Dodano: 22.09.2026

– Każda interakcja z technologią wywołuje u ludzi uczucia. Czasami są tak nowe, że nasz mózg sobie z nimi nie radzi. Ale możemy je kontrolować – mówi Pamela Pavliscak, cyberetnograf i autorka nowej książki „Cała gama uczuć. Jak być człowiekiem w cyfrowym świecie” („All the Feels”). Rozmawiamy o zjawisku „AI Brain Fry”, wpływie emotikonów na komunikację online i o tym, dlaczego cyfrowy detoks nie działa.
Jest Pani cyberetnografem i „bada przyszłość uczuć”. Co to dokładnie oznacza?
Cyberetnografia przenosi klasyczne metody badań społecznych do internetu. Polega na obserwowaniu zachowań użytkowników i rozmowach z nimi, aby zrozumieć, jak funkcjonują w świecie cyfrowym i jakie znaczenie nadają swoim internetowym doświadczeniom. Mnie najbardziej interesuje ich wymiar emocjonalny.
Z kolei badanie przyszłości uczuć koncentruje się na tym, jak nowe technologie zmieniają nasze emocje – jak je przeżywamy, rozpoznajemy, nazywamy i wyrażamy.
Technologia nie tworzy nowych emocji, ale na nowo je definiuje. Człowiek od zawsze odczuwał tęsknotę, zazdrość, zakłopotanie, czułość i niepewność. Teraz nowe technologie nadają im zupełnie nowe wymiary.
Na przykład czekanie na odręcznie napisany list wygląda zupełnie inaczej niż oczekiwanie na odpowiedź w komunikatorze. Dziś zamiast wypatrywać listonosza obserwujemy trzy migające kropki na ekranie. Inaczej przeżywamy też tęsknotę, gdy wiemy, że ktoś jest dostępny online, ale nie odpisuje.

Pracowała Pani m.in. dla Google czy IKEA. Czego firmy oczekują od Pani?
Firmy zwracają się do mnie, gdy chcą lepiej zrozumieć swoich klientów. Twórcy usług opartych na sztucznej inteligencji chcą wiedzieć, kiedy AI jest odbierana jako pomoc, a kiedy jako zbyt daleko idącą ingerencją w życie użytkownika. Sklepy internetowe szukają sposobów, jak sugerować nowe produkty, nie odbierając klientom radości odkrywania. A platformy komunikacji dla pracowników chcą zrozumieć, dlaczego ciągła widoczność online wywołuje stres, mimo że ma ułatwiać współpracę.
Stworzyłam własny model mapowania emocji, który pomaga zrozumieć, jak rozwiązania technologiczne wpływają na uczucia użytkowników i jak tę wiedzę wykorzystać przy projektowaniu produktów.
Wiemy już, że ciągłe powiadomienia na telefonie mogą wywoływać niepokój, a nieskończone scrollowanie w mediach społecznościowych prowadzić do uzależnienia cyfrowego. Ale to tylko część problemu. W swoich badaniach pokazuję, że istnieje wiele mniej oczywistych elementów platform online, smartfonów albo aplikacji, jak komunikatory internetowe, które kształtują nasze emocje i zachowania, choć na co dzień niemal ich nie zauważamy.
Czy dzięki tym badaniom udało się Pani osobiście poprawić jakość interakcji z technologią?
Na pewno bardziej świadomie korzystam z technologii, choć daleko mi do ideału. Nadal potrafię złapać się na 20-minutowym oglądaniu filmików o ratowaniu psów, a czasem zdaję sobie sprawę, że zielona kropka pokazująca, że wszyscy są akurat online, wzbudza we mnie poczucie presji.
Ale dzięki moim badaniom nie traktuję już każdej negatywnej emocji pojawiającej się w kontakcie z technologią jako czegoś, co bierze się ze mnie. Staram się analizować, czy odpisuję komuś na wiadomość dlatego, że naprawdę chcę, czy dlatego, żeby to odhaczyć na liście zadań i nie zawracać sobie więcej głowy. Czy sztuczna inteligencja pomaga mi tworzyć i myśleć, czy jedynie podsuwa kierunek myślenia niezgodny z moimi przekonaniami?
Dzięki znajomości mechanizmów powstawania emocji w świecie cyfrowym mogę też zdecydować, czy w razie potrzeby lepiej przenieść rozmowę do innego kanału komunikacji albo jak ograniczyć czas spędzany w mediach społecznościowych.
Nauczyłam się też doceniać drobne gesty, na przykład, gdy przyjaciel wyśle zabawny mem komentujący jakąś sytuację. Nie dążę do optymalizacji swoich emocji, ale do lepszego ich zrozumienia. Staram się obserwować, które technologie wzbogacają moje życie, a które je zubażają – i świadomie wybierać te pierwsze.
W swojej książce pisze Pani o neo-emocjach, czyli doświadczeniach emocjonalnych kształtowanych przez technologie. Może Pani podać kilka przykładów?
Neo-emocje to emocje, które pojawiają się, gdy nasze codzienne uczucia występują w kontekście korzystania z technologii. Nie są to zupełnie nowe emocje w sensie biologicznym, ale nowe sposoby ich przeżywania. Nazywam to nową konfiguracją emocji.
Część z nich została już opisana przez naukowców. Dobrym przykładem jest zespół fantomowej wibracji. To uczucie, że telefon zawibrował, choć w rzeczywistości tak się nie stało. Nasz mózg tak przyzwyczaił się do powiadomień, że potrafi je symulować. Są też określenia, które wywodzą się z internetu, jak „corecore” opisujące poczucie przeciążenia bodźcami i emocjami.
Takie neo-doświadczenia generuje też sztuczna inteligencja. „AI Brain Fry” to zmęczenie i mentalne przeciążenie wynikające z długotrwałego używania chatbotów sztucznej inteligencji oraz konieczności ciągłego weryfikowania odpowiedzi generowanych przez AI. Z kolei „capability glow” opisuje ekscytację i poczucie sprawczości, gdy AI nagle pozwala nam zrobić coś, czego wcześniej nie potrafiliśmy lub co zajmowało nam znacznie więcej czasu.
Warto nauczyć się identyfikować i nazywać takie doświadczenia, bo język pomaga je zrozumieć. Jeśli jestem świadomy, że emocjonalne zmęczenie to efekt AI brain fry, negatywne uczucie przestaje być odbierane jako własna słabość i staje się czymś, z czym można sobie lepiej radzić.

W wystąpieniach na konferencjach TED przytacza Pani więcej nowych terminów, takich jak „bezdech ekranowy” albo „niepokój trzech kropek”.
Tak, pojawia się coraz więcej nowych pojęć, które pomagają opisać emocje związane z technologią. Jednym z nich jest „bezdech ekranowy” – nawyk wstrzymywania oddechu lub bardzo płytkiego oddychania podczas wpatrywania się w ekran, na przykład podczas odpisywania na e-maile czy przeglądania mediów społecznościowych. To pokazuje, że korzystanie z technologii wpływa nie tylko na naszą psychikę, ale także ciało.
Innym przykładem jest ortosomnia. Aby poprawić jakość snu, zaczynamy go monitorować za pomocą technologii ubieralnych, np. smartwatcha. Paradoksalnie, taka kontrola zaczyna nas stresować i pogarsza sen. Pokazuje to, że czasami bardziej polegamy na danych niż na własnych odczuciach. Powodem jest też wszechobecna i silna emocjonalna potrzeba optymalizacji i maksymalizacji.
Coraz częściej mówi się też o „syndromie głównego bohatera”, czyli przekonaniu, że nasze życie powinno wyglądać jak film albo relacja w mediach społecznościowych. Taka narracja może prowadzić do narcyzmu. Ale może być też pozytywna, pomagając dostrzegać piękno codziennych chwil i czerpać z nich większą radość.
Lubię takie nowe określenia, bo pomagają nazwać doświadczenia, które wcześniej trudno było opisać, zrozumieć własne emocje i nabrać do nich dystansu.
Innym dobrym przykładem jest „niepokój trzech kropek” – uczucie napięcia, gdy patrzymy na migającą ikonę w komunikatorze i czekamy, aż druga osoba dokończy pisanie wiadomości. Doświadcza go wiele osób.
Wiele uczuć można wyrażać w komunikacji online za pomocą symboli. Używamy emotikonów oraz ikon „Lubię to” i „Nie lubię tego”. Czy istnieją inne sposoby wyrażania emocji podczas czatu w smartfonie?
Czasem jeden mem potrafi lepiej oddać nastrój niż długi tekst; GIF też komunikuje emocje dzięki mimice i gestom, które są komentarzem do określonego kontekstu sytuacji. Nawet wysłanie komuś serii zabawnych filmików ze zwierzętami może oznaczać „myślę o tobie”.
W bliskich relacjach tworzymy własny język komunikacji, dialekty. Nawet tak błahy element jak znak interpunkcyjny może wyrażać złość, a w innym przypadku – troskę. Przyjaciele mają swoje naklejki, memy czy żarty, które rozumieją tylko oni. W takiej komunikacji online szczególnie dobrze odnajdują się młodzi ludzie.
Technologia czasami ułatwia mówienie o emocjach. Niektórym łatwiej napisać wiadomość niż powiedzieć to komuś twarzą w twarz. Komunikacja tekstowa daje czas na przemyślenie odpowiedzi. Są też awatary, które pomagają niektórym osobom wyrażać emocje, których w bezpośrednim kontakcie nie odważyłyby się pokazać. Dzięki takiej masce zachowują bezpieczny dystans.
Platformy internetowe, zwłaszcza media społecznościowe, często upraszczają emocje. Przykładowo, przycisk „Lubię to” może oznaczać współczucie, uznanie, zgodę albo zwykłą uprzejmość. Wszystko zależy od kontekstu informacji. Dlatego żywa i autentyczna komunikacja emocjonalna w internecie zaczyna się tam, gdzie użytkownicy sami tworzą bogatszy język emocji, zamiast ograniczać się do tego, co oferuje gotowy interfejs.
W swojej najnowszej książce „All the Feels” twierdzi Pani, że cyfrowy detoks mija się z celem.
Badania nad cyfrowym detoksem nie dają jednoznacznej odpowiedzi. Niektórym osobom przerwa od technologii rzeczywiście pomaga, zwłaszcza jeśli korzystanie z niej stało się kompulsywnym nawykiem lub doprowadziło do pogorszenia jakości snu. Inne badania wskazują na niewielką poprawę pozytywnych emocji lub zadowolenia z życia wynikającą wyłącznie z tymczasowej abstynencji – to nie dziwi, bo każda aktywność w internecie inaczej wpływa na nas emocjonalnie. Czym innym jest bezmyślne przeglądanie mediów społecznościowych do późnej nocy, a czym innym rozmowa z bliską osobą, tworzenie sztuki czy szukanie informacji o zdrowiu.
Problem z cyfrowym detoksem polega na tym, że opiera się na prostym założeniu: technologia jest szkodliwa, a jej odstawienie rozwiąże problem. Tymczasem po detoksie większość osób wraca do tych samych nawyków, i to z poczuciem winy, że nie udało się całkowicie odciąć od technologii. Albo jeszcze gorzej – z przekonaniem, że po przerwie może spędzić w sieci jeszcze więcej czasu.
Dlatego lepiej zadać sobie pytanie, które aktywności sprawiają, że czuję się bliżej innych, bardziej kompetentny lub ciekawy świata, a które wywołują niepokój, poczucie bezsilności albo odrętwienie. Czasem najlepszym rozwiązaniem jest wylogowanie się, ale nie powinien to być jedyny sposób na budowanie zdrowej relacji z technologią.

Zachęca Pani firmy do „projektowania rozwiązań cyfrowych opartych na inteligencji emocjonalnej”.
Projektowanie oparte na inteligencji emocjonalnej zaczyna się od świadomości, że każda technologia wywołuje emocje – niezależnie od tego, czy inżynierowie, którzy ją projektowali, mieli takie intencje.
Pytanie brzmi, czy te emocje wspierają potrzeby użytkownika.
Oto kilka przykładów: aplikacja finansowa, która wyjaśnia błąd, nie sprawiając, że użytkownik czuje się niekompetentny; portal zdrowotny, który wyraźnie komunikuje znaczenie wyniku badania, nie wywołując niepotrzebnego niepokoju; albo nawet funkcja „cofnij wysłanie e-maila”, która daje użytkownikowi poczucie kontroli.
Równie ważne jest, aby technologia nie udawała, że wie o naszych emocjach więcej niż ma to miejsce w rzeczywistości. Klasycznym przykładem jest AI z elementami inteligencji emocjonalnej. Chatboty AI powinny otwarcie wyrażać swoją niepewność, unikać uzależniających mechanizmów i wiedzieć, kiedy nie schlebiać użytkownikowi.
Na szczęście powstaje coraz więcej narzędzi cyfrowych wspierających zdrowie psychiczne i budowanie autentycznych relacji, godzących ze sobą model biznesowy z rozwiązaniami przyjaznymi dla człowieka, a nie uzależniającymi. Projektowanie oparte na inteligencji emocjonalnej nie polega na tym, by technologia odczytywała nasze uczucia, ale by dawała nam przestrzeń do ich przeżywania.
To, o czym Pani mówi, dobrze opisuje media społecznościowe. Australia jako pierwsza wprowadziła zakaz korzystania z np. TikToka czy Instagrama. To samo planuje Francja, nad wspólnym podejściem pracuje Unia Europejska. Jaką rolę odgrywają media społecznościowe w napędzaniu negatywnych emocji?
Media społecznościowe nie wymyśliły poczucia oburzenia ani złości. Ale stworzyły mechanizmy, które potrafią przewidzieć, jakie emocje przyciągają uwagę. Algorytmy promują treści wywołujące natychmiastową reakcję. Szczególnie skuteczny jest gniew, bo skłania ludzi do komentowania, udostępniania treści, upominania innych, atakowania lub przekonywania ich do swoich racji. Strach również przyciąga uwagę – nasz umysł traktuje potencjalne zagrożenie jako coś, na co musimy natychmiast zareagować, uciec albo zaatakować.
Komunikacja w internecie zmienia też interpretację emocji. Silne emocje zaczynają być postrzegane jako dowód zaangażowania, a subtelność może budzić poczucie słabości.
Dlatego rozumiem, kiedy rządy poszczególnych państw szukają sposobów na ochronę najbardziej wrażliwych grup, zwłaszcza młodzieży. Weryfikacja wieku jest trudna, ale uważam, że w niektórych sytuacjach ograniczenie dostępu do określonych środowisk może mieć sens. Jeśli wszyscy podczas przerwy w szkole są jednocześnie offline, może to sprzyjać budowaniu relacji – chyba że jest tak jak w liceum mojej córki, gdzie uczniowie idą do samochodów, żeby korzystać z telefonów.
Z drugiej strony całkowite zakazy mogą utrudniać utrzymywanie przyjaźni, poznawanie ludzi spoza najbliższego otoczenia i odkrywanie własnej tożsamości. To ważne elementy dorastania w świecie, w którym rzeczywistość cyfrowa i fizyczna przenikają się.
Proste zakazy mogą sprawiać, że firmy technologiczne umyją ręce od odpowiedzialności. Nie muszą wtedy projektować swoich rozwiązań bezpieczniej ani ograniczać mechanizmów, które nadmiernie angażują użytkowników. W ten sposób mogą gromadzić jeszcze więcej danych osobowych, bez konieczności bardziej transparentnego działania.

A może warto wprowadzić oznaczenia stopnia „wpływu emocjonalnego” w aplikacjach i mediach społecznościowych, podobne do oznaczeń wartości odżywczych na produktach spożywczych? Przykładowo: A – rozwiązanie pozytywne, B – neutralne, a C – uzależniające.
Emocje są bardzo złożone i zależą od indywidualnych doświadczeń, norm społecznych i kultury. Ta sama funkcja może jedną osobę radować, a inną – przytłaczać; może inaczej oddziaływać w ciągu dnia niż w środku nocy. Dlatego trudno stworzyć prosty system oceniania.
Podoba mi się jednak pomysł etykiety „wpływu emocjonalnego”. Zamiast oceniać aplikację jako po prostu „dobrą” lub „złą”, mogłaby sygnalizować swój wpływ na ludzi. Czy system symuluje emocje? Czy zachęca do jak najdłuższego korzystania? Czy manipuluje, aby przywiązać emocjonalnie użytkownika? Jak reaguje na sygnały sugerujące ryzyko samookaleczania, strachu, zachowań kompulsywnych lub uzależnienia? Czy użytkownik może wyczyścić pamięć emocjonalną, tak samo jak czyści pliki cookie? Czy zawsze jest jasno informowany, że rozmawia ze sztuczną inteligencją?
Aby tak się stało, konieczne jest stworzenie systemu nadzoru nad rozwiązaniami cyfrowymi. Mogłyby się na niego składać niezależne testy, wymagania dotyczące projektowania dla różnych grup wiekowych oraz audyty wpływu emocjonalnego. Już dziś regulujemy technologie pod kątem ryzyka dla zdrowia, dlatego uważam, że podobne podejście można zastosować również w odniesieniu do wpływu na emocje.
Na koniec jedna uwaga: Wszyscy wiemy, że media społecznościowe mogą mieć negatywny wpływ na nasze zdrowie, ale mimo to z nich korzystamy.
Do tego dochodzą teraz chatboty sztucznej inteligencji, z którymi spędzamy nawet więcej czasu niż z przyjaciółmi.
Nie musimy wpadać w panikę za każdym razem, gdy ktoś przywiązuje się do sztucznej inteligencji. Ludzie od zawsze tworzyli emocjonalne więzi z wyimaginowanymi postaciami, przedmiotami, zwierzętami, fikcyjnymi bohaterami czy technologiami. To naturalne. Ważniejsze jest pytanie, co taka relacja nam daje, czego od nas wymaga i co zastępuje.
W swoich badaniach zauważyłam, że sztuczna inteligencja może być dobrym miejscem do przećwiczenia trudnej rozmowy albo rozwijania pomysłów bez obawy przed oceną. Problem pojawia się wtedy, gdy jej nieograniczona cierpliwość, pobłażliwość i dostępność sprawiają, że chętniej rozmawiamy z AI niż z ludźmi. Przyjaciele mają swoje potrzeby, nastroje, ograniczenia i własne zdanie – umiejętność ich akceptowania prowadzi do wytworzenia autentycznej bliskości.
Warto wyznaczyć sobie granice. Nie traktować sztucznej inteligencji jako jedynego źródła wsparcia emocjonalnego. Ostrożnie dzielić się bardzo osobistymi informacjami. Nie zlecać AI pisania przeprosin, kondolencji ani innych wiadomości, które powinny wyrażać to, co my czujemy.
AI można wykorzystać do przygotowania się do trudnej rozmowy, ale samą rozmowę musimy wziąć na swoje barki. AI można poprosić o wygenerowanie pomysłów na rozwiązanie problemu, ale zanim wybierzemy ten najlepszy, zastanówmy się głębiej, który najbardziej nam odpowiada. Dzięki AI można lepiej zrozumieć samego siebie, ale nie powinniśmy rezygnować z budowania prawdziwych relacji z ludźmi, nawet jeśli wymaga to otwartości i pokazania swojej wrażliwości.
Sztuczna inteligencja powinna nam pomagać lepiej funkcjonować w prawdziwym świecie, ale go nie zastępować.
Wiemy już, jakie są zagrożenia. Jak więc korzystać z komunikacji cyfrowej, aby była ona dla nas korzystna?
Zamiast zadawać sobie pytanie, czy technologia jest dobra czy zła, zalecam zastanowić się, jak wpływa na mnie. Warto tutaj zwrócić uwagę na trzy rzeczy.
Po pierwsze, stawiaj na aktywne budowanie relacji, które jest o wiele bardziej wartościowe niż bierne przeglądanie treści w internecie. Zamiast tylko obserwować życie innych, śledząc ich posty, napisz do kogoś wiadomość. Zaangażuj się w działalność wybranej społeczności, zamiast traktować cały internet jak jedną wielką przestrzeń. Zadaj pytanie, podziel się prywatnym żartem albo powiedz komuś, że o nim pomyślałeś.
Po drugie, zadbaj o zróżnicowanie źródeł emocji. Wiele kanałów informacyjnych jest bardzo jednorodnych. Obserwuj osoby, które wnoszą coś nowego do twojego życia – wiedzę, czułość, humor, zaskoczenie lub konstruktywną różnicę zdań. Nie bój się wyciszania treści, czyli rezygnowania z obserwowania niektórych osób albo źródeł informacji. Nie musisz wiedzieć, co robią wszystkie osoby, które kiedykolwiek poznałeś.
Po trzecie, obserwuj swoje reakcje. Jeśli podczas przeglądania social mediów oddychasz płycej albo zaciskasz szczękę, może to oznaczać, że organizm wcześniej niż umysł zauważył przeciążenie. To dobry moment, żeby zmienić sposób korzystania z technologii.
Czytaj także: Monitoring mózgu będzie tak powszechny jak badanie krwi