraz czy umowy zawierają wymagania cyberbezpieczeństwa.

Elementy planu reakcji na incydenty cyberbezpieczeństwa
Elementy planu reakcji na incydenty cyberbezpieczeństwa

Szkolenia są często ważniejsze niż najlepsze zabezpieczenia technologiczne

90% wszystkich udanych ataków hakerów zaczyna się od phishingu, czyli maila albo wiadomości na telefon, w którym hakerzy podszywają się pod zaufane instytucje i osoby, nakłaniając odbiorcę do kliknięcia zainfekowanego linku lub otwarcia załącznika. W przypadku placówek ochrony mieliśmy już do czynienia z sytuacjami, gdy hakerzy podszywali się pod NFZ albo dostawcę IT, prosząc o zalogowanie się celem pobrania nowej wersji oprogramowania gabinetowego albo wyjaśnienia problemów z rozliczeniem.

Jak często organizować szkolenia z cyberbezpieczeństwa?
Jak często organizować szkolenia z cyberbezpieczeństwa?

Phishingu nie da się zatrzymać zabezpieczeniami technicznymi, dlatego pracownicy muszą wiedzieć, jak go zdemaskować. Dlatego NIS2 kładzie nacisk na cykliczne szkolenia. W przypadku lekarzy, pielęgniarek i pracowników rejestracji powinny się one odbywać co 6 miesięcy. W ramach planu szkoleń można przygotować symulacje phishingu, testować procedury bezpieczeństwa, ćwiczyć przejście na pracę offline.

Każdy pracownik musi wiedzieć, kogo informować o incydentach i nie bać się tego robić w obawie o konsekwencje personalne. W przypadku poważnego incydentu cyberbezpieczeństwa podmiot zdrowia musi zgłosić go do CSIRT Centrum e-Zdrowia, ocenić możliwy wpływ oraz poinformować użytkowników o zagrożeniu i działaniach ochronnych.

Wystąpił incydent bezpieczeństwa danych. Gdzie i kiedy go zgłosić?
Wystąpił incydent bezpieczeństwa danych. Gdzie i kiedy go zgłosić?

Procedura obejmuje trzy etapy: wczesne ostrzeżenie w ciągu 24 godzin (informacja do CSIRT CeZ; ocena, czy to działanie celowe i określenie, czy dotyczy także innych państw UE), szczegółowe zgłoszenie incydentu w ciągu 72 godzin (zgłoszenie formalne do CSIRT CeZ) oraz sprawozdanie końcowe maksymalnie miesiąc po zgłoszeniu. Raporty muszą zawierać m.in. opis incydentu, jego przyczyn, skutków oraz zastosowanych działań naprawczych. Podmioty mogą także przekazywać informacje o podatnościach, ryzykach i cyberzagrożeniach przez system S46 lub inne kanały komunikacji, pamiętając o oznaczeniu danych objętych tajemnicą przedsiębiorstwa.

Paradoksalnie, pierwsze głębokie zmiany mogą dotknąć specjalizacji niezabiegowych, gdzie analiza danych, obrazów czy dokumentacji może być częściowo przejęta przez AI - twierdzi prof. Karcz
Paradoksalnie, pierwsze głębokie zmiany mogą dotknąć specjalizacji niezabiegowych, gdzie analiza danych, obrazów czy dokumentacji może być częściowo przejęta przez AI – twierdzi prof. Karcz

AI już zmienia medycynę bardziej niż wielu lekarzy chce to zaakceptować – uważa prof. dr med. Konrad Karcz, chirurg, ekspert robotyki i prezes International Society for Medical Innovation & Technology (iSMIT). Rozmawiamy o przyszłości chirurgii, robotach humanoidalnych, medycynie molekularnej i o tym, dlaczego lekarz przestaje być dziś wyłącznie „nośnikiem wiedzy”.

Newsletter OSOZ

W lutym świat obiegły nagrania robotów tańczących synchronicznie podczas Gali Festiwalu Wiosny w Chinach. Czy podobny postęp widać w chirurgii?

Roboty humanoidalne przechodzą dziś wyraźną transformację. Nie wynika ona z jednego przełomu technologicznego, lecz z jednoczesnego dojrzewania kilku kluczowych obszarów. Jedną z najważniejszych jest zmiana podejścia do napędu. W nowoczesnych konstrukcjach klasyczny podział na oddzielny silnik, przekładnię i system sterowania praktycznie zanika. Zastępują go zintegrowane moduły napędowe, które łączą silnik, przekładnię, enkoder, czujnik momentu oraz lokalny sterownik.

Taka integracja znacząco skraca czas reakcji systemu, poprawia precyzję ruchu i umożliwia kontrolę momentu w czasie rzeczywistym. Równolegle zmienił się sam paradygmat sterowania. Tradycyjne roboty działały głównie w trybie kontroli pozycji. W nowoczesnych humanoidach coraz częściej stosuje się sterowanie momentem i sterowanie impedancyjne, dzięki czemu ruch staje się bardziej płynny i przypomina zachowanie układów biologicznych.

Współczesne systemy analizują jednocześnie położenie środka ciężkości, planowaną trajektorię i stabilność całego układu. Dzięki temu robot może wykonywać złożone ruchy i dynamicznie dostosowywać się do otoczenia. Ogromne znaczenie ma też szybkość działania systemów sterowania. Dzisiejsze roboty wykonują tysiące korekt ruchu na sekundę, a część decyzji podejmowana jest lokalnie, bezpośrednio w modułach napędowych.

Dopełnieniem tych zmian jest integracja metod sztucznej inteligencji. Dzięki uczeniu ze wzmocnieniem, systemom motion capture i modelom biomechanicznym roboty mogą uczyć się na podstawie doświadczenia i dostosowywać się do zmieniających się warunków. To przejście od statycznego programowania do dynamicznego, adaptacyjnego modelu działania.

Właśnie połączenie tych elementów sprawia, że współczesne roboty humanoidalne wydają się jakościowo o jedną lub nawet dwie generacje bardziej zaawansowane niż ich poprzednicy.

Robotyka robi postępy napędzane przez AI. Jaka innowacja AI w medycynie zrobiła na Panu największe wrażenie?

Najbardziej fascynuje mnie możliwość tworzenia własnych agentów i pipeline’ów analitycznych bez konieczności programowania. Jeszcze niedawno lekarz miał pomysł kliniczny, ale jego realizacja wymagała zespołu programistów i długiego procesu wdrożenia. Dziś pojawiają się platformy, które pozwalają klinicystom samodzielnie budować agentów AI, łączyć źródła danych i tworzyć złożone procesy analityczne.

To oznacza, że innowacja może powstawać bezpośrednio przy łóżku pacjenta czy na sali operacyjnej, a nie wyłącznie w laboratoriach. Moim zdaniem doprowadzi to do prawdziwego skoku technologicznego w medycynie, ponieważ tysiące lekarzy będą mogły szybko testować nowe rozwiązania kliniczne. Przechodzimy od modelu „AI rozwijanej dla lekarzy” do modelu „AI współtworzonej przez lekarzy”.

W USA urządzenia medyczne z algorytmami AI dopuszcza do sprzedaży FDA. W Europie mamy GDPR, MDR i EU AI Act. Czy te regulacje sprzyjają czy hamują innowacyjność?

MDR i EU AI Act powstały przede wszystkim z myślą o bezpieczeństwie pacjentów, co jest absolutnie kluczowe. Problem polega jednak na tym, że złożoność procedur, czas certyfikacji i koszty wdrożeń sprawiają, że rozwój technologii opartych na AI jest w Europie znacznie wolniejszy niż w Stanach Zjednoczonych.

Amerykański system regulacyjny jest często bardziej pragmatyczny i elastyczny wobec innowacyjnych technologii cyfrowych. Dzięki temu nowe rozwiązania szybciej trafiają do praktyki klinicznej. W Europie wiele startupów rozwija swoje produkty najpierw poza UE, a dopiero później wprowadza je na rynek europejski.

Europa zaczęła tracić dystans do Stanów Zjednoczonych w obszarze innowacji medycznych już około dwóch dekad temu, a obecny system regulacyjny częściowo tę różnicę pogłębia. Nie oznacza to jednak, że regulacje są zbędne. Kluczowym wyzwaniem będzie znalezienie równowagi między bezpieczeństwem pacjentów a zdolnością systemu do szybkiego wdrażania innowacji.

Elon Musk stwierdził ostatnio, że do 2029 roku robot Optimus prześcignie najlepszych chirurgów. Jest w tym choć trochę prawdy?

W ostatnich miesiącach obserwujemy niezwykle szybki postęp w robotyce humanoidalnej. Jeśli demonstracje prezentowane przez firmy takie jak Tesla rzeczywiście odzwierciedlają realny poziom technologii, stoimy u progu bardzo poważnej zmiany cywilizacyjnej.

Jeśli chodzi o chirurgię, jestem jednak ostrożny wobec krótkoterminowych prognoz. Operowanie pacjenta to nie tylko precyzyjna manipulacja narzędziami, ale również rozumienie kontekstu klinicznego, biologicznej zmienności i odpowiedzialność za decyzje terapeutyczne.

Dlatego w najbliższych latach znacznie bardziej prawdopodobny wydaje się model inteligentnej współpracy lekarza z systemami AI niż całkowicie autonomiczny robot chirurgiczny. Zobaczymy raczej rozwój systemów wspierających analizę danych w czasie rzeczywistym, autonomiczne elementy procedur oraz narzędzia wspomagające decyzje lekarza.

Jednocześnie ten kierunek może stracić znaczenie, jeśli osiągniemy zdolność sterowania procesami biologicznymi na poziomie molekularnym.

Czego dzisiejsi studenci medycyny, którzy chcą zostać chirurgami, powinni się uczyć?

Specjalizacje zabiegowe są znacznie trudniejsze do zastąpienia przez technologię niż dziedziny oparte głównie na analizie danych. Dlatego w najbliższych latach będziemy obserwować raczej ewolucję niż rewolucję. Ten proces potrwa prawdopodobnie 15–20 lat i będzie zależny nie tylko od technologii, ale też od regulacji prawnych i pytania o odpowiedzialność za decyzje medyczne.

Paradoksalnie pierwsze głębokie zmiany mogą dotknąć specjalizacji niezabiegowych, gdzie analiza danych, obrazów czy dokumentacji może być częściowo przejęta przez AI. Roboty przyszłości nie muszą przypominać człowieka. W wielu przypadkach będą to wyspecjalizowane systemy wspierające lekarza w konkretnych zadaniach.

Jednocześnie gwałtowny wzrost mocy obliczeniowej może przyspieszyć rozwój technologii sterowania procesami molekularnymi i biologicznymi. Jeśli to nastąpi, wiele problemów zdrowotnych będzie rozwiązywanych na poziomie komórkowym jeszcze zanim pojawi się potrzeba interwencji chirurgicznej.

Dlatego studenci medycyny powinni przede wszystkim uczyć się solidnych podstaw medycyny i myślenia klinicznego, ale równocześnie muszą rozumieć sztuczną inteligencję, analizę danych i biotechnologię. Przyszłość będzie należała do lekarzy, którzy potrafią łączyć biologię, medycynę i technologie cyfrowe.

Jest Pan chirurgiem od kilku dekad. Co dziś potrafimy dzięki innowacjom, co w latach 90. wydawało się science fiction?

Pierwszy rezonans magnetyczny zobaczyłem jeszcze podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych. Podobnie jak pierwszego robota AESOP, protoplastę systemu da Vinci. Już wtedy korzystaliśmy z algorytmów wspierających analizę danych laboratoryjnych, choć nikt nie nazywał tego jeszcze sztuczną inteligencją.

Sama chirurgia zmieniła się przez ostatnie tysiące lat zaskakująco niewiele. Nadal polega na mechanicznym rozwiązaniu problemu biologicznego: przecięciu, usunięciu czy rekonstrukcji tkanek.

Natomiast po 2022 roku wydarzyły się rzeczy, które w 1996 roku uznałbym za science fiction.

Po pierwsze, możliwość prowadzenia rozmowy z komputerem na poziomie przekraczającym klasyczny test Turinga. Systemy językowe zaczęły rozumieć kontekst, syntetyzować wiedzę i wspierać procesy decyzyjne.

Po drugie, technologia CRISPR i pierwsze zatwierdzone terapie genowe. Zaczynamy operować nie tylko na poziomie narządów, ale także samego kodu biologicznego. To doprowadziło do rozwoju chirurgii molekularnej.

I wreszcie autonomiczna cholecystektomia wykonana przez system robotyczny. To pokazuje, że zaczynamy przekraczać granicę między robotem jako narzędziem chirurga a systemem zdolnym do samodzielnego wykonania części procedury.

Te trzy zjawiska sugerują, że stoimy u progu epoki, w której medycyna zacznie coraz bardziej przypominać inżynierię molekularną.

Jak reaguje Pan, gdy pacjent mówi: „ChatGPT twierdzi, że…”?

Szczerze mówiąc, bardzo się cieszę. To oznacza, że pacjent interesuje się swoją chorobą i aktywnie szuka informacji. My, lekarze, również coraz częściej korzystamy z podobnych narzędzi analitycznych.

Najważniejsze pytanie nie brzmi dziś, czy korzystamy z takich technologii, ale jak przełożyć tę ogromną wiedzę na praktykę codziennej medycyny i realne decyzje przy łóżku pacjenta.

W trudniejszej sytuacji mogą znaleźć się lekarze, którzy przez lata opierali się głównie na wyuczonych schematach postępowania. Systemy AI potrafią dziś bardzo szybko analizować ogromne ilości danych medycznych.

Dlatego rola lekarza się zmienia. Nie polega już wyłącznie na odtwarzaniu algorytmów diagnostycznych, ale na interpretacji informacji, podejmowaniu decyzji i rozumieniu biologicznej złożoności pacjenta. I przede wszystkim na braniu odpowiedzialności, której żadna technologia nadal nie jest w stanie przejąć.

Szefowie OpenAI i Anthropic twierdzą, że AI będzie miała szerszą wiedzę niż lekarze i profesorowie medycyny. Jak wtedy będzie wyglądał system ochrony zdrowia?

Moim zdaniem to już się wydarzyło około dwa lata temu. W zakresie dostępu do wiedzy, liczby publikacji czy danych klinicznych systemy AI potrafią dziś integrować informacje w skali nieosiągalnej dla człowieka.

Nie oznacza to jednak, że AI zastąpi lekarzy. Zmienia się raczej sama rola lekarza. Przestaje być on wyłącznie „nośnikiem wiedzy”, a staje się osobą interpretującą dane, podejmującą decyzje w warunkach niepewności i biorącą odpowiedzialność za terapię konkretnego pacjenta.

System ochrony zdrowia będzie musiał dostosować się do tej zmiany. Analiza danych i obrazów diagnostycznych będzie coraz częściej wspierana przez AI, natomiast lekarze będą koncentrować się na tym, czego technologia nadal nie potrafi dobrze zrobić: rozumieniu biologicznej złożoności człowieka i relacji z pacjentem.

Przyszłość medycyny nie będzie więc polegała na zastąpieniu lekarzy przez AI, lecz na głębokiej współpracy człowieka z technologią.

Jak wyobraża Pan sobie medycynę za 2–3 lata?

Środowisko medyczne zmienia się wolno i pozostaje bardzo konserwatywne. Z technologicznego punktu widzenia można dziś postawić niewygodne pytanie: czy naprawdę potrzebujemy jeszcze lekarzy pierwszego kontaktu? W wielu sytuacjach systemy AI już dziś potrafią analizować objawy i dane kliniczne w skali przekraczającej możliwości pojedynczego człowieka.

Jednak z punktu widzenia prawa i odpowiedzialności lekarze nadal pozostają niezbędni. System ochrony zdrowia opiera się na odpowiedzialności zawodowej i prawnej, a tego nie da się zmienić z dnia na dzień.

Zmianę przyspieszy ekonomia. Coraz mniej osób będzie chciało wykonywać bardzo wymagającą pracę za relatywnie niskie wynagrodzenie, jeśli technologia potrafi część tych zadań wykonać szybciej i taniej.

Europa dodatkowo sama nałożyła sobie ograniczenia w postaci bardzo restrykcyjnej ochrony danych. Prywatność jest ważna, ale ogromne zbiory danych biologicznych są kluczowe dla trenowania modeli medycznych. Bez danych nie ma postępu.

Jednocześnie pojawiają się już systemy zdolne do generowania syntetycznych danych biologicznych i klinicznych, które mogą służyć do trenowania modeli bez wykorzystywania rzeczywistych danych pacjentów.

Dlatego w ciągu najbliższych 2-3 latach nie spodziewam się jeszcze całkowitej rewolucji w praktyce klinicznej. System prawny i instytucjonalny zmienia się wolniej niż technologia. Kierunek jest jednak jasny: medycyna będzie coraz bardziej oparta na analizie ogromnych zbiorów danych i współpracy lekarza z systemami AI.

Cywilizacja technologiczna rozwija się dziś szybciej niż zdolność człowieka do zrozumienia jej konsekwencji.

Epic to amerykański mega-system IT dla szpitali, który daje pełną cyfryzację w jednym produkcie. Jego wdrożenie może trwać latami
Epic to amerykański mega-system IT dla szpitali, który daje pełną cyfryzację w jednym produkcie. Jego wdrożenie może trwać latami

Epic stał się synonimem elektronicznej dokumentacji medycznej w USA. Korzystają z niego prestiżowe szpitale, w tym uznawane za najlepsze na świecie Mayo Clinic i Cleveland Clinic. Sprawdzamy, jak Epic zdobył popularność i 42-proc. udział w rynku i czy Polska też ma swojego Epica.

newsletter OSOZ

Czerwone niepozorne logo i epicki system

Epic, szpitalny system IT stworzony przez założoną w 1979 roku Epic Systems, zna każdy lekarz w USA. Nic dziwnego, bo jego elektroniczna dokumentacja medyczna jest wykorzystywana przez 42 proc. placówek zdrowia i ponad połowę szpitali (ok. 3600). Epic jest liderem zwłaszcza w grupie dużych placówek posiadających ponad 500 łóżek. Nazywany „cyfrowym mózgiem szpitala” zyskuje też popularność poza USA, m.in. w Kanadzie, Singapurze, na Bliskim Wschodzie, a ostatnio także w Europie – Wielkiej Brytanii, Holandii, Norwegii, Danii, Finlandii i Szwajcarii. W 2025 roku głośno było o wygranej Epica na dostawę zintegrowanego systemu dla największego w Europie szpitala, czyli Charité w Berlinie.

Skąd taka międzynarodowa kariera amerykańskiego systemu IT dla ochrony zdrowia? Skąd takie zaufanie do HIS-a Epic’a, czyli systemu szpitalnego, skoro można mieć wrażenie, że design interfejsu użytkownika zatrzymał się w latach 90-tych? Odpowiedź jest prosta: Epic stworzył zintegrowany, kompletny i spójny ekosystem IT. W jednym systemie zamknięto obsługę wszystkich procesów placówki medycznej – od zbierania danych w elektronicznej dokumentacji medycznej do rozliczeń, logistyki, planowania wizyt i komunikacji z pacjentem.

Interfejs użytkownika systemu Epic (zdjęcie: Rik Renard)
Interfejs użytkownika systemu Epic (zdjęcie: Rik Renard)

Wszystkie dane są zbierane i dostępne w jednym środowisku bez martwienia się o integrację ze sobą różnych systemów różnych firm. Taka filozofia tworzenia architektury IT jest zresztą zawarta w nazwie firmy. Epic – czyli epopeja, epos – symbolizuje całą historię zdrowia pacjenta. Dzisiaj Epic przekonuje do siebie chmurą danych opartą na rozwiązaniach Microsoft Azure albo Amazon Web Services oraz szybko integrowanymi w EDM rozwiązaniami AI.

Reputacja zapewnia stabilność, a rozwiązania AI – przewagę w opiece

Rozbudowana funkcjonalność Epic’a powoduje, że jego wdrożenie to zaawansowany proces wymagający reorganizacji procesów. Implementacja trwa często latami i kosztuje setki milionów dolarów. Ale to nie zniechęca – placówki otrzymują system dokładnie dopasowany do potrzeb, udrażniający przepływ danych i sprawiający, że wszystkie części organizacji zostają ze sobą połączone. Połączeni są też pacjenci, bo mają dostęp do swoich danych przez Portal Pacjenta.

Epic cieszy się reputacją stabilnej firmy. Według KLAS, firmy badającej rynek IT w ochronie zdrowia, elementy przewidywalności i partnerstwa odgrywają decydującą rolę przy wyborze dostawcy systemów HIS. Można było się o tym przekonać, gdy w 2021 roku Oracle – dostawca rozwiązań bazodanowych – kupił za 28,3 mld USD największego konkurenta Epic’a, czyli firmę Cerner. Wielu klientów zaczęło zmieniać system na Epic’a m.in. ze względu na niepewność związaną z rozwojem systemu EDM. I tak w latach 2021–2025 Epic zwiększył swój udział w rynku z 31% do obecnych 42%.

Ale Epic jest też często krytykowany za zamknięty ekosystem danych i utrudnianie wymiany danych z innymi systemami, w tym za praktyki monopolowe. Paradoksalnie, to zamknięte środowisko, zapewniające integrację danych, jest dla wielu szpitali największą wartością systemu.

Plakat reklamujący aplikację mobilną dla pacjentów MyChart firmy Epic (zdjęcie: HIMSS Europe 2026)
Plakat reklamujący aplikację mobilną dla pacjentów MyChart firmy Epic (zdjęcie: HIMSS Europe 2026)

Jaki dostawca IT w Polsce jest najbardziej zbliżony do filozofii Epic’a?

Kiedy przyjrzymy się z bliska platformie IT dla szpitali Epic’a, znajdziemy tam standardowe funkcjonalności, takie jak izba przyjęć, EDM, integrację z laboratorium i diagnostyką obrazową, zarządzanie blokiem operacyjnym, rozliczenia z płatnikami, moduły telemedyczne, analitykę danych oraz wsparcie decyzji klinicznych. Ostatnio Epic mocno stawia na automatyzację gromadzenia dokumentacji medycznej z pomocą AI scribes, czyli systemów zamieniających rozmowę lekarza z pacjentem na wpisy do EDM.

Z portalu pacjenta MyChart firmy Epic (dostępnego także jako aplikacja mobilna) korzysta już ok. 190 mln pacjentów, którzy mogą dzięki niemu m.in. przeglądać wyniki badań, odnawiać recepty na leki przyjmowane w chorobach przewlekłych oraz umawiać wizyty.

Polski rynek zdrowia jest zupełnie inny niż amerykański – przede wszystkim bardziej rozdrobniony i silnie regulowany centralnie, co powoduje, że informatyzacja wymaga znajomości lokalnych wymagań administracyjnych, integracji z centralną platformą P1 i częstych aktualizacji. Mimo to, pod względem architektury systemu i funkcjonalności Epic można porównać z KAMSOFT-em, który także oferuje zintegrowane systemy obsługujące wszystkie komórki organizacyjne szpitala. Z jedną różnicą – Epic stworzył gigantyczny, jednolity system, z kolei KAMSOFT rozwija modułowe rozwiązania oferujące większą elastyczność i możliwości stopniowej informatyzacji moduł po module. Jest to ważne, bo polskie placówki zdrowia nie mają takich budżetów na IT jak kliniki z USA: w Polsce wydatki na ochronę stanowią ok. 6,8% PKB, a w USA – 18%.

KAMSOFT od lat skupia się na ekosystemie interoperacyjnych rozwiązań, które można ze sobą zestawiać. Funkcjonalność systemu jest analogiczna do rozwiązania Epic’a, włącznie z portalem i aplikacją dla pacjenta. Do tego KAMSOFT przez lata stworzył bazy, które stały się ogólnopolskim standardem, jak m.in. baza leków BLOZ. I tak jak w przypadku giganta z USA, polska firma jest ceniona za stabilność (40 lat na rynku), dobrą obsługę wdrożeniową (sieć firm partnerskich w całej Polsce) i wprowadzane na bieżąco nowe funkcje idące za postępem technologicznym, w tym oparte na algorytmach. Z drugiej strony polscy dostawcy IT nie mogą sobie pozwolić na tak szybkie wdrażanie nowinek AI jak firmy amerykańskie, głównie ze względu na regulacje dotyczące ochrony danych osobowych oraz EU AI Act.

Epic jest często krytykowany za rozbudowany system, czego ceną jest większa złożoność obsługi. Ten sam problem dotyczy też rozbudowanych systemów KAMSOFT, choć w przeciwieństwie do Epic’a – który ma tylko jeden system dla dużych szpitali i tzw. Epic Garden Plot dla mniejszych klinik – firma ma w swoim portfolio prostsze systemy dla gabinetów lekarskich albo przychodni. Szpitale w Polsce mają dostęp do tak samo nowoczesnych rozwiązań IT jak największe kliniki w USA. Z kilkoma strategicznymi różnicami – w USA już ok. 80% szpitali korzysta z chmury danych, a przepisy, wyższe budżety na IT i kultura innowacyjności ułatwiają wdrażanie najnowszych technologii, w tym AI.

Brak działań, aby zwiększyć skalę zastosowania AI w ochronie zdrowia, jest wręcz zagrożeniem dla sektora - ostrzega OECD
Brak działań, aby zwiększyć skalę zastosowania AI w ochronie zdrowia, jest wręcz zagrożeniem dla sektora – ostrzega OECD

Wykorzystanie sztucznej inteligencji – i to mimo ogromnych możliwości – nadal ogranicza się do pojedynczych projektów pilotażowych. Najnowszy raport OECD „Scaling Artificial Intelligence in Health” ostrzega przed opóźnieniami we wdrażaniu AI, zaniedbaniami w szkoleniu personelu oraz niską jakością danych.

Newsletter OSOZ

Wnioski z raportu OECD są alarmujące: wiele projektów AI kończy się na etapie lokalnych wdrożeń, ponieważ brakuje wspólnych standardów danych, jasnych zasad odpowiedzialności, interoperacyjności oraz kompetencji cyfrowych personelu medycznego. Problemem pozostaje niski poziom zaufania do AI wśród pacjentów i pracowników ochrony zdrowia. Jak to zmienić? Skuteczne skalowanie AI wymaga dobrej jakości danych, regulacji, infrastruktury, edukacji i zarządzania. OECD przygotowało specjalną checklistę, która ma pomóc unikać najczęstszych błędów wdrożeniowych.

Boom technologii, ale wdrożenia pozostają daleko w tyle

Choć AI jest już stosowana we wszystkich krajach OECD m.in. do wsparcia zadań administracyjnych, w medycynie wykorzystywana jest rzadko. Przykładowo, zaledwie 10 proc. rozwiązań AI w obrazowaniu medycznym zostało wdrożonych na poziomie krajowym. OECD zwraca uwagę, że wiele szpitali i placówek ochrony zdrowia implementuje AI w izolacji, bez wspólnych standardów i bez możliwości łatwego skalowania rozwiązań w innych placówkach.

W praktyce prowadzi to do powielania kosztów, problemów z interoperacyjnością, ograniczonej jakości danych, trudności z oceną skuteczności AI i braku zaufania użytkowników. Aby to zmienić, AI powinno być postrzegane jako bazowe rozwiązanie w ochronie zdrowia, a nie dodatek do niego.

Sektor zdrowia generuje 30% światowych danych, ale wykorzystuje ponownie mniej niż 5 proc. Jeśli tego nie zmienimy, trudno będzie wdrożyć AI do ochrony zdrowia – wynika z raportu OECD „Upowszechnianie sztucznej inteligencji w zdrowiu”
Sektor zdrowia generuje 30% światowych danych, ale wykorzystuje ponownie mniej niż 5 proc. Jeśli tego nie zmienimy, trudno będzie wdrożyć AI do ochrony zdrowia – wynika z raportu OECD „Upowszechnianie sztucznej inteligencji w zdrowiu”

Bez wysokiej jakości danych sztuczna inteligencja po prostu nie będzie działać. Problem polega jednak na tym, że sektor zdrowia nadal wykorzystuje mniej niż 5 proc. dostępnych danych, a 95 proc. pozostaje na papierze albo w silosach danych.

Jednym z najważniejszych zaleceń raportu jest budowa fundamentów danych opartych na zasadzie FAIR, czyli danych możliwych do odnalezienia, dostępnych, interoperacyjnych i możliwych do ponownego wykorzystania. OECD przypomina też, że dane zdrowotne muszą być reprezentatywne dla populacji; w przeciwnym razie AI może wzmacniać nierówności i generować błędne decyzje kliniczne. W Europie sytuację może poprawić centralna struktura zarządzania danymi zdrowotnymi, jaką jest powstająca Europejska Przestrzeń Danych Zdrowotnych (EHDS). Dzięki niej, anonimowe dane m.in. z badań naukowych oraz systemów elektronicznej dokumentacji medycznej trafią do centralnych repozytoriów i będą mogły być wykorzystywane w rozwoju algorytmów AI.

Strategie AI. Nawet jeśli są, nie idą za nimi konkretne działania

Polska ma swoją strategię rozwoju AI w postaci „Polityki rozwoju sztucznej inteligencji w Polsce do 2030 roku”. Ale nie ma sektorowego planu dla AI, zresztą jak w większości krajów OECD. Z badania wynika, że tylko 18 proc. krajów OECD posiada strategię AI dla zdrowia, 18 proc. ma dedykowany organ nadzorujący AI w ochronie zdrowia, a jedynie 3 proc. opracowało dedykowane przepisy prawne.

Efekt: chaotyczne inwestycje w AI. Oprócz interoperacyjności danych, do rozwoju AI niezbędne są też mechanizmy walidacji i oceny skuteczności (w Polsce oceną technologii medycznych zajmuje się AOTMiT, ale nie w zakresie rozwiązań AI), nowe strategie refundacji (wiele modeli AI służy profilaktyce, a system zdrowia płaci za liczbę wykonanych usług, a nie za wyniki leczenia) oraz zasady odpowiedzialności (kto odpowiada w przypadku błędu AI).

Do tego dochodzi zaufanie, które z kolei wymaga edukacji użytkowników końcowych. OECD zwraca uwagę, że nawet najlepsze rozwiązania technologiczne nie będą działały bez akceptacji użytkowników końcowych. Lekarze muszą wiedzieć, jak działa AI, jakie są ograniczenia modeli, jak interpretować wyniki, kiedy kwestionować rekomendacje systemu oraz jak bezpiecznie wykorzystywać AI w praktyce klinicznej. Na końcu algorytmy AI – czego zresztą wymaga EU AI Act – muszą być monitorowane, a błędy – raportowane. Dotyczy to też kontroli tzw. zjawiska dryfowania modeli AI, czyli sytuacji, w której algorytm wyćwiczony na danych testowych ma wysoką skuteczność, ale spada ona ze zmianami danych lub gdy jest wdrożony w placówce.

Raport nie jest jednak wezwaniem do regulacji, ale raczej ostrzeżeniem, że bez odpowiedniej strategii, ochrona zdrowia przeoczy szanse związane ze sztuczną inteligencją.

Człowiek będzie projektował badania i analizował wyniki. Robot zajmie się pracą przy probówkach
Człowiek będzie projektował badania i analizował wyniki. Robot zajmie się pracą przy probówkach

Z pozoru to klasyczne laboratorium medyczne. Z jedną różnicą – nie ma w nim ludzi. Tak działa nowy ośrodek badań przeprowadzający 10 000 badań dziennie w Instytucie Nauki w Tokio. Obecnie pracuje w nim 10 robotów, w tym humanoidalny Maholo LabDroid wykonujący precyzyjne procedury laboratoryjne, które do tej pory wymagały pracy wykwalifikowanych biologów i techników laboratoryjnych.

Newsletter OSOZ

2000 robotów pomoże w badaniach naukowych

Nowe Centrum Innowacji Robotyki to pierwsze tego typu na świecie, w którym nie ma ani jednego człowieka. Japonia, jako jeden z najszybciej starzejących się krajów, jest liderem robotyki. Maholo LabDroid ma złagodzić niedobory specjalistów, zmniejszyć wysokie koszty badań oraz przyspieszyć badania nad nowymi terapiami. Laboratorium działa całodobowo bez obecności naukowców, a roboty realizują zaprogramowane procedury, obsługują urządzenia laboratoryjne i prowadzą powtarzalne eksperymenty wymagające dużej precyzji.

Najważniejszą częścią Maholo LabDroid są dwa bardzo precyzyjne ramiona, które płynnie operują probówkami laboratoryjnymi, podobnie jak ludzkie ręce. Potrafią przenosić odczynniki laboratoryjne, obsługiwać inkubatory i aparaturę laboratoryjną, dozować precyzyjnie odczynniki, prowadzić automatyczne hodowle komórkowe. Brak człowieka znacznie ułatwia zachowanie sterylności środowiska badań.

Jak podkreślają twórcy robota, największą zaletą jest możliwość szybkiej budowy podobnych laboratoriów, ponieważ nie wymagają one szukania i zatrudniania specjalistów. Instytut Nauki w Tokio chce zwiększyć liczbę robotów do około 2000 do 2040 roku.

Plany zakładają niemal całkowitą automatyzację procesu badań biomedycznych. Roboty i systemy sztucznej inteligencji mają wspólnie realizować eksperymenty medyczne, generować hipotezy naukowe, projektować badania, analizować wyniki, walidować dane eksperymentalne, optymalizować kolejne etapy badań.

LabDroid Maholo wraz z wyposażeniem dodatkowym: 1) robot dwuramienny, 2) lodówka, 3) inkubator CO2, 4) mikropipety, 5) pojemnik na odpady, 6) aspirator, 7) czujnik końcówek, 8) podstojak na probówki 50 ml, 9) końcówki pipet, 10) główny stojak na probówki 50 ml, 11) stojak na płytki sześciodołkowe, 12) łaźnia sucha oraz 13) mikroskop. Zdjęcie: ResearchGate (Creative Commons)
LabDroid Maholo wraz z wyposażeniem dodatkowym: 1) robot dwuramienny, 2) lodówka, 3) inkubator CO2, 4) mikropipety, 5) pojemnik na odpady, 6) aspirator, 7) czujnik końcówek, 8) podstojak na probówki 50 ml, 9) końcówki pipet, 10) główny stojak na probówki 50 ml, 11) stojak na płytki sześciodołkowe, 12) łaźnia sucha oraz 13) mikroskop. Zdjęcie: ResearchGate (Creative Commons)

AI szuka nowych cząsteczek leków, teraz dołączają do nich autonomiczne laboratoria

Kiedy w 2024 roku system AlphaFold od Google DeepMind otrzymał nagrodę Nobla za przewidywanie trójwymiarowej struktury białek na podstawie sekwencji aminokwasów, nadzieje na przyspieszenie prac nad lekami stały się w końcu realne. Jednak po udanych symulacjach sztucznej inteligencji, przychodzi zawsze kolej na eksperymenty laboratoryjne. A te mogą trwać nawet kilkanaście lat i pochłaniać sumy, na które stać tylko największe ośrodki naukowe.

Zdaniem japońskich naukowców, połączenie AI z robotyką może znacząco zwiększyć tempo odkrywania nowych terapii oraz ograniczyć liczbę błędów – roboty pracują 24 godziny na dobę, nie męczą się i wykonują zadania z wysoką precyzją. W badaniach biomedycznych ma to ogromne znaczenie, szczególnie przy eksperymentach wymagających wielokrotnego powtarzania tych samych procedur.

Automatyzacja ma przyspieszyć badania przesiewowe nowych cząsteczek, testowanie terapii biologicznych, eksperymenty związane z komórkami macierzystymi, rozwój medycyny spersonalizowanej i postępy w diagnostyce molekularnej.

Japońskie laboratorium już teraz wykorzystuje roboty do m.in. hodowli komórek, gdzie wymagana jest wysoka precyzja oraz sterylne warunki pracy. Nawet niewielkie błędy lub odchylenia proceduralne mogą wpływać na wyniki eksperymentów.

Maholo był wcześniej wykorzystywany między innymi w szpitalu okulistycznym w Kobe, gdzie wspierał badania kliniczne dotyczące indukowanych pluripotentnych komórek macierzystych.

Bezzałogowe laboratoria przy zgaszonych światłach. Ludzie przy komputerach zamiast probówkach

Projekt z Tokio wpisuje się w szerszy globalny trend integracji robotyki i sztucznej inteligencji w sektorze nauk o zdrowiu. Kilka miesięcy temu amerykańska firma Insilico Medicine wdrożyła humanoidalnego robota Supervisor w zautomatyzowanym laboratorium AI do prac nad lekami. System wspiera między innymi zarządzanie przepływem pracy, analizę danych i nadzór laboratoryjny.

Humanoidalne roboty mogą rozwiązać jeden z największych problemów automatyzacji laboratoriów. Większość urządzeń została zaprojektowana z myślą o obsłudze przez człowieka i miną dekady, zanim w pełni autonomiczne systemy zastąpią stare maszyny. Powodem są ogromne koszty. Dlatego rozwiązaniem pośrednim są roboty zdolne do obsługi maszyn wymagających sprawności ludzkich dłoni.

Twórcy projektu podkreślają jednak, że autonomiczne laboratoria nie oznaczają, że roboty całkowicie zastąpią ludzi w laboratoriach biomedycznych. Zmieni się raczej charakter pracy naukowców. Ich rolą będzie nadzór nad systemami AI, interpretacja wyników badań, projektowanie modeli eksperymentalnych, kontrola jakości danych oraz rozwiązywanie kwestii etycznych i regulacyjnych. Naukowcy wejdą w rolę inżynierów danych.

Trend robotyzacji przyspiesza też w innych branżach. W Chinach już działają pierwsze fabryki, gdzie pracują tylko roboty. Ponieważ roboty stosują światło podczerwone do nawigowania po otoczeniu, oświetlenie nie jest potrzebne. Dlatego nazywane są „ciemnymi fabrykami” (dark factories) albo „produkcją przy zgaszonych światłach” (lights-out manufacturing).

Dopiero włączenie AI do procesu podejmowania decyzji klinicznych będzie miało realny wpływ na jakość leczenia - twierdzi Robert Wachter, amerykański lekarz i autor książki "A Giant Leap"
Dopiero włączenie AI do procesu podejmowania decyzji klinicznych będzie miało realny wpływ na jakość leczenia – twierdzi Robert Wachter, amerykański lekarz i autor książki „A Giant Leap”

Tam, gdzie sztuczna inteligencja jest lepsza od lekarza, utrzymywanie człowieka w pętli decyzyjnej może tylko pogorszyć skuteczność modelu – twierdzi dr Robert Wachter. W swojej nowej książce „A Giant Leap: How AI Is Transforming Healthcare and What That Means for Our Future” („Ogromny krok naprzód: jak sztuczna inteligencja zmienia opiekę zdrowotną i co to oznacza dla naszej przyszłości”) twierdzi, że AI będzie standardowo wspierać podejmowanie decyzji klinicznych.

Newsletter OSOZ

O czym jest Pana nowa książka „A Giant Leap”?

Opowiada ona o rewolucji, której jesteśmy świadkami. A dokładnie o wprowadzaniu do opieki zdrowotnej – dziedziny, w której zawsze człowiek odgrywał centralną rolę – nowej technologii, która, moim zdaniem, będzie mądrzejsza niż jakikolwiek człowiek. Oczywiście mam na myśli sztuczną inteligencję.

Dla mnie jest to największy eksperyment w historii opieki zdrowotnej. Chodzi o coś więcej niż wdrażanie rozwiązań ułatwiających pojedyncze czynności. Stawką jest to, czy AI sprawi, że medycyna będzie skuteczniejsza i bezpieczniejsza, a opieka zdrowotna tańsza. Jeśli się okaże, że AI znacznie poprawia wyniki leczenia i sprawia, że system zdrowia działa lepiej, będziemy postawieni przed większym pytaniem o rolę lekarzy, pielęgniarek i pacjenta.

Co nowego wnosi AI? Cyfryzacja, która też miała być wielką rewolucją, po kilku dekadach wdrażania elektronicznej dokumentacji medycznej bardziej rozczarowuje niż cokolwiek transformuje.

W mojej książce cytuję zdanie Hemingwaya z książki „Słońce też wschodzi”. Kiedy bohater zostaje zapytany, jak zbankrutował, odpowiada: „Na dwa sposoby: najpierw stopniowo, a potem nagle”. Analogicznie traktuję proces cyfryzacji. Dotąd byliśmy w tej „stopniowej” fazie rozwoju, ale teraz AI znacznie ją przyspiesza. Cyfryzacja, przez którą przechodziliśmy latami, była konieczna. Czy rozczarowała? Jestem innego zdania. Jako lekarz zacząłem pracować jeszcze przed erą komputerów. Kiedyś spędzałem większość dnia biegając pomiędzy pracownią rentgenowską a oddziałami szpitala, kompletując papiery, próbując odczytać pismo odręczne. Każdy dokument miał jedną kopię i dokumentację medyczną mógł przeglądać w tym samym czasie tylko jeden pracownik. Teraz mam dostęp do dokumentów na komputerze, kiedy chcę – i to już jest ogromne ułatwienie. Niestety, często o tym zapominamy, jak wiele się zmieniło na lepsze.

Ale cyfryzacja doprowadziła też do niezamierzonych, negatywnych konsekwencji i nie okazała się panaceum na problemy opieki zdrowotnej. Wielu z nas wierzyło, że elektroniczna dokumentacja automatycznie sprawi, że opieka będzie lepsza, bezpieczniejsza i tańsza. Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna. Ale największą zaletą cyfryzacji jest zamiana papierów na dane elektroniczne. Stworzyliśmy bazę, na podstawie której można generować kolejne korzyści, przede wszystkim dzięki AI.

Już obecnie do medycyny wchodzą zaawansowane algorytmy AI (red.: amerykańska FDA dopuściła na rynek ponad 1400 algorytmów AI do zastosowań w medycynie) albo systemy do automatycznego tworzenia elektronicznej dokumentacji medycznej. Te nowe możliwości pojawiają się w czasie, kiedy systemy zdrowia są pod ogromną presją: brakuje lekarzy, dostęp do opieki jest nierówny, budżety na ochronę zdrowia pękają w szwach.

Zderzenie nowych narzędzi AI o ogromnej mocy z kryzysem opieki zdrowotnej sprawia, że optymistycznie myślę o przyszłości medycyny. O ile sektor zdrowia nigdy nie był pionierem we wdrażaniu AI, o tyle teraz mocno przyspiesza, bo AI zaczyna rozwiązywać konkretne problemy. Lekarze, którzy wypróbowali AI, szybko dostrzegają, że pomaga skrócić czas pracy administracyjnej albo lepiej zaopiekować się pacjentami.

Książka „Ogromny krok naprzód: jak sztuczna inteligencja zmienia opiekę zdrowotną i co to oznacza dla naszej przyszłości” ukazała się w lutym br.
Książka „Ogromny krok naprzód: jak sztuczna inteligencja zmienia opiekę zdrowotną i co to oznacza dla naszej przyszłości” ukazała się w lutym br.

Tych problemów w ochronie zdrowia narosło sporo. Wystarczy wspomnieć obowiązki administracyjne, które zajmują lekarzowi nawet do 50% czasu pracy i prowadzą do wypalenia zawodowego. Czy sztuczna inteligencja pomoże uporać się z tymi wyzwaniami?”

Wszystko zależy od tego, jak rozwinie się technologia i czy pójdą za nią zmiany w systemie zdrowia. Weźmy na przykład ambient scribing (red.: systemy AI, które słuchają rozmowy lekarza z pacjentem i na tej podstawie generują wpisy do elektronicznej dokumentacji medycznej, w tym recepty, skierowania itd.). Popularność tego rozwiązania w USA szybko rośnie, mimo że jest dostępne dopiero od 2–3 lat. W moim szpitalu ma do niego dostęp każdy lekarz, dzięki czemu możemy rozmawiać z pacjentami bez wpatrywania się w ekran czy klawiaturę. Treść rozmowy jest zamieniana przez AI na notatki o odpowiedniej strukturze. Zadowoleni są też pacjenci, co potwierdzają pierwsze badania.

Ale są i minusy. Badanie przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych wykazało, że ambient scribes doprowadziły do zwiększenia kosztów opieki. Z prostego powodu: systemy te pomagają w dokumentowaniu wszystkich usług na tyle dokładnie, że wzrosła kwota refundacji. To obnażyło anomalie naszego systemu zdrowia – płacimy głównie za ilość zrealizowanych usług, a nie za wyniki leczenia.

Sztuczna inteligencja nie prowadzi więc automatycznie do oszczędności w systemie, ale rozwiązuje problemy na poziomie świadczeniodawcy, poprawiając – o czym wspomniałem wcześniej – relacje między lekarzem a pacjentem czy jakość leczenia.

Oczywiście istnieje wiele obaw związanych ze wspomaganiem decyzji z pomocą AI, jak przykładowo stronniczość. Ale stronniczość i błędy już występują, jedynie dotąd je ignorowaliśmy.

Przybywa rozwiązań AI. Oprócz ambient scribes rośnie liczba np. algorytmów predykcyjnych. Które z tych rozwiązań są przereklamowane, a które warto obserwować i wdrażać?

Najważniejsze są rozwiązania wspierające podejmowanie decyzji klinicznych oparte na AI, pomagające lekarzom w diagnozie i planowaniu leczenia. Wchodzą one do systemu zdrowia tylnymi drzwiami i są często wykorzystywane nieoficjalnie. Przykładowo, wielu lekarzy korzysta już z dużego modelu językowego dla medycyny OpenEvidence (red.: niedostępny w Europie). Radzi sobie bardzo dobrze z diagnozą i lekarze mu ufają.

Ale największy przełom dokona się wtedy, gdy tego typu rozwiązania zostaną wbudowane w systemy elektronicznej dokumentacji medycznej. Znając historię leczenia pacjenta i dane dotyczące zdrowia, AI wygeneruje zalecenia diagnostyczne i przygotuje wstępne plany leczenia. W ten sposób lekarze będą mieli nowego asystenta.

Stawka jest wysoka, bo jeśli AI się pomyli, lekarz może powielić ten błąd. A to właśnie lekarz odpowiada osobiście za podejmowane decyzje. To będzie najtrudniejszy element w rewolucji cyfrowej w medycynie. Usprawnienie rozliczeń czy prowadzenia dokumentacji medycznej to nisko rosnące jabłka, po które łatwo sięgnąć. Tutaj ryzyko jest niskie, a korzyści widać od razu, choć są one ograniczone.

Dopiero włączenie AI do decyzji klinicznych będzie miało realny wpływ na jakość leczenia. Proszę pamiętać, że wynagrodzenia lekarzy stanowią około 10 procent kosztów bezpośrednich opieki zdrowotnej. Z kolei ich decyzje generują około 80 procent tych kosztów. Każde dodatkowe badanie zlecone pacjentowi to większe koszty. Jeśli AI będzie w stanie np. ograniczyć liczbę koniecznych testów laboratoryjnych, aby dojść do prawidłowej diagnozy, to jest to ogromna szansa na zwiększenie efektywności całego systemu.

To po stronie lekarzy. W przypadku pacjentów, generatywna AI staje się szybko pierwszym narzędziem, po które sięgają, kiedy mają jakiś problem zdrowotny.

To prawda. Wyszukiwarki AI rejestrują codziennie tysiące zapytań związanych ze zdrowiem, a pacjenci coraz częściej korzystają z AI, zanim pójdą do lekarza. Na wizytę często przychodzą z pytaniami lub sugestiami czatbotów. Nie wszystkim lekarzom się to podoba, ale to część szerszego trendu – AI to technologia, która demokratyzuje dostęp do informacji. Ale z drugiej strony są i plusy. Osobiście wolę, kiedy pacjenci korzystają z ChatGPT zamiast wyszukiwarki Google, bo wyniki są dużo lepsze.

Z jedną uwagą – nie zawsze są to podpowiedzi poprawne, a pacjenci nie wiedzą, jak weryfikować opinie AI i czasami wierzą im ślepo. A to może prowadzić do błędnych decyzji dotyczących zdrowia. W przyszłości, odpowiadając na pytania o zdrowie, czatboty powinny postępować tak samo jak lekarz, zadając kolejne pytania uszczegóławiające. Jeszcze lepiej, jeśli byłyby zintegrowane z portalami pacjentów, zyskując w ten sposób dostęp do dokumentacji medycznej. To znacznie poprawiłoby jakość sugestii AI. Dużo większym wyzwaniem będzie wbudowanie mechanizmów bezpieczeństwa, aby AI dokładnie wiedziała, kiedy może dać rekomendacje, a kiedy skierować pacjenta do lekarza.

Co zrobi medycyna, gdy AI dorówna lub prześcignie lekarzy w diagnozowaniu i leczeniu?

To pytanie, przed którym stoją także inne zawody: dziennikarze, prawnicy, księgowi itd. Nie sądzę, aby w ochronie zdrowia doprowadziło to do tego, że AI będzie autonomicznie leczyć pacjentów. Narzędzia AI mogą dostarczać nowej wiedzy i wskazówek, ale decyzja, które z nich są istotne z punktu widzenia leczenia, wymaga specjalistycznej wiedzy, szczególnie w tak odpowiedzialnej dziedzinie jak medycyna.

AI sprawi, że każdy lekarz będzie jeszcze lepszym lekarzem. Na razie AI jest drugim pilotem, który ostrzega o błędach, sprawdza informacje, podpowiada. I nawet jeśli AI ma większą wiedzę, lekarz ma empatię. Ale zmiana ról jest nieunikniona, nawet jeśli niełatwo jest zaakceptować fakt, że maszyna może być lepsza niż człowiek. Myślę jednak, że z czasem się przyzwyczaimy. Zresztą młodsze pokolenie chętnie sięga do AI, bo jest to wygodne.

W swojej książce zwraca Pan uwagę, że AI nie musi być idealna.

Mamy tendencję do stawiania technologii bardzo wysokich wymagań. Jest to oczywiście zrozumiałe, bo jeśli sztuczna inteligencja popełni błąd, może go szybko powielić na setki, tysiące pacjentów. Jednak oczekiwanie perfekcji jest nierealne i przynosi efekt przeciwny do zamierzonego.

Błędy zawsze były i będą. Przyjdzie na pewno taki moment, kiedy AI doprowadzi do śmierci pacjenta i będzie o tym głośno, podobnie jak głośno było o pierwszych wypadkach z udziałem autonomicznych samochodów. Ale już teraz każdego roku odnotowuje się setki tysięcy zgonów spowodowanych błędami medycznymi. Z tego powodu nie zamykamy szpitali i zwalniamy lekarzy.

Pytanie brzmi, czy sztuczna inteligencja jest lepsza od obecnego systemu. Lepsza w różnych kategoriach: wiedzy medycznej, generowanych kosztów, efektów leczenia. Może być lepsza, zwiększając dostępność pomocy, która wcześniej była bardzo ograniczona. Weźmy za przykład czatboty wykorzystywane w poradach psychologicznych. Zapewniają one dostęp do opieki, której wiele osób inaczej by nie miało.

Musimy realnie spojrzeć na możliwości AI w kontekście ułomności obecnego systemu. Czekanie, aż AI będzie w 100% bezpieczna i precyzyjna, mija się z celem.

A jeśli będzie lepsza niż lekarz, to czy lekarz nadal powinien być „w pętli decyzyjnej”?

O tym też wspominam w swojej książce. Obecnie panuje przekonanie, że lekarz zawsze ma ostatnie zdanie i musi być elementem procesu podejmowania decyzji. Ale co jeśli AI będzie lepsza od lekarza i ewentualna interwencja lekarza tylko zaszkodzi decyzjom AI? To całkiem realistyczny scenariusz – wraz z upowszechnieniem się AI, lekarze będą coraz bardziej polegać na jej możliwościach, co z kolei doprowadzi do tzw. deskillingu, zmniejszenia kompetencji medycznych. Wtedy utrzymywanie człowieka w pętli decyzyjnej będzie kontraproduktywne.

Czyli o mocy AI w medycynie zadecyduje nie tyle sama technologia, ile regulacje.

Nie martwię się brakiem regulacji, jeśli chodzi o wdrażanie AI przez szpitale i systemy opieki zdrowotnej. Z mojego doświadczenia wynika, że organizacje opieki zdrowotnej są bardzo ostrożne i nie wprowadzają narzędzi, co do których nie są przekonane, że są w pełni bezpieczne.

Bardziej niepokoi mnie odpowiedzialność prawna za błędy popełnione przez AI. W sektorze konsumenckim, kiedy pacjenci pytają AI o diagnozę i porady zdrowotne, nadzór jest dużo mniejszy. Cały obszar pozostawiono firmom AI, którym bardziej zależy na szybkości rozwoju niż na bezpieczeństwie.

Co najbardziej Pana zaskoczyło podczas pisania książki o AI w medycynie?

Chyba to, że AI daje mi coraz więcej powodów do optymizmu, jeśli chodzi o przyszłość medycyny. Dziesięć lat temu, kiedy pisałem moją poprzednią książkę „The Digital Doctor” („Cyfrowy Lekarz”), byłem sfrustrowany postępem cyfryzacji, a zwłaszcza elektroniczną dokumentacją medyczną. Tym razem, im więcej rozmawiałem z osobami z sektora zdrowia – a na potrzeby książki przeprowadziłem ponad 100 wywiadów – tym bardziej zacząłem przekonywać się, że AI to wielka szansa dla ochrony zdrowia, która znajduje się w głębokim kryzysie.

OpenEvidence czerpie wiedzę ze sprawdzonych źródeł medycznych i cytuje je. Do tego jest bezpłatny
OpenEvidence czerpie wiedzę ze sprawdzonych źródeł medycznych i cytuje je. Do tego jest bezpłatny

OpenEvidence jest najchętniej stosowanym przez lekarzy narzędziem generatywnej sztucznej inteligencji. Działa jak czatbot odpowiadający na pytania kliniczne w oparciu o wiedzę medyczną. W USA sięga do niego ok. 40% lekarzy, ale w Europie od kwietnia jest niedostępny. Winny jest EU AI Act.

newsletter osoz

4 z 10 lekarzy w USA korzysta z OpenEvidence

Jeszcze dwa lata temu mało kto poza Doliną Krzemową słyszał o firmie OpenEvidence. Dziś to jedno z najpopularniejszych narzędzi AI wśród lekarzy na świecie i symbol demokratyzacji dostępu do wiedzy medycznej.

OpenEvidence działa jak wyspecjalizowana wyszukiwarka i asystent AI pomagający w diagnozie albo zaplanowaniu leczenia zgodnego z aktualną wiedzą medyczną. Podpowiedzi generowane przez AI bazują wyłącznie na recenzowanej literaturze medycznej, wytycznych klinicznych i publikacjach takich jak New England Journal of Medicine czy JAMA. Lekarz wpisuje pytanie, np. dotyczące objawów pacjenta, a platforma generuje odpowiedź wraz z cytowaniami źródeł i streszczeniem aktualnych publikacji naukowych.

Z OpenEvidence korzysta codziennie ponad 40 proc. lekarzy w USA w ponad 10 tys. szpitali i placówek medycznych. W tej grupie są najbardziej renomowane ośrodki naukowe, jak Harvard Medical School, Stanford Medicine czy Johns Hopkins Medicine.

Pod koniec 2025 roku platforma obsługiwała około 18 mln zapytań klinicznych miesięcznie. Według danych OpenEvidence, uzyskuje 100% poprawnych odpowiedzi na amerykańskim egzaminie lekarskim.

Popularność OpenEvidence wynika z dwóch czynników. Po pierwsze, narzędzie jest bezpłatne i dostępne online w postaci czatbota podobnego do ChatGPT. Po drugie, rozwiązuje problem, który od lat doskwiera lekarzom – mowa o nadążaniu za przyrostem wiedzy medycznej. Każdego dnia publikowane są tysiące nowych artykułów naukowych na temat leczenia, postępowania w chorobach, skuteczności leków itd. Żaden lekarz nie jest w stanie na bieżąco ich śledzić i stosować nowe zalecenia w swojej praktyce.

Powstały w 2022 roku OpenEvidence jest dziś wyceniany na 12 mld dolarów, a w firmę zainwestowały m.in. NVIDIA i Mayo Clinic.

OpenEvidence jako pierwsza ofiara EU AI Act

Także w Europie lekarze pokochali OpenEvidence. Jednak pod koniec kwietnia br. platforma niespodziewanie przestała być dostępna w Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii. Oficjalny powód: „rosnąca niepewność regulacyjna dotycząca systemów AI”.

Taki komunikat zobaczyli z końcem kwietnia lekarze, którzy chcieli skorzystać z najpopularniejszego na świecie i darmowego systemu AI do wspomagania decyzji klinicznych (wersja polska – tłumaczenie własne)
Taki komunikat zobaczyli z końcem kwietnia lekarze, którzy chcieli skorzystać z najpopularniejszego na świecie i darmowego systemu AI do wspomagania decyzji klinicznych (wersja polska – tłumaczenie własne)

Chodzi dokładnie o konflikt z europejskim aktem ws. AI (EU AI Act). Według niego, systemy wspierające decyzje kliniczne zaliczane są do technologii wysokiego ryzyka. Wprowadzenie takiego rozwiązania na rynek pociąga za sobą konieczność spełnienia szeregu wymogów, w tym zagwarantowania przejrzystości działania modelu AI, dostarczenia dokumentacji w zakresie danych treningowych, walidacji klinicznej, monitorowania błędów, audytów i jasnego określenia odpowiedzialności prawnej.

Problem polega na tym, że OpenEvidence opiera się na generatywnej AI, więc jego działanie jest niewytłumaczalne, jest stale aktualizowany i uczy się w czasie rzeczywistym na tysiącach codziennie publikowanych artykułów naukowych. Spełnienie wymagań EU AI Act jest więc prawie niemożliwe. A to oznacza, że europejscy lekarze nie będą mieli dostępu do nowoczesnych modeli AI dla medycyny. Problem jest jeszcze głębszy, bo powstaje pytanie, czy AI w medycynie powinno być oceniane według klasycznych metod evidence-based medicine, wymagających wieloletnich badań i statyczności wyrobu, czy raczej poprzez ciągły monitoring skuteczności w praktyce klinicznej?

Dyskusja na ten temat już się toczy. W kwietniu na łamach Nature Medicine ukazał się komentarz pod tytułem „Show us the evidence for the value of medical AI” („Pokażcie nam dowody na wartość medycznych rozwiązań AI”). Autorzy wskazywali, że sektor medyczny potrzebuje solidnych badań klinicznych potwierdzających bezpieczeństwo i realną wartość modeli generatywnych.

Aplikacja OpenEvidence daje oparte na dowodach naukowych odpowiedzi na pytania medyczne.
Aplikacja OpenEvidence daje oparte na dowodach naukowych odpowiedzi na pytania medyczne

Paradoksalnie, publikacja tekstu zbiegła się z premierą nowej wersji ChatGPT dla lekarzy (dostępnej tylko w USA) i nowego benchmarku (standaryzowany test służący ocenie skuteczności modelu AI). I teraz lekarze mają trudny orzech do zgryzienia: czekać, aż narzędzia AI, jak OpenEvidence, będą klasyfikowane jako urządzenia medyczne, czy zaufać skuteczności potwierdzonej w testach. Stare podejście zakłada powolną walidację i ostrożność regulacyjną. Nowe – opiera się na dynamicznej ocenie w czasie rzeczywistym, czyli ciągłej analizie jakości odpowiedzi AI w codziennej pracy lekarzy.

Darmowy model AI nie wszystkim się podoba, ale może wrócić do Europy

OpenEvidence to także ogromna konkurencja dla systemów wspomagania decyzji klinicznych (CDSS, Clinical Decision Support Systems). Przez lata segment ten był zdominowany przez duże platformy CDSS, jak UpToDate czy Lexicomp, oferujące dostęp do uporządkowanej wiedzy medycznej i wytycznych. Za licencję dla indywidualnego lekarza trzeba zapłacić kilkaset dolarów rocznie, a koszty dla dużych szpitali liczone są w tysiącach USD. Nic dziwnego, bo aby systemy CDSS były zgodne z aktualną wiedzą medyczną, ich dostawcy zatrudniają setki lekarzy-redaktorów, którzy codziennie aktualizują wiedzę w systemie. Tymczasem OpenEvidence oferuje darmowy dostęp i wygodną formę czatbota generującego odpowiedzi na podstawie aktualnej literatury, także tej opublikowanej kilka sekund temu.

A to dopiero początek, bo teraz OpenEvidence pracuje nad integracją narzędzia z systemami elektronicznej dokumentacji medycznej, aby jeszcze bardziej zautomatyzować cały proces analizy danych i personalizować opiekę. Firma niedawno ogłosiła integrację z systemem Epic, czyli jednym z największych dostawców EDM w USA. Jeśli AI wspomagająca decyzje kliniczne zostanie włączona do systemów gabinetowych, będzie to dużym zagrożeniem dla producentów CDSS. Ale nie podoba się to też organizacjom medycznym, które dotychczas centralnie wydawały rekomendacje i wytyczne leczenia. W ten sposób stracą one swoją pozycję i prestiż.

Najpierw ChatGPT sprawił, że pacjenci mają dostęp do wiedzy wcześniej zarezerwowanej wyłącznie dla lekarzy, a teraz OpenEvidence pokazuje, że każdy lekarz może mieć dostęp do informacji, które wcześniej były domeną posiadaczy systemów wspomagania decyzji klinicznych. To pokazuje, jak AI zakłóca ustalony przez dekady porządek w ochronie zdrowia. A to dopiero pierwsza odsłona zmian, które nas czekają. Czy OpenEvidence wróci do Europy? Jest na to szansa. Komisja Europejska pracuje nad tzw. pakietem „AI Omnibus”. Jeśli zostanie przyjęty, obowiązki EU AI Act dla systemów wysokiego ryzyka wejdą w życie dopiero w grudniu 2027 roku zamiast sierpnia 2026 r. Planowane jest też zawężenie definicji systemów wysokiego ryzyka, wprowadzenie wyjątków dla systemów „wspomagających użytkownika”, ale nie podejmujących decyzji, i uproszczenie obowiązków dokumentacyjnych.

Liczba sprzedanych opakowań produktów ziołowych w aptekach zmniejszyła się w latach 2002–2025 aż o 69%, z 27,5 mln do 8,7 mln. Tylko w latach 2017–2025 spadek wyniósł 50%. Ponadto w numerze: Liczba aptek maleje. Czy to oznacza, że rośnie popyt w innych aptekach?

OSOZ Statystyki 5/2026

W numerze 6/2026 OSOZ Statystyki:

Im mniej aptek, tym więcej pacjentów w jednej aptece. Czy to prawda?

W okresie od marca 2025 do kwietnia 2026 nastąpił 2-proc. spadek liczby pacjentów w statystycznej aptece. W tym czasie w jednej aptece transakcje zrealizowało niemal 53,4 tysięcy pacjentów, o 1300 mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Ten spadek to w dużej mierze efekt słabego sezonu przeziębień na początku 2026 roku. PEX prognozuje, że w całym 2026 roku w statystycznej aptece zakupy zrealizuje niemal 54 tysiące pacjentów, a to nadal o 0,17% mniej niż w roku 2025. Jednocześnie, w marcu – według danych PEX – na rynku funkcjonowało 12 160 aptek i punktów aptecznych, o 186 mniej niż rok wcześniej.

Czytaj dalej 👉

Polacy kupują coraz mniej ziół w aptekach

Polski rynek ziół aptecznych od lat znajduje się w trendzie spadkowym. Liczba sprzedanych opakowań zmniejszyła się w latach 2002–2025 aż o 69%, z 27,5 mln do 8,7 mln. Do 2010 roku była stabilna i wynosiła ok. 25–27 mln opakowań rocznie. Potem powoli zaczęła spadać, a od 2018 roku popyt załamał się. Tylko w latach 2017–2025 spadek wyniósł 50%. Trend spadkowy sprawia, że wielu producentów wycofuje się z rynku – asortyment zmalał z 2879 preparatów w szczytowym okresie (2007 rok) do ok. 1,2 tys. w 2025 roku. Na sytuację rynku wpływają zmiany w zachowaniach konsumentów. Produkty roślinne coraz częściej trafiają do konsumentów przez sklepy internetowe, drogerie, sklepy zielarskie oraz rynek suplementów diety, a nie przez apteki. Na spadek wpływają również nowe unijne regulacje dotyczące bezpieczeństwa produktów pochodzenia roślinnego.

Czytaj dalej 👉

Ponadto w numerze:

Archiwum czasopisma OSOZ
W przypadku 41 z 43 analizowanych wskaźników celów zdrowotnych brakowało 90 proc. danych.
W przypadku 41 z 43 analizowanych wskaźników celów zdrowotnych brakowało 90 proc. danych.

Agenda 2030 Organizacji Narodów Zjednoczonych (ONZ), czyli globalny plan poprawy zdrowia, jakości życia oraz walki z nierównościami, jest w tarapatach. Powód: brakuje danych, aby dokładnie określić, jak wygląda realizacja tzw. Celów Zrównoważonego Rozwoju (SDGs, Sustainable Development Goals).

Newsletter OSOZ

Zrealizujemy cele SDG do 2030 r.? Nikt nie wie, bo nie ma danych

W 2015 roku wszystkie państwa członkowskie ONZ przyjęły Agendę 2030, czyli globalny plan rozwoju oparty na 17 Celach Zrównoważonego Rozwoju (SDG, Sustainable Development Goals). Miała to być odpowiedź na najważniejsze wyzwania współczesnego świata: ubóstwo, nierówności społeczne, kryzys klimatyczny, brak dostępu do edukacji i ochrony zdrowia.

W przypadku ochrony zdrowia kluczowy jest Cel nr 3: „Zapewnić wszystkim ludziom w każdym wieku zdrowe życie oraz promować dobrobyt”. Obejmuje m.in. eliminację zgonów wśród noworodków i dzieci poniżej 5. roku życia, walkę z AIDS, gruźlicą i malarią, ograniczenie skali chorób niezakaźnych, poprawę zdrowia psychicznego, dostęp do opieki reprodukcyjnej, ograniczenie skutków zanieczyszczenia środowiska, bezpieczeństwo zdrowotne i zbudowanie gotowości na epidemie.

Cele zrównoważonego rozwoju ONZ. Cel nr 3 dotyczy zdrowia
Cele zrównoważonego rozwoju ONZ. Cel nr 3 dotyczy zdrowia

Ale zdrowie przewija się też w celach dotyczących jakości powietrza, dostępu do czystej wody, warunków mieszkaniowych, edukacji czy poziomu ubóstwa. W teorii system działa. Państwa raportują dane, organizacje międzynarodowe monitorują postęp, a na tej podstawie aktualizowane są strategie i podejmowane decyzje polityczne. Inicjatywa jest szczytna, bo połączyła 193 kraje świata – o różnych systemach politycznych, kulturach i poziomach rozwoju gospodarczego – pod jednym szyldem wspólnych wartości.

Ale okazuje się, że brakuje danych, aby wiarygodnie określić postęp. I to w krytycznym punkcie – z 15-letniego planu działania zostały już tylko 4 lata. Alarm dotyczący monitorowania wskaźników zdrowotnych podnosi nowe badanie opublikowane w „Bulletin of the World Health Organization”.

Czego nie da się zmierzyć, trudno poprawić

Jedenaście lat po przyjęciu Agendy 2030 wiadomo już, że wiele celów nie uda się osiągnąć na czas. ONZ od kilku lat zwraca uwagę na spowolnienie postępów związane z pandemią COVID-19, kryzysami gospodarczymi, konfliktami zbrojnymi i zmianami klimatycznymi.

W obszarze zdrowia część wskaźników poprawiła się w porównaniu ze stanem na początku XXI wieku. Spadła śmiertelność dzieci i matek, poprawił się dostęp do szczepień i leczenia wielu chorób zakaźnych. Jednak postęp jest nierówny regionalnie. Coraz większym wyzwaniem stają się także choroby przewlekłe, zdrowie psychiczne i skutki starzenia się społeczeństw. Do tego dochodzą nowe zagrożenia związane z klimatem, zanieczyszczeniem środowiska czy odpornością bakterii na antybiotyki.

Jednak według autorów najnowszego badania WHO problemem nie są ambitne cele i opóźnienia, ale brak możliwości rzetelnego monitorowania postępu. Jeśli dane są niepełne albo pojawiają się z kilkuletnim opóźnieniem, trudno ocenić, które działania przynoszą zakładane efekty, a które trzeba zmodyfikować.

Badacze przeanalizowali 43 wskaźniki zdrowotne SDG dla 194 państw członkowskich WHO w latach 2015–2024. W 2024 roku w przypadku aż 41 z 43 analizowanych wskaźników brakowało 90 proc. danych. Dla porównania, w 2019 roku takich wskaźników było 11. A to oznacza, że globalny monitoring zdrowia coraz częściej bazuje na szacunkach, a nie na bieżących i kompletnych danych z systemów opieki zdrowotnej.

W przypadku wszystkich 17 celów SDG, braki danych przekraczające 90% dotyczą jednej trzeciej z nich. Problem nie dotyczy wyłącznie państw rozwijających się, ale wszystkich.

Bez rzetelnych danych polityka zdrowotna jest ślepa i chaotyczna

Autorzy badania podkreślają, że dane są fundamentem zarządzania zdrowiem. Bez nich trudno planować inwestycje, oceniać skuteczność programów zdrowotnych albo zrozumieć, które grupy pacjentów pozostają poza systemem zdrowia i gdzie interwencje są najbardziej potrzebne.

Niedobory danych mają wiele źródeł. Część wskaźników dotyczy tematów politycznie i społecznie wrażliwych, takich jak przemoc domowa czy zdrowie seksualne. W innych przypadkach problemem są kosztowne badania populacyjne prowadzone zbyt rzadko. Autorzy wskazują również na słabe systemy raportowania oraz brak formalnych obowiązków przekazywania danych do WHO.

Paradoksalnie jednym z najlepiej raportowanych wskaźników okazała się gotowość państw do reagowania na zagrożenia epidemiczne. Ale tylko dlatego, że istnieje formalny obowiązek corocznego raportowania wynikający z Międzynarodowych Przepisów Zdrowotnych WHO.

Badanie obnaża ponadto problem jakości i rozproszenia danych zdrowotnych. Wiele z nich jest gromadzonych w elektronicznej dokumentacji medycznej albo w innych rejestrach, ale nadal pozostają zamknięte w silosach. Wykorzystane do celów wtórnych mogłyby przynieść wiele korzyści, przykładowo w trenowaniu nowych modeli AI do predykcji zdrowia, pracach nad nowymi lekami czy doskonaleniu działania systemu zdrowia. Ale chaos w danych istnieje na każdym poziomie systemu zdrowia – nawet lekarze nie mają dostępu do pełnych informacji zdrowotnych pacjentów, bo dane nie są ustandaryzowane, zbierane ani dalej udostępniane. Bez nich nie można ani monitorować postępu leczenia ani realizować ambitnych globalnych celów zdrowotnych w postaci SDG.

Nowy raport "Dezinformacja medyczna" UM we Wrocławiu
Nowy raport „Dezinformacja medyczna” UM we Wrocławiu

Ponad 32 tys. publikacji medialnych i blisko 350 tys. wpisów w mediach społecznościowych wygenerowały w ciągu 16 miesięcy treści związane z dezinformacją medyczną – wynika z nowego raportu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu i Mediaboard Dezinformacja Medyczna. Fałszywe informacje coraz rzadziej przybierają formę teorii spiskowych, a coraz częściej ukrywają się pod postacią lifestyle’owych porad dotyczących diet, suplementów i „naturalnych” metod leczenia.

Newsletter OSOZ

Dezinformacja medyczna stała się problemem zdrowia publicznego

Autorzy raportu podkreślają, że problem dezinformacji to już nie tylko pojedyncze fake newsy. Fałszywe informacje dotyczące zdrowia wpływają na decyzje dotyczące szczepień, leczenia, profilaktyki i diagnostyki. Mogą prowadzić do opóźnienia terapii, rezygnacji z leczenia lub podejmowania działań bez naukowego uzasadnienia. W efekcie stają się zagrożeniem dla pacjentów oraz bezpieczeństwa zdrowotnego całego społeczeństwa.

Dezinformacja zdrowotna często wykorzystuje emocje związane ze strachem o własne zdrowie i bezpieczeństwo najbliższych. To właśnie tematy medyczne stają się dziś punktem wyjścia do budowania szerszej nieufności wobec ekspertów, instytucji publicznych, nauki oraz państwa. Zdrowie okazuje się jednym z najbardziej podatnych obszarów na manipulację informacyjną.

W analizowanym okresie od stycznia 2025 r. do połowy maja 2026 r. odnotowano 32 083 publikacje w mediach tradycyjnych oraz 347 377 wpisów w mediach społecznościowych dotyczących dezinformacji medycznej. Łączny zasięg przekazu przekroczył 3,5 mld kontaktów z odbiorcami, a jego wartość reklamową oszacowano na 3,46 mld zł.

Antyszczepionkowcy nadal dominują, ale szybko rośnie nowy trend

Największą część analizowanych narracji dezinformacyjnych stanowią treści antyszczepionkowe – odpowiadają one za 54 proc. przekazu i koncentrują się głównie wokół bezpieczeństwa szczepień przeciw HPV oraz COVID-19. Autorzy raportu wskazują, że szczególnie silnie wykorzystywane są obawy rodziców dotyczące zdrowia dzieci, a debata o szczepieniach coraz częściej wychodzi poza kwestie medyczne i staje się elementem sporów ideologicznych.

Najczęstsze tematy przekazów dezinformacyjnych (źródło: raport UM we Wrocławiu)
Najczęstsze tematy przekazów dezinformacyjnych (źródło: raport UM we Wrocławiu)

Drugą najważniejszą kategorią są teorie żywieniowe i lifestyle’owe, które odpowiadają już za 23 proc. analizowanego przekazu. To jednocześnie najszybciej rozwijający się segment dezinformacji zdrowotnej. To przykładowo narracje promujące „naturalne leczenie”, detoksy organizmu, walkę z pasożytami, głodówki czy suplementację witaminami jako alternatywę dla medycyny opartej na dowodach naukowych.

Trzecią grupę stanowią teorie związane ze środowiskiem i technologią. Do najczęściej powtarzanych należą przekazy dotyczące 5G, chemtrails czy fluoryzacji wody. W tych narracjach zdrowie jest łączone z teoriami kontroli społecznej, depopulacji lub ukrytych działań elit. Autorzy raportu zwracają uwagę, że współczesna dezinformacja medyczna coraz rzadziej funkcjonuje jako pojedyncza teoria spiskowa. Zwykle tworzy rozbudowane pakiety narracji obejmujące zdrowie, politykę, środowisko i technologię.

Oto lista najczęstszych tematów, które przewijają się w treściach dezinformacyjnych:

Sztuczna inteligencja i fałszywi eksperci napędzają nową falę manipulacji

Jednym z najważniejszych wniosków raportu jest zmiana sposobu działania dezinformacji po 2023 roku. Zamiast sensacyjnych teorii spiskowych coraz częściej pojawiają się pozornie niewinne porady dotyczące codziennych nawyków zdrowotnych. Odbiorcy otrzymują instrukcje dotyczące suplementacji, oczyszczania organizmu czy diet mających rzekomo zastępować leczenie. Dzięki temu fałszywe treści stają się trudniejsze do rozpoznania i zyskują większą wiarygodność.

Raport wskazuje również na rosnącą rolę sztucznej inteligencji. Generatywna AI jest wykorzystywana do tworzenia deepfake’ów lekarzy i ekspertów, a także reklam cudownych suplementów. Tego typu materiały często służą wyłudzaniu pieniędzy, szczególnie od osób starszych. Rozwój AI sprawia, że produkcja wiarygodnie wyglądających fałszywych treści staje się szybsza, tańsza i łatwiejsza niż kiedykolwiek wcześniej.

Kolejnym mechanizmem opisanym w raporcie jest tzw. technika autorytetu. Polega ona na wykorzystywaniu wizerunku osób w lekarskich kitlach, tytułów naukowych lub wycofanych publikacji naukowych, określanych jako „zombie papers”. Mimo że badania te zostały zdyskredytowane lub wycofane, nadal funkcjonują w internecie jako rzekome dowody potwierdzające fałszywe tezy. Takie działania utrudniają odbiorcom odróżnienie rzetelnej wiedzy od manipulacji.

Potrzebne działania systemowe i stały monitoring

Autorzy raportu podkreślają, że walka z dezinformacją medyczną wymaga działań wykraczających poza tradycyjny fact-checking. Konieczna jest współpraca środowisk medycznych, naukowych, edukacyjnych, medialnych oraz instytucji publicznych. Szczególne znaczenie ma budowanie zaufania do ekspertów i tworzenie wiarygodnych źródeł informacji zdrowotnej dostępnych dla pacjentów.

Elementem debaty publicznej stały się również prace nad ustawą określaną jako „Lex Szarlatan”. Według raportu temat ten odpowiadał za znaczną część przekazu medialnego, zwłaszcza w mediach regionalnych. Projekt ma ograniczyć działalność osób promujących pseudomedycynę i niesprawdzone metody leczenia, szczególnie wśród pacjentów onkologicznych.

Raport jest jednocześnie początkiem szerszego programu przeciwdziałania dezinformacji zdrowotnej. Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu zapowiedział utworzenie Obserwatorium Dezinformacji Medycznej. Jego zadaniem będzie monitorowanie nowych narracji oraz analiza ich wpływu na zdrowie publiczne. W planach znajduje się również kampania społeczna „Zdrowiej wiedzieć” oraz uruchomienie ogólnodostępnego serwisu obalającego najpopularniejsze mity zdrowotne.

1 2 3 146