Dla kardiologii i onkologii, pierwsze funkcjonalności systemu e-Konsylium będą dostępne już z dniem wejścia w życie rozporządzenia
Dla kardiologii i onkologii, pierwsze funkcjonalności systemu e-Konsylium będą dostępne już z dniem wejścia w życie rozporządzenia

Najpóźniej do 2027 roku pierwsi lekarze będą mogli konsultować zdalnie przypadki pacjentów ze specjalistami z innych ośrodków. Ministerstwo Zdrowia przygotowało projekt rozporządzenia określającego, w jakich dziedzinach będzie można korzystać z systemu e-Konsylium. Dokument trafił do konsultacji.

newsletter osoz

Onkologia i kardiologia na początek

Zgodnie z projektem rozporządzenia Ministra Zdrowia z 15 października 2026 r., konsultacje w systemie e-Konsylium zostaną wdrożone w 8 dziedzinach medycyny: kardiologii, onkologii, chorób płuc, chorób rzadkich, dermatologii i wenerologii, diabetologii, endokrynologii oraz neurologii.

Rozwiązanie ma umożliwić placówkom udzielającym świadczeń finansowanych ze środków publicznych konsultowanie przypadków z innymi podmiotami leczniczymi za pośrednictwem systemów teleinformatycznych lub systemów łączności. Lekarz prowadzący pacjenta będzie mógł zwrócić się o opinię do specjalisty z innego ośrodka z pomocą bezpiecznego narzędzia zapewniającego poufność przekazywanych informacji.

Jako pierwsze – bo już z dniem wejścia w życie rozporządzenia – do systemu zostaną włączone konsultacje w kardiologii i onkologii. Pozostałe dziedziny będą dołączane w miarę osiągania gotowości technicznej systemu. Wszystkie funkcjonalności zostaną wdrożone najpóźniej do 31 grudnia 2027 r.

Dostęp do specjalistów w każdym zakątku Polski

W uzasadnieniu projektu Ministerstwo Zdrowia pisze, że o konsultację będzie mógł wystąpić usługodawca realizujący świadczenia gwarantowane na podstawie umowy z Narodowym Funduszem Zdrowia. Wniosek będzie można skierować do dowolnego usługodawcy w systemie e-Konsylium w ramach odpowiedniego zakresu specjalizacji.

Resort zakłada, że rozwiązanie zwiększy efektywność udzielania świadczeń i zapewni pacjentom szybszy, bardziej równy dostęp do specjalistów o wysokim poziomie referencyjności. Jedną z najważniejszych korzyści ma być ograniczenie konieczności osobistej wizyty w odległym ośrodku, szczególnie w przypadkach, w których ocena dokumentacji i wyników badań pozwala uzyskać opinię bez dodatkowego badania pacjenta.

Zdalne konsultacje mogą mieć znaczenie zwłaszcza tam, gdzie dostęp do określonych specjalistów jest ograniczony geograficznie.

Projekt zakłada, że rozporządzenie wejdzie w życie po upływie 7 dni od dnia jego ogłoszenia. Ministerstwo uzasadnia skrócenie standardowego okresu vacatio legis koniecznością dotrzymania terminów realizacji Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności.

W 2025 roku apteki sprzedały 1,6 mln opakowań środków na detoks organizmu – i to mimo że obietnice marketingowe mijają się z faktami naukowymi. To druga fala boomu na środki z tej grupy. Pierwsza osiągnęła swoje maksimum w 2016 roku (1,66 mln opakowań), po czym popyt zaczął spadać. Od 3 lat znowu szybko rośnie.

OSOZ Statystyki (10/2026)
OSOZ Statystyki (10/2026)

W numerze 10/2026 OSOZ Statystyki:

Rok 2026 w farmacji: ubywa aptek, wyhamowuje sprzedaż, rozkręca się opieka farmaceutyczna

Rynek apteczny w 2026 roku wyraźnie wyhamował. W pierwszych 8 miesiącach sprzedaż wzrosła wartościowo o 5,1 proc., ale liczba sprzedanych opakowań spadła o 1,9 proc., a liczba pacjentów w statystycznej aptece zmniejszyła się o 2,7 proc. Jednocześnie aptek ubywa – na koniec sierpnia działało ich 10 999, o 191 mniej niż rok wcześniej. W tym samym czasie rośnie znaczenie nowych źródeł przychodów: sprzedaży internetowej oraz usług opieki farmaceutycznej, w tym szczepień i świadczeń związanych ze zdrowiem reprodukcyjnym.

Czytaj dalej 👉

Sprzedaż środków na „oczyszczanie organizmu” znowu szybko rośnie

Preparaty określane jako „detoksykujące” mają wspierać naturalne procesy oczyszczania organizmu, przede wszystkim pracę wątroby, układu pokarmowego i metabolizm. W tej kategorii znajdują się m.in. suplementy wspomagające pracę wątroby i dróg żółciowych, moczopędne i na trawienie, antyoksydanty, algi, tzw. superfoods oraz mieszanki ziołowe. Problem w tym, że brakuje przekonujących dowodów naukowych na to, że produkty obiecujące „detoks” przyspieszają usuwanie toksyn z organizmu. Mimo to popyt na nie rośnie: w 2025 roku w aptekach sprzedano 1,60 mln opakowań produktów detoksykujących o łącznej wartości 42,06 mln zł, a prognoza na 2026 rok zakłada 1,61 mln opakowań i 43,93 mln zł sprzedaży.

Czytaj dalej 👉

Ponadto w numerze:

Newsletter OSOZ
archiwum osoz

Od 1 stycznia 2027 r. wszystkie placówki muszą prowadzić Kartę diagnostyki i leczenia onkologicznego (DiLO) w formie elektronicznej. Nowa karta e-DiLO ma usprawnić wymianę dokumentacji, ograniczyć pracę administracyjną personelu i zapewnić pacjentom dostęp do informacji o przebiegu diagnostyki i leczenia.

newsletter osoz

Od ponad 10 lat karta DiLO ułatwia leczenie pacjentów z nowotworem: przyspiesza diagnostykę i leczenie, porządkuje kolejne etapy postępowania oraz zapewnia pacjentom priorytetowy dostęp do badań. Diagnostyka onkologiczna realizowana w ramach karty jest nielimitowana i finansowana przez Narodowy Fundusz Zdrowia.

Teraz jej elektroniczny odpowiednik (e-DiLO) zastąpi dotychczasowy model oparty na dokumentacji papierowej i obsłudze w aplikacji AP-DILO. Cyfryzacja ma usprawnić współpracę między placówkami uczestniczącymi w diagnostyce i leczeniu onkologicznym.

Jedna karta i pełna historia leczenia widoczna dla lekarza oraz pacjenta

Jedną z najważniejszych zmian jest możliwość śledzenia kolejnych etapów opieki nad pacjentem w systemie gabinetowym. Lekarz uzyska dostęp do informacji o dotychczasowej diagnostyce, wykonanych badaniach i przebiegu leczenia, co powinno ułatwić planowanie dalszego postępowania i ograniczyć ryzyko powielania badań.

Elektroniczny obieg dokumentacji ma także poprawić bezpieczeństwo danych oraz ułatwić przekazywanie informacji między placówkami. Dzięki kolejnej nowej usłudze e-zdrowia, czyli e-konsylium, lekarze będą mogli bezpiecznie udostępniać dokumentację pacjenta podczas konsultacji ze specjalistami z innych ośrodków. Podmioty działające w ramach Krajowej Sieci Onkologicznej (KSO) zyskają możliwość przeglądania kart niezależnie od etapu, na którym znajduje się pacjent.

Karta e-DiLO będzie też dostępna na Internetowym Koncie Pacjenta (IKP) oraz w aplikacji mojeIKP. Pacjent zobaczy informacje o podejrzeniu lub rozpoznaniu nowotworu, zaplanowanych i wykonanych badaniach oraz aktualnym etapie leczenia.

Wyniki i opisy badań będą udostępniane w ramach elektronicznej dokumentacji medycznej. Dzięki temu pacjent łatwiej zorientuje się, na jakim etapie znajduje się jego diagnostyka i jakie działania zaplanowano w dalszym postępowaniu.

Harmonogram wdrażania e-DiLO

Od 11 sierpnia do 30 września 2026 r. dostęp do e-DiLO uzyskały specjalistyczne ośrodki leczenia onkologicznego poziomu III (SOLO III), pełniące również funkcję wojewódzkich ośrodków monitorujących (WOM).

Od 1 października 2026 r. system jest dostępny dla pozostałych podmiotów zakwalifikowanych do KSO, w tym ośrodków SOLO I, SOLO II i SOLO III, ośrodków kooperacyjnych oraz innych uprawnionych wystawców kart, takich jak lekarze POZ i lekarze realizujący programy zdrowotne.

Do końca 2026 r. dopuszczalne jest prowadzenie karty na dotychczasowych zasadach lub w nowej wersji elektronicznej. Od 1 stycznia 2027 r. e-DiLO stanie się obowiązkową formą prowadzenia karty we wszystkich placówkach. Zgodnie z założeniami projektu finansowanie świadczeń onkologicznych przez NFZ ma być powiązane z obowiązkiem założenia pacjentowi elektronicznej karty.

Harmonogram wdrażania karty e-DiLO
Harmonogram wdrażania karty e-DiLO

Akademia Centrum e-Zdrowia prowadzi obecnie szkolenia dla personelu medycznego i pracowników odpowiedzialnych za obsługę oraz monitorowanie kart e-DiLO. Trwają one około 1,5 godziny i obejmują również sesję pytań i odpowiedzi oraz konsultacje dotyczące najczęstszych problemów związanych z obsługą systemu.


Obraz po lewej pokazuje, które obszary twarzy miały największy wpływ na ocenę rokowania pacjentów z rakiem, a obraz po prawej – na szacowanie wieku biologicznego. Żółtym kolorem zaznaczono obszary najważniejsze dla działania każdego z modeli (zdjęcie: Mass General Brigham)

Obraz po lewej pokazuje, które obszary twarzy miały największy wpływ na ocenę rokowania pacjentów z rakiem, a obraz po prawej – na określenie wieku biologicznego. Żółtym kolorem zaznaczono obszary najważniejsze dla działania każdego z modeli (zdjęcie: Mass General Brigham)

Naukowcy z Mass General Brigham opracowali model AI, który na podstawie analizy fotografii twarzy pacjenta może oszacować wiek biologiczny, a nawet rokowania przeżycia pacjentów onkologicznych.

Newsletter OSOZ - zapisz się

Model szacuje, czy organizm pacjenta zniesie uciążliwe leczenie np. chemioterapię

Wykorzystując 40 mln zdjęć twarzy, naukowcy wytrenowali model sztucznej inteligencji, który na podstawie fotografii twarzy szacuje kondycję organizmu.

Na podstawie modelu nazwanego FAHR-Face (Foundation Artificial Intelligence for Health Recognition) zbudowano następnie dwa narzędzia: FAHR-FaceAge do szacowania wieku biologicznego oraz FAHR-FaceSurvival przewidujące szanse przeżycia pacjentów z chorobą nowotworową.

Wiek metrykalny, czyli liczba lat od narodzin, nie odzwierciedla rzeczywistej kondycji organizmu. Dwie osoby w tym samym wieku często bardzo różnią się sprawnością fizyczną, odpornością na obciążenia chorobowe i tym, jak reagują na intensywne leczenie. Ocena tych różnic ma szczególne znaczenie w onkologii, gdzie lekarze musi wziąć pod uwagę korzyści i ryzyko związane m.in. z chemioterapią, radioterapią czy operacją.

FAHR-FaceAge analizuje charakterystyczne obszary twarzy, w tym bruzdy nosowo-wargowe, okolice czoła i skronie. Na tej podstawie szacuje wiek biologiczny. Drugie narzędzie, FAHR-FaceSurvival, pod lupę bierze inne obszary obrazu, zwłaszcza okolice pod oczami oraz nasadę nosa. Według naukowców, różnica między wartościami wieku kalendarzowego a biologicznego może być wykorzystana do określania szans przeżycia pacjentów onkologicznych.

Badacze z Brigham sprawdzili też, czy prognoza algorytmu jest zawsze dokładna, niezależnie od jakości zdjęcia. W tym celu przetestowano działanie algorytmu na zdjęciach wykonanych w różnych konfiguracjach: z różnymi ustawieniami głowy, oświetleniem, mimiką i makijażem. Dokładność FAHR-FaceAge była stabilna, co predysponuje model do zastosowania w każdych warunkach klinicznych. Na jego precyzję nie wpłynęły też znacząco zabiegi chirurgii plastycznej. Niewielkie odchylenia odnotowano po operacji nosa.

Wysoka dokładność prognozy ryzyka zgodnu

W badaniu opublikowanym w „The Lancet Digital Health” model FAHR-FaceSurvival osiągnął C-index na poziomie 0,72, co oznacza, że dobrze rozróżniał pacjentów o wyższym i niższym ryzyku zgonu. Wartość 1 oznaczałaby idealne rozróżnianie, a 0,5 – wynik odpowiadający losowej klasyfikacji pacjentów.

Wśród pacjentów zakwalifikowanych do najwyższej ćwiartki ryzyka odsetek przeżycia pięcioletniego wynosił 17,7 proc., podczas gdy w najniższej ćwiartce sięgał 78,1 proc. Pacjenci z najwyższej grupy ryzyka mieli również 3,23 razy wyższe ryzyko zgonu niż osoby z grupy najniższego ryzyka.

FAHR-FaceAge osiągnął średni błąd bezwzględny wynoszący 5,1 roku. Sam szacowany wiek biologiczny miał jednak ograniczoną zdolność przewidywania ryzyka zgonu – wartość C-index wyniosła 0,57. Dopiero połączenie wyników obu modeli poprawiało dokładność ocenę rokowania.

Badanie objęło 38 183 pacjentów leczonych radioterapią w ośrodkach powiązanych z Harvardem oraz niezależną grupę 4892 pacjentów z Maastricht.

Dodatkowa wiedza o tym, jak mocny jest organizm pacjenta

Już mniej zaskakujący jest wynikający z badania związek między stylem życia a szacowanym wiekiem biologicznym. Osoby intensywnie palące, nadużywające alkoholu lub używające narkotyków częściej wyglądały na starsze biologicznie. Najmocniejsza korelacja występuje u palaczy – palenie papierosów znacznie podwyższa wiek biologiczny. Także byli palacze mają wyższy wiek biologiczny niż osoby, które nigdy nie paliły.

Według Raymonda Maka, onkologa radioterapeuty z Mass General Brigham Cancer Institute i autora publikacji, AI może z powodzeniem pomóc lekarzom w ocenie rezerw fizjologicznych i kruchości organizmu przed wdrożeniem intensywnego leczenia. Nowy model jest dobrym uzupełnieniem standardowej oceny stanu zdrowia przeprowadzanej przez lekarzy przed terapią. Ale jak podkreśla, narzędzie nadaje się do indywidualizacji terapii, nie powinno jednak zastępować decyzji lekarza.

Zaletą rozwiązania jest prostota pozyskania danych do analizy. Fotografia twarzy jest o wiele łatwiejsza do wykonania niż pobranie krwi lub przeprowadzenie dodatkowego badania obrazowego. Aby takie narzędzie mogło być bezpiecznie wykorzystywane w szpitalach, konieczne są dalsze badania potwierdzające jego dokładność w różnych populacjach i grupach pacjentów. Trzeba również ustalić, w jakim stopniu algorytm rzeczywiście odzwierciedla biologiczną kondycję organizmu i które cechy twarzy odpowiadają za przewidywania dotyczące przeżycia.

- Cyberbezpieczeństwo trzeba traktować jako stały proces zarządzania ryzykiem - mówi Norbert Przemyk odpowiedzialny za ochronę danych w Górnośląskim Centrum Medycznym
– Cyberbezpieczeństwo trzeba traktować jako stały proces zarządzania ryzykiem – mówi Norbert Przemyk odpowiedzialny za ochronę danych w Górnośląskim Centrum Medycznym

– Nie ma jednej szczelnej bariery chroniącej przed atakami hakerów, cyberbezpieczeństwo szpitala wymaga ciągłego doskonalenia – mówi Norbert Przemyk, Główny Specjalista ds. Technologii Informacyjnych w Górnośląskim Centrum Medycznym im. prof. Leszka Gieca Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.

Raport "cyberbezpieczeństwo w placówkach zdrowia"

Statystyki pokazują, że z roku na rok rośnie liczba ataków na placówki zdrowia. Czy zauważa Pan to też w swojej pracy?

Zdecydowanie tak. Obserwujemy wyraźny wzrost liczby prób cyberataków wymierzonych w podmioty ochrony zdrowia. Obejmują one zarówno klasyczne metody, takie jak phishing i próby wyłudzenia danych uwierzytelniających, jak i bardziej zaawansowane ataki ransomware, których celem jest zablokowanie dostępu do systemów informatycznych, a następnie wymuszenie okupu.

Coraz częściej mamy również do czynienia z atakami, które nie są przypadkowe, lecz stanowią element wcześniej przygotowanych i ukierunkowanych działań wymierzonych w konkretną placówkę.

Sektor ochrony zdrowia jest szczególnie atrakcyjnym celem dla cyberprzestępców z kilku powodów. Placówki medyczne przetwarzają duże ilości wrażliwych danych, w tym danych dotyczących pacjentów, a jednocześnie ich działalność wymaga zachowania ciągłości i dostępności systemów. W przypadku incydentu cyberbezpieczeństwa konsekwencje mogą więc dotyczyć nie tylko bezpieczeństwa danych, ale również bieżącego funkcjonowania placówki i zapewnienia ciągłości udzielania świadczeń.

Jak najczęściej hakerzy próbują złamać zabezpieczenia?

Najczęściej atak rozpoczyna się od phishingu, czyli próby nakłonienia pracownika do określonego działania za pomocą odpowiednio przygotowanej, fałszywej wiadomości e-mail lub SMS. Współczesne ataki coraz rzadziej polegają na bezpośrednim, siłowym przełamywaniu zabezpieczeń technicznych. Cyberprzestępcy częściej wykorzystują czynnik ludzki, w szczególności nieuwagę lub brak ostrożności użytkownika.

Uzyskanie dostępu do systemu może następnie umożliwić kradzież danych albo uruchomienie ataku ransomware, którego skutkiem jest zablokowanie dostępu do systemów i utrudnienie bieżącego funkcjonowania placówki.

Dlatego bezpieczeństwo cyfrowe wymaga odpowiednich rozwiązań technologicznych, ale również odpowiedniej świadomości i czujności osób korzystających z systemów informatycznych.

Jak działa komórka ds. cyberbezpieczeństwa w GCM?

Obecnie komórka ds. cyberbezpieczeństwa w GCM jest w trakcie przebudowy. Bezpośrednio podlega mi, a jej działania koncentrują się przede wszystkim na budowaniu bezpieczeństwa biernego w obszarze cyberbezpieczeństwa.

Do najważniejszych zadań należą opracowywanie i doskonalenie procedur bezpieczeństwa, prowadzenie szkoleń oraz systematyczne budowanie świadomości pracowników w zakresie występujących zagrożeń cybernetycznych.

Celem tych działań jest stworzenie odpowiednich mechanizmów organizacyjnych i zwiększanie odporności placówki na potencjalne zagrożenia.

Raport "Ochrona danych medycznych"

Które metody zabezpieczeń danych są dla Pana absolutnym priorytetem?

Na pierwszym miejscu jest podejście wielowarstwowe. Nie ma obecnie jednego rozwiązania, które mogłoby zagwarantować pełne bezpieczeństwo danych. Kluczowe jest połączenie kilku wzajemnie uzupełniających się elementów, takich jak stałe monitorowanie infrastruktury IT, uwierzytelnianie wieloskładnikowe MFA, bieżące aktualizowanie systemów oraz wykonywanie regularnych kopii zapasowych, które powinny być również cyklicznie testowane.

Szczególne znaczenie w ochronie zdrowia mają kopie zapasowe, ponieważ pozwalają na szybkie przywrócenie działania systemów nawet w sytuacji, gdy atak ransomware zakończy się powodzeniem.

Nie można również pomijać czynnika ludzkiego. Nawet najbardziej zaawansowane zabezpieczenia techniczne nie będą w pełni skuteczne, jeśli użytkownik nie rozpozna próby phishingu lub nie będzie przestrzegał podstawowych zasad bezpieczeństwa. Dlatego regularne szkolenia oraz systematyczne budowanie świadomości personelu traktuję jako istotny element ochrony danych.

Krótko mówiąc, priorytetem jest nie tylko zapobieganie atakom, ale również zdolność do ich szybkiego wykrycia, ograniczenia skutków incydentu oraz sprawnego odtworzenia danych i usług.

Jak wygląda Pana dzień pracy?

Pracując w tak dużej organizacji, trudno mówić o dwóch identycznych dniach pracy. Znaczna część moich obowiązków jest planowana z wyprzedzeniem i obejmuje koordynację projektów informatycznych, rozwój systemów, wdrażanie nowych rozwiązań oraz nadzór nad przestrzeganiem przyjętych standardów bezpieczeństwa.

Jednocześnie każdego dnia pojawiają się sytuacje wymagające bieżącej analizy, szybkiej reakcji i podejmowania decyzji operacyjnych. W obszarze cyberbezpieczeństwa istotna jest więc zarówno praca planowa, jak i gotowość do reagowania na pojawiające się zdarzenia.

Moja rola nie polega na bezpośrednim monitorowaniu zagrożeń cyberbezpieczeństwa. Sprawuję natomiast nadzór nad procesem monitorowania, który realizują wyspecjalizowani pracownicy i zespoły. Odpowiadam za to, aby mechanizmy kontroli funkcjonowały skutecznie, a wykryte incydenty były właściwie analizowane i obsługiwane.

newsletter osoz

Czy cyberbezpieczeństwo placówki zdrowia kosztuje dużo?

Cyberbezpieczeństwo wymaga inwestycji, jednak zdecydowanie bardziej kosztowny może okazać się brak odpowiednich zabezpieczeń. Skutki skutecznego cyberataku to koszty techniczne związane z odtworzeniem systemów, przestoje w funkcjonowaniu placówki, ryzyko utraty danych oraz naruszenia bezpieczeństwa danych pacjentów.

Nie oznacza to jednak, że skuteczna ochrona zawsze wymaga bardzo dużych nakładów finansowych. Wiele kluczowych działań można wdrożyć przy stosunkowo niewielkich kosztach. W pierwszej kolejności inwestowałbym w regularne wykonywanie kopii zapasowych, zapewnienie bieżącej aktualizacji systemów i oprogramowania, podnoszenie kwalifikacji zespołów IT, wdrożenie segmentacji sieci, przygotowanie procedur zwiększających odporność organizacji i ograniczających ryzyko oraz regularne szkolenia personelu. Są to rozwiązania, które mogą zapewnić wysoki poziom ochrony w stosunku do ponoszonych nakładów.

Dopiero kolejnym etapem powinno być wdrażanie bardziej zaawansowanych systemów monitorowania bezpieczeństwa, wykrywania zagrożeń czy ochrony sieci. Najważniejsze jest jednak zbudowanie solidnych podstaw, ponieważ nawet najbardziej zaawansowane i kosztowne technologie nie zastąpią wykwalifikowanego personelu oraz świadomych i odpowiednio przeszkolonych użytkowników.

W ochronie zdrowia warto postrzegać cyberbezpieczeństwo jako inwestycję w ciągłość działania placówki i bezpieczeństwo pacjentów. Nakłady przeznaczone na zapobieganie incydentom mogą być wielokrotnie niższe niż koszty usuwania skutków poważnego cyberataku.

Każdy system IT czy urządzenie medyczne podłączone do sieci, a tych mogą być dziesiątki, jest potencjalną furtką dla hakerów. Jak zapanować nad szczelnością tak zawiłej infrastruktury?

To jedno z największych wyzwań współczesnej ochrony zdrowia. Rzeczywiście, każda stacja robocza, serwer, urządzenie medyczne czy aplikacja podłączona do sieci może stać się potencjalnym punktem wejścia dla atakującego. Nie da się jednak osiągnąć pełnego bezpieczeństwa poprzez zabezpieczenie każdego elementu osobno. Kluczowe jest systemowe podejście do zarządzania bezpieczeństwem.

W praktyce podstawą jest dokładna inwentaryzacja wszystkich zasobów, ponieważ nie można chronić czegoś, o czym nie wiemy, że istnieje. Następnie konieczne są regularne aktualizacje, segmentacja sieci, kontrola dostępu oraz ciągłe monitorowanie środowiska IT.

Coraz częściej stosujemy również zasadę „zero trust”, czyli założenie, że nie należy automatycznie ufać żadnemu użytkownikowi ani urządzeniu, nawet jeśli znajduje się wewnątrz sieci placówki. Każdy dostęp powinien być weryfikowany i nadawany wyłącznie w zakresie niezbędnym do wykonywania obowiązków.

Cyberbezpieczeństwo w tak rozbudowanym środowisku nie polega więc na stworzeniu jednej szczelnej bariery, ale na budowaniu wielu warstw ochrony. Jeżeli jedna z nich zostanie przełamana, kolejne powinny zatrzymać lub ograniczyć skutki ataku. Dzięki temu nawet rozległa infrastruktura może pozostać bezpieczna i odporna na zagrożenia.

Pobierz bezpłatnie nowy raport specjalny o bezpieczeństwie danych w placówkach ochrony zdrowia
Pobierz bezpłatnie nowy raport specjalny o bezpieczeństwie danych w placówkach ochrony zdrowia

GCM jako podmiot kluczowy też wdraża NIS2. Na jakim etapie przygotowań jest szpital?

Górnośląskie Centrum Medyczne prowadzi intensywne działania związane z dostosowaniem organizacji do wymagań dyrektywy NIS2 oraz przepisów Krajowego Systemu Cyberbezpieczeństwa. Obecnie znajdujemy się na końcowym etapie wdrożenia, obejmującym dopracowanie procedur, weryfikację przyjętych rozwiązań organizacyjnych i technicznych oraz zapewnienie pełnej zgodności z obowiązującymi wymaganiami.

NIS2 to – oprócz wdrożenia nowych narzędzi i dokumentacji – przede wszystkim zmiana podejścia do zarządzania cyberbezpieczeństwem i budowania odporności organizacji na incydenty. W praktyce oznacza to konieczność ciągłej analizy ryzyka, rozwijania procedur reagowania, podnoszenia kompetencji pracowników oraz monitorowania skuteczności wdrożonych mechanizmów ochronnych.

Największym wyzwaniem jest skala i złożoność środowiska szpitalnego. Placówka medyczna to systemy informatyczne, rozbudowana infrastruktura medyczna, liczne urządzenia diagnostyczne, systemy administracyjne oraz szerokie grono użytkowników. Wszystkie te elementy muszą współpracować w sposób bezpieczny, a jednocześnie nie mogą ograniczać podstawowej misji szpitala, jaką jest zapewnienie ciągłości świadczeń medycznych i bezpieczeństwa pacjentów.

Trudnym obszarem jest także budowanie świadomości cyberbezpieczeństwa w całej organizacji. Nawet najlepsze rozwiązania technologiczne nie zapewnią pełnej ochrony bez zaangażowania pracowników i przestrzegania przez nich przyjętych zasad. Dlatego tak duży nacisk kładziemy na szkolenia, rozwój kompetencji oraz budowanie kultury bezpieczeństwa.

W mojej ocenie wdrożenie NIS2 jest szansą na uporządkowanie procesów, zwiększenie odporności organizacji na współczesne zagrożenia oraz podniesienie poziomu bezpieczeństwa danych i usług, od których zależy funkcjonowanie szpitala i bezpieczeństwo pacjentów.

Wdrożenie jakich elementów NIS2 zalecałby Pan placówkom, których dyrektywa nie obejmuje?

Rekomendowałbym wprowadzenie przede wszystkim analizy ryzyka, regularnych kopii zapasowych, uwierzytelniania wieloskładnikowego w kluczowych systemach, procedur reagowania na incydenty oraz szkoleń pracowników. To elementy, które znacząco zwiększają poziom bezpieczeństwa i odporność na cyberataki. Najważniejsza lekcja płynąca z NIS2 jest jednak taka, że cyberbezpieczeństwo powinno być traktowane jako stały proces zarządzania ryzykiem, a nie wyłącznie obowiązek wynikający z przepisów.

Często mówi się, że najsłabszym ogniwem ochrony danych są ludzie. Co zrobić, aby stali się najmocniejszym elementem?

Kluczem jest ciągłe podnoszenie świadomości pracowników oraz budowanie kultury bezpieczeństwa w całej organizacji.

W szpitalu prowadzimy regularne szkolenia i działania edukacyjne, które pomagają pracownikom rozpoznawać zagrożenia, takie jak phishing, próby wyłudzenia danych czy inne formy socjotechniki. Staramy się również uświadamiać, że cyberbezpieczeństwo nie jest wyłącznie zadaniem działu IT, ale wspólną odpowiedzialnością wszystkich osób korzystających z systemów i przetwarzających dane.

Bardzo duży nacisk kładziemy także na zgłaszanie nawet najmniejszych nieprawidłowości. W obszarze cyberbezpieczeństwa nie ma błahych incydentów. Podejrzana wiadomość e-mail, nietypowe zachowanie systemu czy próba uzyskania nieautoryzowanego dostępu mogą być pierwszym sygnałem poważniejszego zagrożenia. Dlatego zachęcamy pracowników do szybkiej eskalacji wszelkich wątpliwości i potencjalnych incydentów.

Naszym celem jest stworzenie środowiska, w którym pracownik nie obawia się zgłaszać problemów, lecz traktuje to jako naturalny element dbania o bezpieczeństwo organizacji. Dzięki temu jesteśmy w stanie szybciej identyfikować zagrożenia i skuteczniej na nie reagować.

Ostatecznie nawet najlepsze technologie nie zastąpią świadomego i zaangażowanego personelu. To właśnie ludzie, którzy potrafią rozpoznać zagrożenie i odpowiednio zareagować, stanowią dziś najskuteczniejszą linię obrony przed cyberatakami.

Czego z pracy w GCM nauczył się Pan o cyberbezpieczeństwie, hakerach?

Praca w Górnośląskim Centrum Medycznym nauczyła mnie przede wszystkim, że w obszarze cyberbezpieczeństwa nie można opierać się wyłącznie na przekonaniu, że obecne zabezpieczenia są wystarczające.

Zagrożenia nieustannie ewoluują, dlatego kluczowe jest ciągłe przygotowywanie się na różne scenariusze, regularne wdrażanie nowych rozwiązań oraz testowanie skuteczności istniejących mechanizmów ochrony.

Doświadczenie pokazuje również, że cyberbezpieczeństwo nie jest wyłącznie kwestią technologii. Równie ważni są ludzie, ich wiedza, doświadczenie i umiejętność współpracy. Zarządzając bezpieczeństwem tak złożonej organizacji, nauczyłem się, że warto korzystać z wiedzy i kompetencji specjalistów oraz budować kulturę otwartej wymiany informacji. Żadna osoba nie jest w stanie samodzielnie przewidzieć wszystkich zagrożeń, dlatego skuteczne działania wymagają pracy zespołowej i zaufania do ekspertów w poszczególnych obszarach. Praca w ochronie zdrowia uświadomiła mi również, że cyberprzestępcy są coraz bardziej zorganizowani, cierpliwi i konsekwentni. Dlatego sukces w cyberbezpieczeństwie opiera się na budowaniu odporności organizacji, szybkim wykrywaniu zagrożeń i skutecznym reagowaniu na potencjalne incydenty. Nie da się całkowicie wyeliminować ryzyka – dlatego najważniejszy jest proces ciągłego doskonalenia. Jednorazowo wdrożone zabezpieczenia to za mało.

Z platformy AI wspomagania decyzji klinicznych OpenEvidence korzysta już 7 na 10 lekarzy w USA (zdjęcie wygenerowane przez AI)
Z platformy AI wspomagania decyzji klinicznych OpenEvidence korzysta już 7 na 10 lekarzy w USA (zdjęcie wygenerowane przez AI)

Naukowcy przeanalizowali 271 mln pytań zadanych przez 950 tys. pracowników ochrony zdrowia w okresie 2,5 roku na najpopularniejszej platformie AI wspomagania decyzji klinicznych OpenEvidence. Wyniki opublikowane na łamach czasopisma JAMA sugerują, że diagnoza wcale nie jest głównym powodem sięgania po wsparcie AI.

Lekarze wiedzą co jest pacjentowi, ale szukają najlepszej ścieżki dalszego postępowania

Badacze z Harvard Medical School i Mass General Brigham przeanalizowali, jak amerykańscy lekarze korzystają z OpenEvidence, bezpłatnej platformy AI, która odpowiada na pytania dotyczące diagnozy albo leczenia, sięgając do literatury medycznej. Analizą objęto okres 2,5 roku, od stycznia 2024 r. do czerwca 2026 r.

Liczba aktywnych użytkowników platformy wzrosła z 355 w styczniu 2024 r. do ponad 703 tys. w czerwcu 2026 r. Zwiększyła się również częstotliwość korzystania z narzędzia: przeciętny aktywny użytkownik zadawał miesięcznie 39,5 pytania, podczas gdy na początku badanego okresu było to 18 pytań. Według aktualnych danych, z OpenEvidence korzysta już 7 na 10 lekarzy w USA.

Z jakimi pytaniami zwracają się pracownicy medyczni do AI? W przypadku lekarzy 51,9 proc. sklasyfikowanych pytań dotyczyło podejmowania decyzji klinicznych. Tematami największej części czatów były sposób leczenia i ścieżka postępowania z pacjentem (33,1 proc. zapytań) oraz diagnozowanie chorób (13,9 proc.).

Liczba użytkowników i zapytań na platformie AI OpenEvidence (źródło: JAMA, tłumaczenie własne)
Liczba użytkowników i zapytań na platformie AI OpenEvidence (źródło: JAMA, tłumaczenie własne)

Dla młodych lekarzy AI to prawie jak stetoskop

Badacze przyjrzeli się też wiekowi użytkowników OpenEvidence. Osoby, które ukończyły studia medyczne w ciągu ostatnich dziesięciu lat, znacznie częściej zwracały się do AI po pomoc niż średnia dla całej populacji lekarzy w USA. Wskaźnik wykorzystania platformy w tej grupie wyniósł 2,54. Wyjątkowo często z AI korzystali lekarze w trakcie specjalizacji i szkolenia podyplomowego. Dla młodszych przedstawicieli zawodu narzędzia oparte na AI stają się naturalnym sposobem wyszukiwania wiedzy.

Różnice były widoczne także między specjalizacjami. Onkolodzy, hematolodzy, interniści oraz lekarze medycyny rodzinnej najczęściej stanowią największą grupę użytkowników AI. Co ciekawe, zapytania często wykraczały poza podstawowy obszar specjalizacji użytkownika. W przypadku lekarzy medycyny ratunkowej aż 88 proc. analizowanych pytań dotyczyło zagadnień spoza ich własnej specjalności. Wśród onkologów i hematologów odsetek ten wynosił 35 proc.

raport ochrona danych medycznych

To pokazuje, że AI pomaga sięgnąć po wiedzę, która wykracza poza własną specjalizację, co jest szczególnie istotne w opiece nad m.in. pacjentami z wielochorobowością oraz w medycynie ratunkowej. Od razu nasuwa się pytanie: czy fakt, że lekarze mają teraz dostęp do szerszej wiedzy, ogranicza liczbę wystawianych skierowań do specjalistów? Tego niestety nie wiemy. Badanie analizowało tylko pytania kierowane do platformy, a nie rzeczywisty przebieg konsultacji czy sposób podejmowania ostatecznych decyzji terapeutycznych.

AI już się upowszechniła, ale czy poprawia jakość leczenia?

Autorzy badania podkreślają, że skutki klinicznego wykorzystania AI wymagają dalszej oceny. Jak wskazują, „to, czy AI poprawi jakość i efektywność opieki, będzie zależeć od dokładności tych narzędzi, szkolenia lekarzy w zakresie ich stosowania oraz gotowości instytucji do dostosowania sposobu nauczania, oceny i nadzoru nad AI”.

Autorzy zwracają również uwagę, że skuteczność AI wymaga dalszych badań. Badanie pokazuje, że AI jest chętnie stosowane i pomaga w diagnozie i wyborze sposobu leczenia, ale nie wiadomo, jak wpływa na wyniki. Pytań jest jeszcze więcej: czy poziom wiedzy o stosowaniu narzędzi AI wpływa na rekomendacje AI? Czy to, że młodzi lekarze często sięgają do AI powoduje zanik umiejętności samodzielnego podejmowania decyzji klinicznych? Czy rekomendacje AI prowadzą do zmniejszenia czy zwiększenia kosztów opieki (np. generują więcej czy mniej skierowań do specjalistów, recept itd.)?

Należący do Oracle Health Cerner to największy dostawca systemów dla ochrony zdrowia w USA (grafika zmodyfikowana przez AI)
Należący do Oracle Health Cerner to największy dostawca systemów dla ochrony zdrowia w USA (grafika zmodyfikowana przez AI)

Hakerzy włamali się do starych serwerów systemu Cerner – przejętego w 2022 roku przez Oracle dostawcy oprogramowania dla placówek ochrony zdrowia w USA. W wyniku cyberataku mogły wyciec dane nawet 20 mln osób. FBI i Interpol prowadzą śledztwo, ale już teraz sąd uznał, że placówki zdrowia nie mogą przerzucić odpowiedzialności na dostawcę IT.

raport ochrona danych medycznych

Rok po wycieku wychodzą fakty na światło dzienne

Do włamania doszło na początku 2025 r., kiedy to nieuprawniona osoba uzyskała dostęp do starszych serwerów Cerner, wykorzystując skradzione dane uwierzytelniające. Według informacji przekazanych przez Oracle Health, incydent miał miejsce 22 stycznia 2025 r., a wykryto go 7 marca. Haker miał zażądać milionów dolarów w zamian za niepublikowanie skradzionych informacji.

Wstępne szacunki wskazywały, że skala wycieku jest niewielka. Ale w toku dochodzenia ujawniono, że może chodzić nawet o 20 mln e-kartotek pacjentów z ok. 80 szpitali.

Wśród przejętych danych są nazwiska, numery ubezpieczenia społecznego, informacje o diagnozach, leczeniu i przyjmowanych lekach, wyniki badań, obrazy diagnostyki medycznej, numery dokumentacji pacjentów oraz nazwiska lekarzy.

Według informacji opublikowanych przez HIPAA Journal, urząd generalnego stanu Teksas przekazał, że incydent mógł dotyczyć danych niemal 20 mln osób z 80 szpitali. Oracle Health nie podał oficjalnie całkowitej liczby poszkodowanych pacjentów ani wszystkich placówek objętych atakiem. Ale same potwierdzone zgłoszenia z poszczególnych stanów wskazują na miliony poszkodowanych. W Teksasie naruszenie dotyczyło prawie 3 mln osób, w Oregonie około 1,98 mln, w Karolinie Południowej ponad 283 tys., a w stanie Waszyngton ponad 69 tys. osób.

raport cyberbezpieczeństwo

Sąd mówi jasno: ochrony danych nie można w całości przerzucać na dostawcę IT

Oracle twierdzi, że atak dotyczył starszych serwerów Cerner, które nie zostały jeszcze przeniesione do Oracle Cloud. W 2022 roku Oracle przejął za kwotę 28,3 mld USD dostawcę oprogramowania dla ochrony zdrowia Cerner. Do dziś trwa migracja oprogramowania, a niektóre szpitale nawet po 4 latach od przejęcia korzystają ze starszej wersji EDM stworzonej jeszcze przez Cerner.

Eksperci zwracają uwagę, że w procesie przejęć przedsiębiorstw technologicznych konieczna jest szczegółowa ocena cyberbezpieczeństwa, obejmująca również starsze systemy, które nie zostały jeszcze zmodernizowane ani przeniesione do nowego środowiska.

Dodatkowym problemem jest podział obowiązków między dostawcą technologii a placówkami medycznymi. Oracle Health wskazał, że to poszczególne podmioty lecznicze muszą ustalić, czy doszło do naruszenia wymagającego zgłoszenia, oraz powiadomić poszkodowanych zgodnie z amerykańskimi przepisami HIPAA (odpowiednik RODO w Polsce).

W czerwcu br. sąd uznał, że szpitale nie mogą całkowicie przerzucić odpowiedzialności za ochronę danych na zewnętrznego dostawcę IT. Oznacza to, że zarówno Oracle Health jak i poszczególne sieci szpitali ponoszą współodpowiedzialność prawną.

Śledztwo w tej sprawie prowadzą Federalne Biuro Śledcze (FBI) oraz Interpol. Służby ustaliły m.in., że za atak odpowiada pojedynczy haker posługujący się pseudonimem „Andrew”. Nie powiązano go bezpośrednio z żadną ze znanych, zorganizowanych grup ransomware.

Nowe minimalne wymagania dla systemów IT w ochronie zdrowia dotyczą bezpieczeństwa danych i funkcjonalności oprogramowania, m.in. e-recept oraz elektronicznej dokumentacji medycznej
Nowe minimalne wymagania dla systemów IT w ochronie zdrowia dotyczą bezpieczeństwa danych i funkcjonalności oprogramowania, m.in. e-recept oraz elektronicznej dokumentacji medycznej

Uwierzytelnianie wieloskładnikowe (MFA), indywidualne konta użytkowników, szyfrowanie danych, monitoring anomalii i testowanie zabezpieczeń – to część minimalnych wymagań technicznych i funkcjonalnych dla systemów wykorzystywanych w ochronie zdrowia przygotowanych przez Centrum e-Zdrowia. Projekt trafił do konsultacji, które potrwają do 31 października 2026 r. Co zmiany oznaczają dla użytkowników systemów IT?

raport ochrona danych

Nowe standardy bezpieczeństwa systemów IT. Dla dużych firm to już standard

Po cyberataku na MyDr, Ministerstwo Cyfryzacji zapowiedziało tzw. Cyber Piątkę – pakiet zmian mających wzmocnić ochronę danych medycznych. Pierwsze szczegóły przedstawiono na spotkaniu z dostawcami systemów IT dla ochrony zdrowia zorganizowanym w Centrum e-Zdrowia.

Projekt zakłada wprowadzenie do systemów gabinetowych m.in. uwierzytelniania wieloskładnikowego (MFA) dla dostępu do funkcji związanych z komunikacją z P1. MFA polega na potwierdzaniu hasła logowania dodatkowym kodem otrzymywanym przez aplikację na smartfona albo SMS-em. Dostawcy zostaną zobowiązani do szyfrowania danych, monitoringu anomalii i testowania zabezpieczeń oraz zarządzania podatnościami, obejmującego ich identyfikację, ocenę, ustalanie priorytetów i usuwanie. Szczególny nacisk ma być położony na podatności krytyczne oraz komponenty wpływające na komunikację z platformą e-zdrowia P1. Przewidziano także testowanie aplikacji, infrastruktury i interfejsów API, szczególnie po wprowadzeniu istotnych zmian.

Spełnienie wymagań będzie musiało zostać potwierdzone w dokumentacji dotyczącej konfiguracji systemu IT oraz na podstawie wyników testów, audytów, rejestrów ryzyk, procedur, ewidencji uprawnień oraz zapisów w logach. Projekt przewiduje ponadto utrzymywanie aktualnego wykazu komponentów, bibliotek, zależności, certyfikatów, poświadczeń i integracji komunikujących się z P1.

Wiodący dostawcy IT dla ochrony zdrowia w Polsce już i tak spełniają większość tych wymagań, bo to standard w zakresie bezpieczeństwa danych. Mogą one jednak być sporym wyzwaniem dla małych firm, które zostaną obciążone dodatkową pracą dokumentacyjną.


Co przewidują nowe minimalne wymagania dla systemów IT w ochronie zdrowia?

Systemy IT muszą mieć określone funkcje dotyczące e-recept i EDM

Opublikowany dokument „Minimalne wymagania techniczne i funkcjonalne dla systemów usługodawców” określa też, jakie bazowe funkcje powinny mieć systemy IT usługodawców. W zależności od rodzaju udzielanych świadczeń, wymagania obejmują m.in. e-recepty, e-skierowania, Centralną e-Rejestrację, elektroniczną dokumentację medyczną i zdarzenia medyczne.

Oprogramowanie IT placówek medycznych ma umożliwiać m.in. wystawianie i anulowanie e-recept, weryfikację ich pakietów w P1 oraz przeglądanie i pobieranie recept historycznych. W przypadku elektronicznej dokumentacji medycznej (EDM) jest to m.in. tworzenie i podpisywanie dokumentów, zachowywanie poprzednich wersji oraz obsługa wymiany dokumentacji za pośrednictwem P1.

newsletter osoz

Projekt określa też minimalną przepustowość łącza potrzebną do komunikacji systemów usługodawców z P1 na poziomie 2 Mb/s. Wymagana przepustowość rośnie wraz z liczbą równoczesnych użytkowników i zależy od obsługiwanych usług. Dokument nie wskazuje wprost, że każda placówka musi wykupić łącze internetowe o określonych parametrach.

Co będzie po stronie dostawcy IT a placówki zgodnie z projektem minimalnych wymagań dla systemów IT dla ochrony zdrowia?
Co będzie po stronie dostawcy IT a placówki zgodnie z projektem minimalnych wymagań dla systemów IT dla ochrony zdrowia?

Co to oznacza dla gabinetów lekarskich, przychodni i szpitali?

Wszystko zależy od ostatecznego kształtu wymagań. Warto przypomnieć, że art. 8b ustawy o systemie informacji w ochronie zdrowia jasno wskazuje, że usługodawcy mają zapewnić zgodność swoich systemów z opublikowanymi minimalnymi wymaganiami. Z kolei art. 8d nakłada obowiązki dotyczące bezpiecznej komunikacji zarówno na usługodawców, jak i na dostawców usług informatycznych.

Nowe wymagania nie zmieniają jednak dotychczasowego podziału kompetencji w zakresie ochrony danych. Placówki medyczne nie powinny zakładać, że zakup oprogramowania automatycznie zwalnia je z odpowiedzialności ochrony danych. Większość zagrożeń związanych z atakami cybernetycznymi pozostaje poza oprogramowaniem medycznym i wymaga wdrożenia systemu bezpieczeństwa informacji, zarządzania ryzykiem itd.

Placówki i dostawcy będą mieli 9 miesięcy na przygotowanie się do nowych wymagań, licząc od dnia publikacji w Biuletynie Informacji Publicznej (BIP).

Zmiany mogą być najbardziej uciążliwe dla małych gabinetów lekarskich korzystających z autorskich systemów IT. Te mogą sobie nie poradzić ze spełnieniem nowych wymagań i zniknąć z rynku. Bezpieczne zarządzanie dostępem, kopiami zapasowymi i monitorowanie zdarzeń mogą też być dodatkowym obciążeniem dla małych praktyk lekarskich bez wsparcia IT. Dla wszystkich placówek dużą zmianą może okazać się uwierzytelnianie wieloskładnikowe.

wytyczne bezpieczeństwo danych

Konsultacje do końca października

W konsultacjach projektu mogą wziąć udział producenci oprogramowania medycznego, dostawcy usług IT i chmurowych, eksperci cyberbezpieczeństwa, szpitale i inne podmioty lecznicze, organizacje branżowe, środowisko akademickie oraz personel medyczny.

Uwagi można zgłaszać do 31 października 2026 r. pod adresem konsultacje@cez.gov.pl, wpisując w temacie „Konsultacje minimalnych wymagań z art. 8b ustawy o SIOZ”.

Adam Haertle jest założycielem portalu o cyberbezpiczeństwie ZaufanaTrzeciaStrona.pl
Adam Haertle jest założycielem portalu o cyberbezpiczeństwie ZaufanaTrzeciaStrona.pl

– Hakerowi wystarczy jedno niezabezpieczone wejście, aby dostać się do placówki zdrowia. Ale nawet jeśli mu się to uda, powinny być na niego zastawione kolejne pułapki. Tak, aby w jedną z nich wpadł – mówi Adam Haertle, założyciel serwisu ZaufanaTrzeciaStrona.pl i ekspert ds. cyberbezpieczeństwa. Rozmawiamy o kulisach ataku na MyDr, metodach działania grup cyberprzestępców, płaceniu okupu i tym, czy można się jeszcze obronić przed coraz bardziej wyrafinowanymi cyberatakami.

Dlaczego po wykradzeniu danych 19 mln osób z MyDr hakerzy skontaktowali się z Zaufaną Trzecią Stroną, aby nagłośnić sprawę?

Sprawcy, według mojej najlepszej wiedzy, próbowali skontaktować się z zaatakowaną firmą trzy dni wcześniej. Wysyłali e-maile i SMS-y na numery telefonów kierownictwa, ale przez co najmniej trzy doby nie otrzymali żadnej odpowiedzi. Pomyśleli więc, że przez dziennikarza będzie szybciej i odezwali się do mnie.

I osiągnęli cel, bo sprawa szybko została nagłośniona. Na razie cały czas toczy się śledztwo i nie wiemy, co dokładnie się stało. Po co jednak hakerzy kradną tak ogromne bazy danych, skoro raczej już z doświadczenia wiedzą, że prawdopodobieństwo, że poszkodowany zapłaci okup, jest małe?

Nasza ocena prawdopodobieństwa otrzymania okupu jest mocno zaburzona przez prosty fakt: kiedy hakerzy otrzymują okup, nie dowiadujemy się o tym.

Słyszymy przede wszystkim o przypadkach, w których płatność nie dochodzi do skutku, dochodzi do konfliktu pomiędzy włamywaczami a zaatakowaną firmą, nie osiągają porozumienia i informacja trafia do mediów.

Zgaduję – częściowo też w oparciu o swoją wiedzę – ale mogę powiedzieć, że wielokrotnie płatność okupu jednak następuje. W przypadku MyDr, przestępcy w specyficzny sposób komunikowali się z ofiarą i mediami. Najpierw twierdzili, że nie chcą okupu. A w kolejnym zdaniu napisali, że chcą opłaty za niezamówione testy bezpieczeństwa, które przeprowadzili, i przy okazji wykradli bazę danych. De facto były to więc żądania finansowe.

Nie wiem, jakie one były i czy zostały zrealizowane. Na koniec sprawcy podkreślili jednak dobrą współpracę z zaatakowaną firmą, a dane do tej pory nie wyciekły.

To, że nie wyciekły, nie znaczy, że nie wyciekną. Mogły być przecież sprzedane służbom państw nieprzyjaznych Polsce.

Z doświadczenia stawiałbym na to, że raczej tak się nie stało. Gdyby ktoś chciał te dane skomercjalizować, nie informowałby o tym mediów. W momencie, gdy wiadomo, jakie dane wyciekły, ich wartość spada. Fakt posiadania danych bez wiedzy właściciela zwiększa ich wartość.

Fakt, że media zostały o tym poinformowane i teraz wszyscy o tym wiemy, można z jednej strony potraktować jako reklamę takiej oferty, bo potencjalnie zwiększa rynek. Ale gdyby ktoś faktycznie chciał tymi danymi handlować, to w zasadzie w każdym znanym mi przypadku taki handel odbywa się bez upubliczniania faktu ich wykradzenia.

Są liczne kanały prywatne, z których włamywacze korzystają, przedstawiając ofertę sprzedaży potencjalnym zainteresowanym. Często takie transakcje odbywają się bez światła publicznego.

Rośnie nie tylko liczba cyberataków na ochronę zdrowia, ale także skala kradzionych danych
Rośnie nie tylko liczba cyberataków na ochronę zdrowia, ale także skala kradzionych danych

Czy hakerzy mają w ogóle jakikolwiek kręgosłup etyczny? Jeżeli żądają okupu i ktoś go zapłaci, czy dane są wtedy faktycznie odblokowywane i nie są dalej sprzedawane?

Trudno podejrzewać przestępców o szczególny kręgosłup etyczny, zwłaszcza jeżeli atakują firmy ochrony zdrowia. Kierują się przede wszystkim interesem komercyjnym, który jednak zakłada konieczność posiadania pewnej „wiarygodności” na rynku.

Jeżeli mówimy o organizacjach przestępczych szyfrujących dane i żądających okupu za ich odzyskanie oraz nieopublikowanie, albo jedno i drugie, to są one dosyć dużym ewenementem. Z reguły grupy przestępcze starają się regularnie zmieniać swoją tożsamość, żeby w razie identyfikacji nie przypisywać im więcej czynów niż to konieczne.

Tymczasem grupy szyfrujące dane działają pod określonymi markami, które same promują. Prowadzą nawet serwisy online z informacjami o swoich klientach, poradnikami, jak kupować kryptowaluty i jak zachowywać się w momencie ataku.

Liczą na to, że jeżeli będą zachowywać się rzetelnie i po otrzymaniu płatności udostępnią narzędzia do odszyfrowania danych, kolejne osoby też zapłacą. Jeżeli jednak wcześniejsze ofiary skarżą się w internecie, że po uiszczeniu zapłaty w kryptowalucie kontakt się urwał i nie otrzymały kluczy deszyfrujących, rośnie szansa, że kolejne ofiary też nie zapłacą.

Można więc mówić o czymś w rodzaju rankingu takich grup pod względem rzetelności i wiarygodności. Oczywiście nie znaczy to, że każda płatność oznacza udaną transakcję i otrzymanie tego, za co się zapłaciło.

W przypadku grup szyfrujących dane, w wielu przypadkach faktycznie starają się dostarczyć narzędzia pozwalające na odszyfrowanie danych. Nie zawsze są one dobrej jakości, ale pod względem technicznym starają się zapewnić możliwość odszyfrowania.

poradnik ochrona danych

Czy za takimi cyberatakami stoi wyłącznie interes finansowy, czy czasami są one także motywowane, na przykład, chęcią destabilizacji sytuacji politycznej?

To zależy od kraju pochodzenia napastników. Napastnicy z Białorusi, Rosji czy byłych republik radzieckich często działają pod pewnego rodzaju opieką służb danego kraju, choć niekoniecznie bezpośrednio pod ich kierownictwem.

Wiemy z licznych wycieków, że posiadają jakiś kanał komunikacji z kimś po stronie lokalnego wywiadu czy kontrwywiadu, cywilnego albo wojskowego. Jeżeli wykradną ciekawe dane albo zdobędą interesujące informacje, może się zdarzyć, że ktoś „na górze” będzie nimi zainteresowany i takie informacje zostaną przekazane w ramach współpracy. Nie mam na to bezpośrednich dowodów, ale prawdopodobieństwo, że główne grupy cyberprzestępcze działające na terenie byłego Związku Radzieckiego oddają jakąś część dochodu komuś, kto się nimi opiekuje i dba o to, żeby nie trafiły do więzienia, oceniam raczej wysoko.

Może się też zdarzyć, że takie grupy dostają zadania w określonym kierunku. Albo nawet nie dostają ich wprost, ale domyślają się, co ich opiekunom by się podobało. Rosyjskie grupy cyberprzestępcze mają też – podobnie jak zwykli przestępcy – potrzebę znalezienia jakiegoś uzasadnienia moralnego dla swoich działań. Jeżeli ktoś pobije drugą osobę, bo uzna, że tamta jest gorszym przestępcą, może sobie wmówić: „Ja będę teraz tym lepszym”.

Rosjanie zajmujący się włamaniami faktycznie dążą więc do tego, żeby pogrążyć te „złe” kraje Zachodu, które ich tak bardzo nie lubią. Jest w tym coś w rodzaju specyficznie rozumianego patriotyzmu.

Natomiast znakomita większość grup komercyjnych skupia się po prostu na osiąganiu dochodu. Niewykluczone jednak, że oprócz takich działań zakłócających i komercyjnych mamy też do czynienia z działaniami szpiegowskimi. To jest ta trzecia grupa, w której dane są po prostu kradzione i nikt nigdy się o tym nie dowiaduje, a kradzież odbywa się na zlecenie jakiejś instytucji państwowej.

O kradzieżach często słyszymy, ale rzadziej o tym, że udało się złapać cyberprzestępców. Jaka jest skuteczność ścigania hakerów?

Nie dysponujemy rzetelnymi statystykami, które odpowiadałyby na to pytanie. Po stronie polskich organów ścigania mamy liczbę zgłoszonych przestępstw w danej kategorii, ale ta kategoria jest bardzo pojemna. To, że coś jest przestępstwem komputerowym, wcale nie oznacza, że było włamaniem czy kradzieżą. Dzisiaj większość przestępstw ma też komponent komputerowy, bo technologia jest już obecna prawie wszędzie.

Natomiast wiemy, że takie kradzieże, małe czy duże, mają wykrywalność raczej jednocyfrową niż dwucyfrową.

Z wielu różnych powodów. Po pierwsze, są to sprawy skomplikowane technicznie, a przy niskim poziomie strat – są prowadzone przez lokalnych policjantów, którzy często nie mają odpowiednich narzędzi, szkoleń ani kompetencji, żeby ścigać sprawców.

W przypadku większych spraw, kompetencje i narzędzia są, ale z drugiej strony śledztwa są bardzo trudne, bo ślady cyfrowe łatwo jest sfałszować. Trudno jest zostawić na miejscu przestępstwa cudze DNA, ale jest to możliwe. Natomiast ukryć się za cudzym adresem IP w internecie jest trywialnie prosto. To są trzy kliknięcia, nie trzeba do tego doktoratu.

Do tego dochodzi transgraniczność tych przestępstw. Wielu sprawców działa poza terytorium Polski i nie ma polskiego obywatelstwa. Więc nawet jeżeli uda się ich zidentyfikować, zatrzymania poza granicami Polski są rzadkością.

W przypadku MyDr mamy do czynienia z wyciekiem danych z chmury. Wcześniej zawsze krążyła opinia, że chmura jest bezpieczniejsza niż baza lokalna. Czy to przekonanie jest błędne?

Myślę, że chmura jest tak samo bezpieczna jak lokalna baza danych. Wszystko zależy od tego, kto ją skonfigurował i w jaki sposób.

Ta baza mogła równie dobrze znajdować się na komputerze lokalnego programisty i zostać stamtąd pobrana. Nie ma znaczenia, czy link do niej jest serwowany z chmury czy z lokalnego komputera. Główny problem polegał na tym, że była to jakaś kopia danych sprzed paru lat – i że była dostępna dla kogoś, komu udało się uzyskać dostęp do systemów.

Ważnym elementem bezpieczeństwa chmury jest to, że przekazujemy troskę o zabezpieczenie infrastruktury w ręce zawodowców pracujących u dostawcy chmury. Jeżeli postawimy wszystko na własnych serwerach, musimy mieć ekspertów od zabezpieczenia infrastruktury. Pamiętajmy, że oprócz warstwy bazy danych, mamy kolejne warstwy IT, takie jak aplikacje i interfejsy. Ich bezpieczeństwo zależy już od naszych programistów, bazodanowców i administratorów. Możemy znowu wynająć te usługi od dostawcy chmury, ale aplikacje nadal ktoś musi napisać.

Nie ma znaczenia, czy dany program działa lokalnie, czy w chmurze. To od jakości kodu zależy, czy będą w nim błędy, jakie i ile ich będzie. Tego, że nie będzie ich wcale, raczej nie możemy oczekiwać. Samo przechowywanie danych w chmurze rzadko jest przesłanką ich bezpieczeństwa.

newsletter osoz

Czy mamy jakieś nowe metody, żeby chronić się przed cyberatakami? Phishing jest coraz skuteczniejszy, ponieważ hakerzy korzystają ze sztucznej inteligencji. Nie popełniają już rzucających się w oczy błędów językowych. W przypadku ochrony zdrowia mogą na przykład podszywać się pod strony Ministerstwa Zdrowia czy dostawców oprogramowania.

Niestety nie widzę takiej symetrii między metodami hakerów a metodami ochrony danych. Skala zagrożeń jest duża, bo narzędzia popełniania przestępstw są powszechnie dostępne, w zasięgu kilku kliknięć.

Kiedyś, żeby zostać przestępcą, trzeba było być bardziej zdeterminowanym, mieć odwagę wyjść na ulicę, wyrwać komuś torebkę, narażając się na pościg. Dzisiaj można to bardzo prosto zrobić przed ekranem komputera. Wielu, głównie młodych, ale nie tylko, ludzi decyduje się spróbować. Jeżeli kilka razy im się uda, zostają przestępcami.

Drugi problem to transgraniczność. Kiedyś, nie chodząc po danych dzielnicach, szansa, że dostaniemy w zęby, była relatywnie niższa. Dzisiaj ten strzał w zęby możemy dostać od kogokolwiek, skądkolwiek. To może być ktoś siedzący kilka tysięcy kilometrów dalej, kto natrafił na jakiś serwer i przez przypadek jest w stanie się do niego dostać. To powoduje również masowość tych ataków. Łatwość i masowość generują skalę. Po drugiej stronie mamy ludzi, którzy próbują się przed tym zabezpieczyć. I tutaj niestety obrona się nie skaluje.

W branży mówimy o problemie zamku z tysiącem okien. Żeby skutecznie obronić zamek, potrzebujemy tysiąca strażników. Przy tysiącu okien napastnik potrzebuje tylko tego, żeby jeden strażnik się zdrzemnął. Oczywiście wiemy o tym po stronie obrony. Wiemy, że oprócz strażnika przy każdym oknie trzeba jeszcze postawić strażników patrolujących korytarze, żeby sprawdzić, czy ktoś nie prześliznął się przez okno. Budowanie obrony polega więc na tworzeniu wielu różnych warstw zabezpieczeń.

Możemy stosować również pułapki wewnątrz organizacji. W analogii do zamku, nawet dotknięcie skrzyni ze skarbem powinno aktywować alarm, bo wszyscy jego mieszkańcy wiedzą, że dotykać jej nie wolno.

Budowanie systemu obrony naszego cyfrowego zamku, opartego na wielu warstwach, zakłada, że komuś zawsze uda się włamać i dostać do środka. Mając ograniczone zasoby, musimy skupić się na wykrywaniu włamań, a nie tylko na ich zapobieganiu.

Wiemy, że stuprocentowe zabezpieczenie przed atakami kosztowałoby nas bardzo dużo i niszczyłoby większość modeli biznesowych. Inny problem ze skalowalnością obrony polega na tym, że napastnik nie ma żadnych ograniczeń technicznych. Może przeprowadzać nieudane ataki, może je wielokrotnie powtarzać, może atakować tysiąc podmiotów naraz. Obrońcy nie mogą sobie pozwolić na tyle błędów, obrona musi być bardziej precyzyjna.

A czy AI pozwala lepiej chronić dane?

Jeżeli mówimy o zastosowaniu sztucznej inteligencji w ataku, to jeżeli napastnikowi coś nie zadziała, problem dla niego jest niewielki. Natomiast z punktu widzenia obrony, jeżeli zastosujemy systemy AI i damy im autonomię w obronie, nie mogą się one pomylić. Jeżeli tak się stanie, mogą nam wyłączyć nasze usługi i serwisy.

Automatyzacja ataku jest dużo prostsza niż automatyzacja obrony, bo napastnik po prostu nie przejmuje się skutkami. Najwyżej atak się nie uda – wtedy haker próbuje dalej gdzie indziej. Z kolei obrońca musi przejmować się skutkami swojej obrony; nie może pozwolić, żeby obrona na przykład pogorszyła sytuację albo doprowadziła do przerw w ciągłości działania.

Automat broniący może powiedzieć: „Ten atak jest tak niebezpieczny, że musimy wyłączyć usługę”. Może się okazać, że ta usługa jest potrzebna, żeby na przykład szpital mógł funkcjonować.

Defensywa jest więc dużo trudniejsza niż ofensywa, ale mądra obrona pozwala nam dzisiaj równoważyć sprawność napastników. Pamiętajmy, że po stronie napastników często spotykamy się z osobami mniej wykwalifikowanymi; jest ich dużo, ale ich średni poziom umiejętności jest dużo niższy niż po stronie obrońców.

Placówki zdrowia najczęściej nie mają dużych budżetów na inwestycje w cyberbezpieczeństwo. Czy są jakieś podstawowe zabezpieczenia, które można wdrożyć stosunkowo niskim kosztem, a które zapewniałyby, powiedzmy, ponad 90-procentowe bezpieczeństwo?

Rozmawiam czasem z ludźmi odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo w szpitalach i jest mi smutno po tych rozmowach. Pieniądze są, czy to środki z programu „Wsparcie cyberbezpieczeństwa w placówkach medycznych””, czy z KPO. Problem w tym, że często nie można ich wydać tam, gdzie najbardziej by się przydały.

A najbardziej przydałoby się zatrudnić albo lepiej wynagrodzić ludzi, którzy wiedzą, co w danej organizacji jest potrzebne. Najbardziej brakuje kompetencji.

Długofalowo, zakup urządzeń czy oprogramowania nie podnosi poziomu bezpieczeństwa. Bezpieczeństwo jest w stanie podnieść mądry człowiek, który będzie wiedział, co warto zrobić, kiedy i w jaki sposób, a potem będzie pilnował, żeby to faktycznie działało.

Zakup jednego urządzenia, którego dostawca obiecuje, że rozwiąże problemy, żadnych problemów nie rozwiąże. To, że urządzenie wykryje włamanie, wcale nie oznacza, że ktoś będzie wiedział, co z takim alertem zrobić. Po pierwsze, nie oznacza to, że ktoś ten alert przeczyta. Po drugie, jeżeli go przeczyta, nie oznacza to, że go zrozumie. Po trzecie, jeżeli zrozumie, to nie znaczy, że podejmie właściwe działania.

Dla mnie głównym problemem ochrony zdrowia są więc kompetencje ludzi, którzy za bezpieczeństwo bardzo ważnych danych otrzymują śmiesznie niskie wynagrodzenia. Cudem można nazwać to, że tych ataków jest tak niewiele przy skali problemu, z jakim mamy do czynienia.

Nie ma uniwersalnego rozwiązania w rodzaju: kupimy coś, postawimy i będzie działało. Dla mnie uniwersalnym rozwiązaniem byłoby: zatrudnimy człowieka, który popatrzy, co mamy, a czego nie mamy, jak wyglądają najczęstsze ataki i jak za przykładowo 20 procent kosztów pokryć 80 procent problemów.

raport aplikacje zdrowotne

Z informacji CSIRT Centrum Zdrowia wynika, że do sierpnia 2026 roku zgłoszono już prawie 1400 incydentów bezpieczeństwa danych w ochronie zdrowia. Wiemy, że te liczby są niedoszacowane, bo nie wszystkie incydenty są zgłaszane. Czym ryzykuje placówka, gdy pada ofiarą hakera i nie zgłasza tego?

Nie wiem, jakie w tej chwili są przewidziane sankcje wynikające ze wszystkich możliwych regulacji, ale jest ich sporo. Na pewno mamy sankcje z ustawy o ochronie danych osobowych wdrożonej w Polsce. Po kontroli, Urząd Ochrony Danych Osobowych może wydać rekomendacje albo nałożyć kary finansowe.

W zależności od klasyfikacji placówki z punktu widzenia krajowego systemu cyberbezpieczeństwa, po wdrożeniu NIS2 mamy również kary dla zarządów za niezastosowanie właściwych procedur bezpieczeństwa.

Nie ma w Polsce czegoś takiego jak kara za to, że ktoś padł ofiarą hakera. Jest kara za to, że nie zrobił tego, czego wymagały przepisy. Na przykład nie zareagowano na czas na żądanie organu nadzorczego, nie powiadomiono ofiar wycieku, nie podjęto właściwych działań naprawczych albo okaże się, że włamanie nastąpiło przez lukę wskazaną w audycie z zeszłego roku i nikt jej nie usunął. To są najczęstsze przyczyny, dla których instytucje są karane.

CSIRT CeZ podkreśla, że dane najczęściej wyciekają w wyniku ataku typu phishing. Każdy z nas niemal codziennie dostaje e-mail o tym, że coś wygrał albo że kurier nie mógł dostarczyć przesyłki i trzeba coś kliknąć. Nauczyliśmy się rozpoznawać niektóre metody hakerów. Ale część osób nadal daje się nabrać, a metody ataków są coraz bardziej wyrafinowane. Czy są jakieś sposoby, żeby lepiej się przed nimi bronić, oprócz oczywiście szkoleń?

Najprostszą metodą obrony przed phishingiem jest wdrożenie uwierzytelniania dwuskładnikowego. To rozwiązanie, którego w ochronie zdrowia bardzo często brakuje. Choć wymaga wykonania dodatkowego kroku przy logowaniu, zapewnia o wiele większe bezpieczeństwo niż tylko podanie loginu i hasła. Biorąc pod uwagę masowość ataków phishingowych i łatwość, z jaką można je dzisiaj przeprowadzić, to jest konieczność.

Od strony technicznej uwierzytelnianie dwuskładnikowe polega na tym, że użytkownik otrzymuje SMS, kod z aplikacji, który dodatkowo trzeba wpisać przy logowaniu. To może też być kluczyk sprzętowy przypominający pendrive, który podłącza się do komputera.

Tych technik jest sporo. Niektóre są darmowe, niektóre płatne, ale każda jest dodatkową przeszkodą dla włamywacza. Nawet jeżeli haker wyłudzi od nas login i hasło, polegnie na etapie uwierzytelniania. Jasne, kod z SMS-a też można uzyskać, ale większość atakujących tego nie próbuje. Z prostego powodu – to skomplikowane, a nadal jest wystarczająco dużo systemów, które nie wymagają dodatkowego zabezpieczenia.

Nie musimy więc być superzabezpieczeni. Wystarczy, że będziemy zabezpieczeni lepiej niż przeciętna instytucja.

Dużo mówi się o nowych niebezpieczeństwach związanych z AI. Teoretycznie haker może użyć AI, aby podszyć się pod dyrektora szpitala, sklonować jego głos i zadzwonić do pracownika, prosząc o podanie hasła. Czy powinniśmy się bać takich zagrożeń ze strony AI?

Już od 2019 roku wiemy, że można podrabiać cudzy głos z pomocą AI. Do tej pory nie znalazłem żadnego dowodu, że takie narzędzie zostało użyte w ataku polegającym na podszyciu się pod kogoś – a staram się uważnie monitorować wszystkie zagrożenia w sieci.

W rzeczywistości nie trzeba podrabiać głosu wnuczka, prezesa czy kogokolwiek innego. Wystarczy, że ktoś będzie wektorem wymuszenia i przekona nas do zrobienia czegoś głupiego. W stresie, kiedy dzwoni do nas sam prezes albo dyrektor, albo słyszymy, że nasz wnuczek miał wypadek, tracimy zdolność logicznego myślenia. Zamiast tego działamy impulsywnie, reagując na zagrożenie. Staramy się jak najszybciej rozwiązać problem i nie zastanawiamy się, czy to na pewno jest głos osoby, która do nas dzwoni.

Oczywiście, ataki polegające na podszywaniu się są popularne i faktycznie widzimy ich sporo zarówno w sektorze biznesowym, jak i prywatnym. Przestępcy bardzo często podszywają się pod bank, który rzekomo dzwoni, żeby ostrzec nas, że ktoś kradnie nasze pieniądze, a potem proponuje, jak je odzyskać.

Ataki polegające na podszywaniu się pod kogoś, z pomocą czy bez AI, nie osiągają skali zwykłego phishingu, który wygląda niemal identycznie od 20 lat i nadal działa. Dlaczego? Między innymi dlatego, że ponad 95 procent osób nie ma dwuskładnikowego uwierzytelnienia.

Co jeszcze może stanowić zagrożenie dla danych medycznych, a o czym często zapominamy?

Dużym problemem jest instalowanie urządzeń i systemów i zapominanie o nich. Firewall zaktualizowany w czerwcu działa świetnie do września. Potem ktoś odkrywa w nim błąd, który sprawia, że zamiast być strażnikiem naszej sieci, staje się furtką do niej i wpuszcza włamywaczy do środka.

A wystarczy śledzić informacje od producenta i zaktualizować oprogramowanie, kiedy pojawi się aktualizacja. I to natychmiast.

Druga rzecz to wszelkie zdalne dostępy. Jeżeli można zdalnie zalogować się do pulpitu, wejść przez VPN i nie ma tam dwuskładnikowego uwierzytelnienia, to jest to sposób, który najczęściej stosują włamywacze zajmujący się szyfrowaniem danych.

Po ataku na MyDr można odnieść wrażenie, że hakerzy są o krok do przodu, że są w stanie włamać się do każdej bazy danych. Czy mamy powody do optymizmu, jeśli chodzi o ochronę danych?

Myślę, że tak. Co parę lat widzimy katastroficzne nagłówki, kiedy pojawia się jakaś nowa technologia, o której niewiele jeszcze wiemy i trochę boimy się tego, jakie będą jej skutki.

O tym, że maszyny wszystko zhakują, czytam od 20 lat i nadal jakoś funkcjonujemy. Jak się okazuje, inwestujemy w ochronę danych na tyle, że nadal jakoś funkcjonujemy bez większych zakłóceń. Takie incydenty jak w przypadku MyDR na pewno będą się w przyszłości powtarzać. Myślę jednak, że z czasem po prostu się do tego przyzwyczaimy, nauczymy się z tym żyć i znajdziemy jakieś rozwiązania. Na razie apokalipsy się nie spodziewam.

Pilotaż ma sprawdzić, czy AI może samodzielnie wystawiać recepty. To już drugi tego typu eksperyment w Utah

Wystarczy zdjęcie twarzy, a algorytm AI oceni stopień nasilenia trądziku i samodzielnie wystawi receptę na lek stosowany miejscowo, bez konieczności konsultacji z lekarzem. To na razie eksperyment w USA, ale biorąc pod uwagę braki lekarzy, wkrótce może stać się normą.

newsletter osoz

Kamera, zdjęcie, recepta. Bez wizyty w gabinecie lekarskim

5 października br. amerykański stan Utah zatwierdził program pilotażowy firmy Nolla Health, która ma przetestować skuteczność AI w autonomicznym wystawianiu recept na proste problemy skórne u nastolatków.

Po wykonaniu zdjęcia twarzy, system analizuje obraz, ocenia nasilenie zmian skórnych i kwalifikuje pacjenta do określonego schematu leczenia. Jeśli uzna to za uzasadnione, wystawi receptę na jeden z preparatów stosowanych miejscowo. Aby skorzystać z programu, trzeba pobrać aplikację mobilną Nolla, dostępną w cenie 4,99 dolara miesięcznie (leki są płatne dodatkowo).

Nie każdy pacjent zostanie zakwalifikowany do automatycznego leczenia. AI nie może przeprowadzić konsultacji w przypadku ciężkich postaci trądziku, stosowania leków doustnych ani izotretynoiny. Wyłączone są też kobiety w ciąży albo planujące ją, karmiące piersią, osoby o osłabionej odporności oraz z wcześniejszą reakcją alergiczną na objęty programem lek. Pacjent może zażądać kontaktu z człowiekiem-lekarzem.

poradnik bezpieczeństwa danych medycznych

W początkowej fazie dwóch lekarzy ma sprawdzać i zatwierdzać każdą receptę przed jej przekazaniem do apteki. Dopiero po spełnieniu określonych kryteriów bezpieczeństwa i uzyskaniu zgody regulatora system może przejść do kontroli następczej, a następnie do audytów obejmujących próbę recept. Docelowo recepty mają być wystawiane bez uprzedniej akceptacji każdej decyzji przez lekarza, ale z systemem nadzoru.

To już drugi taki pilotaż w Utah. Wcześniej testowano automatyczne odnawianie recept

Wiosną 2026 roku stan Utah dopuścił do pilotażu system AI do automatycznego odnawiania recept (Doctronic). Rozwiązanie obejmuje wybrane leki stosowane przewlekle i pozwala na odnowienie recepty na 30, 60 lub 90 dni. Nie uprawnia natomiast systemu do samodzielnego rozpoczynania nowego leczenia, zmiany dawkowania ani przepisywania substancji kontrolowanych.

Początkowo każda recepta wystawiana przez AI wymaga zatwierdzenia przez lekarza. Dopiero po osiągnięciu wymaganych wskaźników dokładności i uzyskaniu zgody urzędu system może przejść w tryb autonomicznego wystawiania recepty. W takiej sytuacji trafiają one bezpośrednio do apteki, a farmaceuta zachowuje możliwość skierowania sprawy do lekarza, jeżeli pojawią się wątpliwości.

Oprócz rozwiązania Doctronic, na początku października 2026 r. Utah zatwierdziło podobny pilotaż oparty na systemie August AI, obejmujący także odnawianie recept na wybrane leki stosowane w chorobach przewlekłych. Pierwsze 250 odnowień ma być sprawdzanych przez lekarza. Następne 1000 ma podlegać kontroli po wystawieniu, a później przewidziano audyty wyrywkowe.

Utah mocno stawia na AI i rozwija m.in. rozwiązania wspierające rehabilitację mięśni dna miednicy u kobiet. Wszystkie te inicjatywy działają w ramach stanowej „piaskownicy regulacyjnej” (regulatory sandbox). Mechanizm pozwala firmom testować określone zastosowania technologii na warunkach uzgodnionych z władzami, z czasowymi odstępstwami od wybranych wymogów prawnych. Nie jest to ogólna zgoda na wykonywanie zawodu lekarza przez algorytmy.

Kto odpowiada za błąd algorytmu?

AI wystawiające recepty bez udziału lekarza wzbudza spore kontrowersje. Algorytm musi prawidłowo ocenić zmiany skórne, uwzględnić przeciwwskazania oraz dobrać odpowiedni preparat. Błędna kwalifikacja może oznaczać nieskuteczne leczenie, ryzyko wystąpienia działań niepożądanych lub opóźnienie w rozpoznaniu innej choroby współistniejącej – całkiem duża odpowiedzialność, biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia tylko z receptami na leczenie trądziku.

Wątpliwości pojawiły się już przy pilotażu Doctronic. Lekarze podnosili ryzyko związane z brakiem oceny klinicznej przez człowieka, w tym możliwość odnawiania recept na leki, których stosowanie u pacjenta przestało być zasadne. W komentarzu opublikowanym w JAMA Health Forum, Michelle Mello, profesor prawa i polityki zdrowotnej na Uniwersytecie Stanforda, zwracała uwagę na niejasności dotyczące odpowiedzialności za szkody wynikające z błędów AI w pilotażu Doctronic. Sam fakt dopuszczenia systemu do testów nie rozstrzyga automatycznie wszystkich kwestii dotyczących odpowiedzialności za konkretną decyzję terapeutyczną.

Władze Utah podkreślają, że programy będą prowadzone etapami i uwzględnią pomiar zgodności decyzji AI z oceną lekarzy. Przykładowo, w przypadku Nolla Health przejście do kolejnych faz wymaga spełnienia kryteriów bezpieczeństwa, w tym wysokiej zgodności decyzji systemu z oceną kliniczną. Pacjenci mają być informowani o zastosowaniu AI i mają w każdej chwili zrezygnować z systemu na rzecz konsultacji z lekarzem. Firmy prowadzące pilotaż muszą też posiadać ubezpieczenie obejmujące ryzyko związane z wykorzystaniem technologii.

Wszystkie pilotaże uruchomione w Utah mają odpowiedzieć na pytanie, czy część prostych, powtarzalnych decyzji terapeutycznych można powierzyć algorytmom, ograniczając czas oczekiwania i obciążenie personelu.

1 2 3 … 157

Dodaj do zaufanych źródeł Google